Страница 5 из 72
Około półmetka lat 70-ych (szczyt tzw. „prosperity gierkowskiej”) cała południowowschodnia część PRL-u (Kraków, Rzeszów, Przemyśl, Lublin, Stalowa Wola i Zamość) była królestwem „Blankieta”- wszyscy ważni przestępcy tej części kraju zaopatrywali się u niego w dokumenty „lepsze niż autentyczne”. Płacąc odpowiednią sumę, zostawali maturzystami i magistrami, dostawali kwity celne, koncesje, zezwolenia bądź umorzenia, mieli solidne faktury i legitymacje, nie wyłączając paszportów, które honorowano jak glob długi i szeroki (czy raczej okrągły). Dojście do superfałszerza nie było bezpośrednie, istniał łańcuch pośredników kontrolowanych przez dwa gangi (krakowski i lubelski), więc profesja wydawała się bezpieczna. Również mentalność Mariusza budziła zaufanie jego klientów.
Gdyby musiało się określić Bochenka jednym słowem, trzeba byłoby użyć słowa; niewzruszony. Można go było tym terminem definiować, sądząc po odruchach i kamie
Wiosną 1978 Bochenek wpadł. Nigdy nie dowiedział się dzięki komu, ale treść donosu mniej go gnębiła niż treść wyroku: siedem łat w „ciupie”. Dużo. „Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata”, jednak siedem lat to dantejskie piekło, nawet gdy się uwzględni możliwość wyjścia po dwóch trzecich za „dobre sprawowanie”. Prokuratura rekwirowała co chciała (cały sprzęt i materiał fałszerski), lecz sąd nie orzekł lokalowego „przepadku mienia”, dlatego Witek „Znajda” (fartownie nieobecny przy rewizji i aresztowaniu, więc „nienamierzony”) został w spadkowej „chacie” jako jedyny (prócz futrzastego „dachowca”) lokator. Utrzymywał się bez kłopotu, mieli bowiem swoje tajne konta i skrytki, ale wskutek braku roboty nudził się okrutnie. Rozrywkę codzie
Już pierwsza taka środa oferowała mu dużo emocji. Gdy przyszedł, zobaczył pod bramą „zakładu penitencjarnego” dwie dziewczyny szarpiące sobie kudły, plujące, drapiące i wrzeszczące. Znał obie, Jolkę i Beatę, bo obie były „sympatiami” szefa. Rozdzielił je, nie bez wysiłku, lecz nim otwarto bramę, pojawiła się Marta i wybuchło jeszcze większe piekło. Wszystkie przybyły na „widzenie” z ukochanym. Kiedy wreszcie bramę otwarto, została tylko Jolka – przegoniła konkurentki, bo ćwiczyła ju-jitsu.
Nie było Witkowi lekko za czasu odsiadki szefa. Nie znał klientów „Blankieta” (owych „biznesmenów”, paserów, kontrabandzistów i gwiazdorów „miasta”), prócz jednego cinkciarza, Karola „Guldena” Wendryszewskiego, którego tłukła cudzołożna małżonka, więc czasami biedak się wypłakiwał i nocował w mieszkaniu fałszerskiego duetu. „Gulden” był ulubieńcem „Człona”', gdyż był jego wielbicielem – z podziwem obserwował jak kobiety lecą na Bochenka, mimo że ten traktuje każdą raczej zimno (stanowiło to dla wahiciarza bulwersującą zagadkę bytu notorycznie). Gdyby nie desperackie ucieczki Wendryszewskiego przed „zdzirą”, Witold długimi miesiącami miałby jako rozmówcę tylko bochenkowego kota – „Kacapa”. Aż do września 1979 roku…
Pędząc saniami ku wiosce wyznawców eksdrogówkowca Wissariona, Lieonid Szudrin wiedział już (od funkcjonariusza kolejowego), że wśród hołdujących drugie, wissarionowe wcielenie Galilejczyka jest sporo ludzi mających uniwersyteckie dyplomy, ale kiedy zobaczył Miszę Gruwałowa, dawnego kolegę z Wydziału Historii i z Instytutu, nie wierzył własnym oczom:
– Ty, historyk, tutaj?!
