Страница 9 из 72
Wszystkie rosyjskie „bezpieki” budowały i doskonaliły swoją „razwiedkę”', czyli wywiad zagraniczny, rozpoznanie u cudzoziemców, szpiegostwo. A wszystkie „razwiedki” miały swoje tajne służby „operacyjne” (sabotażowe i egzekucyjne), dla upuszczania krwi wrogów. W drugiej połowie XX wieku takich dywersantów i zabójców szkolił osławiony radziecki Specnaz; mordercze treningi trwały kilka lat, i później asy trafiały do bandyckich (komandoskich) zespołów GRU i KGB, zwanych „Alfa”, „Omega”, „Kaskada”, „Proporzec” i „Zenit”, które zasłynęły m.in. brawurowym zdobyciem Kabulu (grudzień 1979), od czego rozpoczęła się sowiecka interwencja na terenie Afganistanu. Ich celem dalekosiężnym, paneuropejskim, była dezorganizacja zaplecza frontu armii „imperialistycznych”, kiedy już ZSRR uderzy ku Paryżom, Brukselom i Madrytom, aby wyzwolić tamtejsze „masy pracujące”, lecz będąca efektem reaganowskich „wojen gwiezdnych” gorbaczowowska „pieriestrojka” przemieniła te szczytne plany w makulaturę dziejów.
Wasia Kudrimow trafił do „Proporca” („Wympieł”), formacji supertajnej i superelitarnej, która składała się z samych oficerów, i którą zwano „myślącymi bagnetami”, bo nie wypełniwszy kontrjelcynowskich szturmowych rozkazów „betonu” partyjno-kagiebowskiego (1991) oficerowie ci dowiedli, że nie są stadem tępaków ślepo słuchających przełożonych. Wasia, co prawda, był i
Od dawna wiadomo, że ludzkimi uczuciami rządzi metafizyka, a jako główny dowód wskazuje się pełną dziwów i bezsensów miłość między płciami, gdy tymczasem o tej irracjonalności świadczą rozliczne wzajemne stosunki, sympatie i antypatie, chociażby fakt, że niektórzy ludzie pełni cnót odstręczają każdego, a i
Arcyzwierzchnik generała-lejtnanta Kudrimowa, od roku 2000 prezydent Federacji Rosyjskiej, Władimir Władimirowicz Putin, był – podobnie jak Wasia – człowiekiem wierzącym. Nawet jeszcze bardziej, bo wierzył nie tylko w „służby”, lecz i w demokrację, chociaż wobec demokracji trochę laicko: był tu wyznawcą wierzącym, ale niepraktykującym. Miał to od czasu harowania na germańskiej placówce KGB (lata 70-e i 80-e XX wieku), kiedy szpiegował „imperialistów zachodnich”. Już wówczas demokracja jawiła mu się niczym „bladź”, a wycierający sobie nią gęby przywódcy zachodni – niczym arlekiny łżące wedle reguł systemu. Rozumiał, że wszystkie te demokratycznie wybrane dupki, którym się marzy, by użyć Orwella za scenarzystę, wcale nie są lepsi od Hitlera, tylko Hitlerowi bezzwłocznie się udało…
Władimir chciał, żeby jemu również szybko się udało, i wiedział, że bez pomocy „służb” nie będzie to możliwe, bo sama władcza predyspozycja nie wystarczy, choćby była wsparta czymś trudniejszym: dyscypliną wewnętrzną, osobistą. Nie przesadzam – całkowicie rządzić sobą samym jest dużo trudniej niż autorytarnie rządzić i
Historia jest starą kobietą. Jest obleśna, kapryśna, zjadliwa, pełna fumów, i ma nieodpartą skło
Koniec wieku XX był końcem drugiej kadencji rządów Jelcyna. Ówczesny krach walutowy (załamanie rubla) i gospodarczy mało obchodził Jelcyna; prezydent bał się tylko jednego: że następca zezwoli prokuraturze rozliczyć gigantyczne finansowe machlojki kremlowskiej mafii, którą kierowała córka Jelcyna, Tatiana, przy pomocy paru fagasów. Znalazł więc człowieka, który mu zagwarantował całkowite uniknięcie rozliczeń, szlaban dla prokuratorów, swoisty „żelazny list”, i tego człowieka, byłego oficera KGB, Władimira Putina, mianował szefem FSB (1998), po czym namaścił go (1999) jako swego kandydata do wyborów prezydenckich. Lecz w sondażach prowadził, mając dużą przewagę, sympatyczny Jewgienij Primakow, a gburowaty Putin plasował się daleko. Trzeba było sprawić cud. I wydarzył się „cud”. Przez miesiąc od chwili „namaszczenia” eksplodowało w Rosji kilka straszliwych bomb (Moskwa, Wołogodońsk, Bujnaksk), zabijając kilkuset pechowców pod gruzami bloków mieszkalnych. Kreml ogłosił, że sprawcami są Czeczeni, zaś Putin ogłosił, że jeśli zostanie prezydentem, to zdławi suwere
Utopienie w kiblu importowanej demokracji typu zachodniego zwróciło postradzieckiemu narodowi jego swojską demokrację, którą celnie opisał „The New Times” (2007): „Mandat parlamentarny to dla Rosjanina duża przyjemność. Za wpisanie na listę partii, która ma pewność, że wejdzie do parlamentu, trzeba wyłożyć 7 milionów dolarów (partie niżej notowane żądają 5 milionów). Darmocha jest dla nielicznych «lokomotyw» partyjnych, takich z dużymi nazwiskami. Zniżkę dostają tylko bonzowie kontrolujący media, gospodarkę lub administrację. Deputowany Wasilij Szandybin przewiduje, że wskutek silnego popytu cena gwarantowanego miejsca wzrośnie wkrótce do 10 milionów (…) Kiedy sobie uświadomiono, że wybory to duży biznes? Z nastaniem rządów Putina. Wszyscy wiedzą, że za drogoce