Страница 10 из 59
– Długo leżę? – pierwsze słowa gładko wyszły, widać dobrzałem z wolna.
Mały w kącie coś upychał. Odwrócił się i podszedł.
– Długo. Trzy niedziele będą.
– Męczyłem was?
– Ano.
– Bóg wam zapłać, dobry człowieku, bo ja nie mam czym.
– Nie trza. Ni wam, ni Bogu rachunków stawiać nie będę.
Zanim rzekł, ów wyższy, znowu w kucki się posadziwszy, śmiechem histerycznym do szlochu podobnym ryknął i krztusząc się mamrotał:
– Bóg… ha, ha, ha… Bóg zapłać! Wyprorokowałem!… Ha, ha, ha…
– Ktoście?
– Nikto. Drzewiej chłop, ziemi i panu przypisany, teraz zbrodzień jako i wy.
– Nikogo nie rzezałem, ni gwałciłem, tedym nie zbrodzień. Karśnicki jestem, z Poznańskiego.
– Szlachcic, znaczy. Iście i bez waszego gadania znać to było, choć na łachy zważywszy, za dziada żebry odprawującego łacniej poczytać was było można.
– Skąd tedy wiecie?
– Spać nie daliście, krzycząc w zaćmieniu i ciskając kałdunem, aż utrzymać nie wydoliłem.
– Krzycząc?
– I jak jeszcze. Tylachne rzeczy, ino że nic wyrozumieć się nie dało, tyle co pański to był skowyt, nie nasz. I jęczeliście takoż, jak ra
– Nie wiem.
– Takoście się przedstawili, panie. Człek we śnie drugim żywotem żyje, ale skóry nie zrzuca.
– Nie po chłopsku rozumujesz.
– Bom lat kilka u cesarskich kapralował, świat widział, a i nie krzyżem jeno na pergaminie się znaczę. Nie wasza rzecz!
– Nie moja. Ale gadać chcę, by mi jęzor do zębów nie przyrósł.
– Tedy o sobie gadajcie.
Rozejrzałem się wokół. Kazamata uszargana, trzy wyrka, stołek, kąt z nieczystościami i drzwi okute, z klapką judaszową.
– Gdzieśmy?
– W starej prochowni, przy Zamku. Takich jak my Austriaki więcej tu dzierżą. Nie samotnyś, jak widzisz.
– Tamten kto?
– Kancelista folwarczny. Panu swemu przewinił, aż go ten do lochu cisnął, grzbiet wprzódy bacikiem pokroiwszy. Panów nienawidzi, tedy i tobie nieprzyjazny. Nie dziwota.
– Moja to wina, że panowie bracia ludzi swych batożą? Sam nigdy ręki na chłopa nie podniosłem. Krzywdy na świecie moc, ale…
– Nie o świecie mówim, jeno o naszej krakowskiej ziemi. Nie ambona tu, od kazań się waść, panie dobrze urodzony, powstrzymaj!
Zapiekła mnie ta złośliwość, alem się ze słowa wybić nie dał:
– Powtarzam, ludzi moich nie biłem, tedy prawo mam…
– Prawo masz takie samo, jako i my obaj. Ciemnica wszystkich równa, jako grób, bo i do grobu podobna! – znów mi przerwał i poważnie, surowo prawił: – “Ludzi moich”, powiadasz. A jam miarkował, że ludzie do Boga należą, krom tych, co diabłu duszę zaprzedali. Widać, źle miarkowałem.
– Nie drwij. Nie tak rzekłem, jako chciałem.
Nie odrzekł nic. Derkę tylko wyżej mi naciągnął, gestem dając znak, bym spał i sam legł pod ścianą.
Wstałem dnia następnego, by potrzebę załatwić samodzielnie i łaski cudzej nie cierpieć. Sprawnie mi nawet szło, pókim nie spróbował szyją ruszać. Żeby nie kudłacz, jak byk silny, bo mnie padającego jedną ręką w locie ucapił, sam bym się bez ochydy o posadzkę ceglaną utłukł. Wieczorem – pory dnia odmierzała dwukrotnie wsuwająca się łapa strażnika, który odbierał pusty kociołek i dawał pełny – usiadłem, opierając się o ścianę w miejscu, które wprzód za w miarę suche uznałem. Kancelista rysował okruchem na cegle znaki jakoweś, głowy nie unosząc, lecz trzymając ją między kolanami, gdyż siedział w kucki. Jakoż nigdy nie widziałem go w i
– Zimno trochę, prawda? – zagadnąłem kudłacza.
– Tu zawsze zimno. Przywykniesz.
– Cichaj, chamie, o pozwolenie mielenia ozorem zapytałeś panicza? – przerwał kancelista, pokazując zęby w krzywym uśmiechu.
