Страница 7 из 72
Prawda została ujawniona kiedy Politkowski „kojfnął”. Miał dwa źródła dochodów: kierowanie szajką wytrawnych szulerów (hazard o skali przemysłowej) i kierowanie funduszem KIW-u (megadefraudacja). Kradł z funduszu gigantyczne sumy. Był nieusuwalny, gdyż gościł i pieścił głównych dygnitarzy imperium. Co pewien czas sam składał u cara donos na siebie (anonimem lub przez podstawione figury), i przybywała kontrola, która jednak nie wykazywała żadnych braków, bo dyrektor KIW-u dzień wcześniej likwidował manko pieniędzmi pożyczanymi krótkoterminowo od kumpla, multimilionera Jako wlewa. Ale główną opokę tego hochsztaplerskiego cyrku stanowiło wspólnictwo szefa carskich tajnych służb, generała Lieonida Dubelta (Dubbelta), który miał udział w szulerskim przemyśle Politkowskiego.
Za prezydentury Borisa Jelcyna (lata 90-e XX wieku) dawny ZSRR był pełen prawnuków Politkowskiego, więc „Historia oligarchii rosyjskiej” nie zobaczyła pras drukarskich. Zdezawuowało ją kilka wydawnictw, zaś autorowi doradzono w Instytucie, by przestał szukać edytorów, jeśli chce robić karierę naukową, lub raczej jakąkolwiek karierę w jakiejkolwiek branży demokratycznego państwa. „Tiszie jediesz, dalszie budiesz!”
Nim minęła połowa grudnia 1981 roku, wolnościowe żarty skończyły się nad Wisłą. Wieczorem 9 grudnia przyleciał do Warszawy wódz wojsk Układu Warszawskiego, marszałek Wiktor Kulikow, by pogwarzyć z gławnym komandirem wojsk PRL-u, generałem Wojciechem Jaruzelskim. Cztery dni później tzw. Ludowe Wojsko Polskie, wspomagane przez kohorty MO, hufce ZOMO i eszelony SB, ciężkim orężem (czołgi, transportery itp.) wzięło za pysk cały kraj. „Zecer” szczęśliwie uniknął aresztowania i ocalił swą drukarnię, lecz bojąc się dekonspiracji (wskutek represji i rygorów „stanu woje
– SO-LI-DAR-NOŚĆ-ŻY-JE! SO-LI-DAR-NOŚĆ-WAL-CZY! PRECZ-Z-KO-MU…
Westchnął, jakby się zawiódł, i spytał:
– Którego to?
– Moje, panie władzo – powiedział „Zecer”, robiąc dwa kroki w kierunku funkcjonariusza.
– Pięknie! Bardzo pięknie!… Tylko czemu nie skończyliście napisu, obywatelu?
– Nie zdążyłem, panie władzo.
– Przeze mnie?
– Uhmm.
– Więc kończcie, nie lubię brakoróbstwa.
„Zecer” znowu stanął przy murze i dopisał dwie litery plus wykrzyknik: NĄ!
– Gotowe! -zameldował.
– Widzę… – rzekł major. – Nadjeżdżam, widzę i się za was wstydzę!
– Pan major jest poetą?
– Nie, a bo co?
– No bo tak do rymu, widzę-wstydzę…
– Raz do rymu, a raz do tematu, obywatelu. Wróćmy do tematu. Obywatelowi się ustrój nie podoba?
– No, fakt, nie podoba mi się, panie władzo.
– Z powodu?
– Z przyczyn egzystencjalnych.
– Rozumiem, obywatelu. A tak szczegółowo, to co wam, kurwa, nie pasuje?
– Bezduszność trywialnego społeczeństwa i cynizm wyemancypowanych kobiet, panie władzo.
– Znaczy jakich?
– Rozwiązłych.
– To po kiego grzyba paskudzicie mur tą „Solidarnością”?
– Chodzi nam o solidarność uciemiężonych samców. Wrażliwych samców. Wiemy, panie władzo, że są też samce bardzo nieokrzesane, gruboskórne, koszarowe, które mają do białogłów stosunek czysto użytkowy, jak mundurowi do spluwy: repetowanie, strzał, szlug, siku, i adios! Lecz my jesteśmy mutacją humanistyczną i zwalczamy komuny lubieżne…
Ten przydługi dialog musiał denerwować drugiego oficera, kapitana z gazika wojskowego (major był z radiowozu), gdyż się wtrącił:
– Grasz sobie tu bambuko, gnoju, tak?… Pogrywasz?!… Nim weźmiemy was wszystkich na „dołek”, macie to zmyć! Zeskrobać, wylizać, jakkolwiek, ale ma tego nie być, hołoto! Już!! Kapralu, pałą każdego, który nie będzie chciał wypełniać rozkazu, pałą po nerach!