Misza uściskał go serdecznie:
– Właśnie dlatego tutaj, że historyk! Pismo Święte to perła historiografii, kolego! A krzyż, Lonia, to zaczyn wszelkiego dobra, wszelkiej naprawy, wszelkiej odmiany. Również Rewolucja Październikowa miała krzyż jako detonator buntu mas.
– Zwariowałeś? Lenin wymachiwał sierpem i młotem, nie krucyfiksem, jaki znowu krzyż?!
– Krzyż, krzyż, Lonia! Konkretnie krzyżyk. Nie będziesz chyba przeczył, że Rewolucja 1905 roku była bramą do obu Rewolucji 1917 roku, Lutowej i Bolszewickiej?
– Bolszewicki pucz nie był żadną rewolucją, był ordynarnym zamachem stanu, Misza, ale zgadzam się, że eksplozja 1905 stanowiła prolog eksplozji 1917. Tylko gdzie ten krzyż? Chodzi ci o krzyż, którym wymachiwał wtedy mnich Hapon, wiodąc demonstrację robociarzy pod lufy żandarmów? Przecież to był prowokator, tajny agent Ochrany, jak Azef!
Misza Gruwałow machnął ręką w zniecierpliwieniu: – Chodzi mi o krzyżyk, kolego. Tamtej zimy Alieksy Alieksandrowicz… Wiesz o kim mówię?
– O Wielkim Księciu?
– Zgadza się, mówię o synu cara Aleksandra II, Wielkim Księciu Alieksym Alieksandrowiczu, wielkim złodzieju, którego wywalono ze stanowiska szefa floty, bo zbyt dużo kradł.
– On nie był detonatorem żadnego buntu…
– Był!
– Kiedy, w 1905?!
– Owszem. Tamtej zimy przybył do Teatru Michajłowskiego w Petersburgu ze swą metresą, panią Ballette, która miała na sobie pyszny garnitur brylantów, a między jej cyckami wisiał cudowny rubinowy krzyżyk. Gdy weszli do loży, publika wstała i gapiła się ponuro, aż ktoś ryknął: „-Miliony Czerwonego Krzyża!”. Wtedy cała sala zawyła: „-Oddaj diengi!!!”. Książę, wraz ze swą damą, zwiał. Gonił ich ryk tłumu. Dzień później wybuchła rewolta uliczna, kolego.
Lieonid roześmiał się i rzekł:
– Mnie uczono inaczej, Misza. Że wojna carsko-japońska spowodowała taki chaos…
Gruwałow przerwał mu gwałtownie:
– Daj spokój!
– To ty daj spokój. Zawsze miałeś bzika na punkcie babskiej pupy jako motoru historycznych zdarzeń. Od Kleopatry i Messaliny, do pani Simpson i pani Peron. Gdyby profesor Żelezin ci nie zakazał, doktorat robiłbyś z tyłka solistki Teatru Bolszoj jako detonatora stalinowskic „czystek” w resortach siłowych. Wszyscy członkowie Akademii żartowali wtedy, że „Misza Gruwałow widzi tylko krocze kochanki Słońca Ludów”!
Gruwałow wzruszył ramionami pogardliwie:
– Opinia zbiorowa to bagno, każda bulwersująca prawda jest dziełem indywidualisty. Ta śpiewaczka była muzą Stalina przez prawie dwadzieścia lat…
– Nie jedyną
– Ale jedyną tak długo, i
– Czyli rozwalił ich przez zazdrość?
– Tak, przez zazdrość, przez wściekłą zazdrość. Marszałek Tuchaczewski połucził kulkę, bo Dawydowa kochała go, a Beria…
– Misza, dosyć, odpuść! – jęknął Szudrin. – Nie przyjechałem, by słuchać bredni na temat samicy Stalina!
Przyjechał tam, by ewakuować własną samicę, czyli wskrzesić swoje małżeńskie stadło, lecz to mu się nie udało, ponieważ roztaczał mniej feromonowego czaru aniżeli syberyjski neoChrystus Wissarion. Wrócił do Moskwy wściekły, i żeby przepędzić stres, wziął się za wyczerpującą gimnastykę z czarnowłosą Olgą, młodą sekretarką kancelarii Instytutu Historycznego, tudzież z czarnorynkową materią dziejów w ramach pisania pracy „Historia rosyjskiej oligarchii” jako naukowej (instytutowej) trampoliny.