Nie zdzierżyłem.
– Zamilcz pan! Chamem nigdy bym człowieka nie przezwał!
– Nie obrażę się. Pan Bóg Chama stworzył jak i wszystkich. A ty nie zapieraj się, nie ty to krew twoja za ciebie przemówi – odezwał się spokojnie chłop.
– Nie może być! Czego znowu od krwi mojej chcesz?! Krew tę za ojczyznę lałem! Z Madalińskim, z Dąbrowskim pod Bydgoszczą.
– Dużoś przelał? – oczy mu się zaśmiały drwiąco.
Rumieniec mnie obleciał, bom nieco przeholował.
– Nie moja to wina, żem się od rany uchował! Pan Bóg kule nosi… Alem karku nie szczędził!
– Znaczy, czasem panowie i swego karku nie szczędzą?
– Rzekłem już, nie biłem!
– Ty może nie, za młodyś. Ale biją i
– To się zmieni. Chłop wolę otrzyma i ziemię. Ale w wolnym kraju. Rzecz pierwsza za miecz społem chwycić, zaborcę, co nam na piersi siedzi, porazić i przegnać!
– Społem, prawisz? – w głosie mu coś zaskrzypiało, nastroszył się, jak wtedy, gdy tamtego z ziemi szarpnął. – Ot, edukują was, pięcioma językami pewnikiem brechasz, tuzin tańców znasz, ale rozumu zawżdy, co za uchem brudu! Na chłopa liczysz, że ci pomoże? Że Austriaka i Prusaka z ziemi tej razem z tobą gnać będzie, znaczy tego, co go broni, bo on cesarz, co we Wiedniu siedzi, chłopa zakazał bić i rugować. A patenta józefińskie? Trzy dni w tygodniu pańszczyzna ma być, nie więcej, tego Austriak pilnie dogląda, choć prawda, że nie upilnuje wszyćkich, bo gdzie tylko pan może, ustawy gwałci, chłopa katuje i do roboty jako dawniej przymusza!!
– Że resztę tygodnia lud dla Austriaka robi, drogi budując lubo też wały sypiąc forteczne, tego nie wiesz? Nie dla chłopa, a dla siebie pańszczyznę skrócili, by ludzi do swoich robót gnać! – warknąłem zniecierpliwiony.
– Wiem. Ale drogi i wały nie wszędy i raz się je jeno buduje. A folwarki jako krople deszczu… Austriak starych i bolejących do łopaty nie gna i dzień święty, gdy wypadnie, uszanuje!
– Tedy się w cesarskich zamienicie bez żalu? A miłość ojczyzny, gdzież jest?
– Na gębie u panów, gdy im ochota szabelką pomachać przychodzi.
– Bluźnisz, na Boga!
– Dla was i prawda bluźnierstwo. Jeno prawda jest, że Austriak nie morzy ludu tak, jak pany. Prusak takoż, pewnikiem.
– Bluźnisz! Ojczyzna przecież… Kościuszki kosynierzy!
– Ci co z Kościuszkiem poszli, kosyniery jako prawisz, gdy do chałup wrócili, tych panowie szlachta – Polacy, słysz! – po sto batów w podzięce za miłość ojczyzny im wlepiwszy, w niewolę okrutną wzięli, a niektórych Austriakom w rekruty oddali!
– Nieee!
Rzec już co nie miałem, szał mnie jakiś chwytać począł, myśli mącąc.
– Prusak i Austriak żołnierza swego katują pałkami, za to w naszym wojsku… – wypaliłem w gorączce, ogłupiały z niemocy.
– Jednakoż! I w naszym, znaczy pańskim, choć w regulaminie kary takowej nie ma, leją, jeno solidniej, bo po polsku, bo swojego, własnego, niewolnego od wieków psa przez kije prowadzą.
– Łżesz!
– Sam Naczelnik kija nie żałował!…
– Co mówisz?! Toż…
– … Kijaszkami ciało z żeber obierając. Jeśli nie on sam, to oficyjerowie jego…
– Nieee!!! – chciałem uszy zatkać.
– W Warszawie, na Pradze, gdy dwóch ludzi w czas ataku z linii zeszło, bo źle komenda przez jaśnie wielmożnego oficyjera rzuconą była…
– Na rany!…
– … pan Naczelnikowy porucznik dwa razy po dwa szeregi ustawił i kijaszki zagrały taki taniec, że się czerwieńsze stały niźli mundurowy karmazyn, a w końcu i sczerniały od juchy.
– Na rany Chrystusa, przestań!!!
– Gdy zaś książę pan Poniatowski na linię, pijany, spóźnił się, złe mu jeno spojrzenie Naczelnik rzucił.