Wówczas „Zecer” skoczył między dwóch funkcjonariuszy, natomiast „Znajda” strzelił im sprayem w twarze. Sikał farbą dookoła, plamiąc mundury i samochody, jednak nie to zezwoliło Mariuszowi czmychnąć, tylko fakt, że gazik nie mógł ruszyć, bo bezłańcuchowe gumy ślizgały się na lodzie. Przyblokowany gazikiem radiowóz też był bezradny.
Trójka uciekła, czwórkę skuto, spałowano i skazano. Ale krakowskie „podziemie” snuło legendy o brawurze „Zecera” i grupy „Zecera”. To się liczyło. Rodził się nimb.
Tak jak cały przemysł kosmetyczny bazuje na wmawianiu kobietom, że wszystkie mogą mieć 18 lat – tak cała „mocarstwowość” Rosji ery Putina (pierwsza dekada XXI wieku) bazowała od początku władzy Putina na przyjmowanej z ufnością przez naród rosyjski propagandzie państwowej, według której Rosja to znowu (po konwulsjach ery „pieriestrojki” i po degrengoladzie jelcynowskiej) światowy gigant dzięki wysiłkom tytanicznego przywódcy. Geniusz Putin stał się supermatrioszką, idolem rosyjskich mas, które genetycznie tęskniły do silnego batiuszki-samodzierżcy, a propaganda kremlowska podsycała ten kult (bez finezji, raczej „na chama”, bo człowiek ruski kocha prostotę) hasłami typu: „Jesteś tego warta!”, znaczy: Rosjo, jesteś warta Putina gromowładnego i omnipotentnego.
Podczas rządów Putina Rosja tak wypiękniała, że zaczęła przypominać malowidło impresjonisty: lepiej obejrzeć z niezbyt bliska, bez wtykania nosa. Lecz sam Putin musiał wtykać nos we wszystkie ekonomiczne tudzież militarne realia (liczby, wykazy, statystyki itp.), znał więc prawdę, tę czarną. ZSRR miał 285 milionów ludzi, a po zdekompletowaniu Rosja już tylko 140 milionów i katastrofalną (głównie wskutek megaalkoholizmu) zapaść demograficzną. Sowiecki PKB (produkt krajowy brutto) był dwukrotnie mniejszy niż amerykański; rosyjski ośmiokrotnie! Liczba rosyjskich bombowców strategicznych zmalała (w stosunku do zasobów ZSRR) o 40 proc, rakiet balistycznych o 60 proc, rakiet z okrętów podwodnych o 80 proc Przewaga wojskowa USA (wielokrotna pod każdym względem, m.in. prawie dziesięciokrotna satelitarna) stała się tak przygniatająca, iż Putin rozumiał, że kierowane przezeń państwo jest karłowatym mamutem, papierowym niedźwiedziem – drapieżnikiem bez zębów. Co pozostało? Propaganda, którą nie można było wystraszyć Zachodu, lecz można było nadmuchiwać dumę obywateli Rosji (jak choćby głoszeniem wyższości rosyjskiego systemu antyrakietowego nad amerykańskim, rosyjskich rakiet „Topol” M nad amerykańskimi, czy rosyjskich myśliwców Su nad amerykańskimi F), plus straszak energetyczny – nafta i gaz.
W epoce, kiedy nie liczą się wielomilionowe armie, lecz wyrafinowana technika i elektronika (tu Rosja jest wciąż krajem starożytnym wobec Zachodu), i kiedy króluje rachunek ekonomiczny, a nie klangor ideologiczny – Rosji został ostatni realny atut: gorący towar do sprzedawania i zarabiania. Jedni (Hiszpanie, Turcy, Włosi, Grecy) mogą sprzedawać cudzoziemcom swoje plaże i słońce, a Rosja sprzedaje naftę i gaz, które mają tę przewagę nad naturalnym bogactwem zwanym turystyką, że odcięciem kurortów (w przeciwieństwie do kurków) nikomu nie można grozić. Dzięki temu Zachód musi być grzeczny i często przymykać oko wobec różnych „kontrowersyjnych” kwestii i problemów, a Rosja, dzięki temu samemu, ciągle nie musi ogłaszać bankructwa, mimo mentalnej spuścizny marksistowskiej i codzie