Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 72

Większość ludzi to niewolnicy swoich emocji, iluzji, mrzonek, uprzedzeń i patetycznych bądź geszefciarskich wyobrażeń, a także rozpowszechnionych mitów i rytuałów, tymczasem Mariusz B. zachowywał pełną suwere

– „Glina” ni prokuratura ni sąd nas więcej nie ruszy, finite, szlaban!

– Jesteś pewien? – zdumiał się Witold.

– Pewien to jestem tylko śmierci, a tego jestem prawie pewien. „Psy” do budy, wara od nas, nie musimy się już bać łachów!

– Czemu puścili cię tak szybko?

– Bo jestem przystojny, inteligentny, utalentowany i dobrze wychowany, rozumiesz, głupku?

– No tak… ale przecież za to nie dają…

– Dają za wszystko.

– Za wszystko?!

– Owszem, za wszystko to, co według nich może zbawić ich świat. Są głupi, lecz wokół łażą miliony chorujących na większą głupawkę.

Równocześnie stał się drugi cud – odmienił się radykalnie los „artysty plastyka” Mariusza Bochenka. Dwie galerie i dwa muzea sztuki współczesnej zrobiły wernisaże i wystawy jego prac, gazety zaczęły drukować pochlebne recenzje jego twórczości (manierę Bochenka szufladkowano klasyfikacyjnie jako „destrukturalizm synergiczny”), sprzedaż tej „awangardy” szła bestsellerowo. Imponująco szła również nielegalna produkcja druków. „Rubens” sprowadził skądś dwie maszyny drukarskie, lecz już nie do fałszowania blankietów, tylko do wydawania „bezdebitów”, czyli „literatury podziemnej”- czasopism, ulotek i książek antyreżimowych, kleconych przez dysydentów. W „podziemiu” KOR-owskim i w „podziemiach” mniejszych wędrowały szeptanki o patriotyczno-martyrologicznej odsiadce Mariusza (konspiracyjne pseudo „Zecer”), tudzież o tym, że jego tajna firma to najlepsza, najpewniejsza, najbezpieczniejsza drukarnia antykomunistyczna południowowschodniej części kraju. I tak było – i

W 1980 i 1981 roku triumfowała „Solidarność”. Presja reżimu słabła, muskulatura Związku pęczniała, cenzura funkcjonowała niczym kaleka, światło wolności majaczące u krańca tunelu rosło każdej doby. Konspiratorzy konspirowali dalej, lecz już rozluźnieni, hałaśliwi, butni i balujący euforycznie przy różnych okazjach. Pewną „balangę” krakowską zakończono blisko świtu i Mariusz „Zecer” rozwoził kumpli z „konspiry” do domów, bo kupił duże volvo, a „naprany” prowadził wóz równie elegancko jak gdy był trzeźwy. Tym razem jednak mieli pecha: wyhamował ich milicyjny radiowóz. Kierowcy wetknięto alkomat w buzię. Alkomat pokazał zero – nul! Trzy razy. Kierowca był trzeźwy niby niemowlak. Nazajutrz pełni obaw i podejrzeń kumple zapytali go:

– Dlaczego ty udajesz, że chlasz, kiedy chlamy balując, „Zecer”?!

– Dlatego, że mam wrzody żołądka, a nie chcę psuć wam zbiorowego, powstańczego ducha alkoholizmu! – odwarknął.

I zaprezentował im lekarstwa plus papiery szpitalne pacjenta żołądkowej (gastrologicznej) interny. Wszystkim kolegom zrobiło się głupio.

Nocami leżał, nie przymykając wzroku, i myślał, że to wszystko jest straszne niczym ostatni krąg dantejskiego piekła. Mantrował bez głosu: „Boże mój, Boże mój, nie opuszczaj mnie, nie odpychaj mnie, nie odbieraj mi siły!”.

Lieonid Szudrin wziął finansowych rekinów jako temat swojej rozprawy sejentycznej (mającej mu przynieść wyższy stopień naukowy), ponieważ nie chciał, aby rezultat jego harówki spoczął trójegzemplarzowo w bibliotecznym kurzu Instytutu Historycznego – pragnął osiągnąć również sukces rynkowy, publikując bestseller. Wiadomo każdemu, iż rangę bestsellera gwarantują książce te same trzy afrodyzjaki, które się uważa za trzy główne motory działań homines sapientes: seks, pieniądze i władza. Aktywność finansowych magnatów – czy to starożytnych, czy nowożytnych – spaja owe trzy namiętności harmonijnie: ci ludzie gromadzą duże pieniądze, więc dzierżą władzę (ekonomiczną tudzież lokalną polityczną) i kupują sobie kobiety wybiegowego sortu. We wszystkich krajach komunistycznych, które się odkomunizowały pomiędzy rokiem 1989 a 1991 (Europa wschodnia, południowowschodnia i środkowa) kasta tych miliarderów (identycznie jak wszelaka mafia) wyrosła ze speesłużb, z tajnej żandarmerii reżimowej – bez współpracy bądź inspiracji „służb” megakariera finansowa była niemożliwa. To one przeprowadzały dawnych walutowych cinkciarzy od bramy blisko banku do gabinetu i fotela szefa banku, a regionalnych dzierżymordów (dygnitarzy czerwonej partii) – od „Kapitału” do kapitału. W Rosji i na Ukrainie nowa arystokracja pieniądza zyskała miano „oligarchów”, zaś Szudrin chciał pokazać czytelnikom XVI-wieczne, XVII-wieczne, XVIII-wieczne i głównie XIX-wieczne pierwowzory takich superludzi – pionierów rosyjskiego kapitalizmu, tytanów oligarchii carskiej. I pokazał, ale nie czytelnikom.

„Historia rosyjskiej oligarchii” Lieonida Szudrina bezspornie dowodziła, że stałość jest cechą charakterystyczną rosyjskiego systemu – przez prawie pół tysiąclecia (XVI-XIX wiek) wszystko toczyło się w niezmie

Milioner Politkowski był niekwestionowanym „królem Petersburga” całe 17 lat (1835-1852). Przyjęcia i bale w jego pałacach i rezydencjach nie miały sobie równych, nawet carskie „asamble” nie wytrzymywały konkurencji. Gwoli urządzania nocnych „pikników rzecznych” kupił Politkowski dwa luksusowe parostatki, nocą oświetlane „a giorno”. Zimą nigdy nie brakowało tam świeżych poziomek i egzotycznych kwiatów. Elity rosyjskie bywały

gośćmi tego Midasa właściwie „z obowiązku”, gdyż kto nie bywał na salonach Politkowskiego, ten stawał się cywilnym trupem, sui generis banitą. Wszyscy kłaniali się bonzie do pasa, i wszyscy za jego plecami spekulowali à propos źródeł jego milionów, gdyż proweniencja tej fortuny była enigmą. Politkowski twierdził, że ma szczęśliwą rękę jako hazardzista, więc wygrywa krocie przy „zielonym stoliku”. Działalności rolnej ani biznesowej nie prowadził. Wzorowo kierował biurem Komitetu Inwalidów Woje