Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 15 из 30

– On żąda nie tylko pieniędzy… Twierdzi, że musi mieć dziesięciu zakładników…

– Że musi rozstrzelać dziesięciu zakładników, czy tak? – spytał Kłos.

– No… jeśli winowajcy… jeśli sprawcy wysadzenia pociągu nie zgłoszą się sami do jutra rana…

– Wiemy, iż się nie zgłoszą! – przypomniał Malewicz. -… Zatem gdy wykupimy czterech aresztowanych, Muller aresztuje czterech i

– Tak, dobrze.

Kolejną fazę śmiertelnej ciszy przerwał bolesny głos księdza:

– A wam się wydawało, że uratowaliście cztery żywoty…

Tarnowskiego paraliżował strach, lecz nie mógł czekać dłużej.

– Najgorsze jest to, proszę panów, że Muller żąda, by mu wskazać tych czterech!

– Co?!!!

Ów chóralny krzyk wydało kilka gardeł, ale przodownik Godlewski jeszcze nie rozumiał:

– Nie rozumiem, panie hrabio. No… przecież właśnie wybraliśmy tych czterech i wskażemy ich…

Hrabiego uprzedził Krzyżanowski, tłumacząc Godlewskiemu:

– Panie przodowniku – Muller zażądał, by oprócz czterech do wykupienia wskazać również czterech do aresztowania.

– Do zamiany! – pomógł Brus.

– Czyli do rozstrzelania! – spuentował Malewicz.

– I pan przyjął to żądanie, panie hrabio? -zdziwił się Hanusz.

– Ja tylko wysłuchałem Mullera, natomiast przyjąć lub odrzucić to żądanie musimy razem, tutaj i teraz, proszę panów.

– A jeśli odrzucimy?

– Wówczas nie dojdzie do transakcji, cała sprawa upadnie, bo ten drugi wymóg Muller postawił jako warunek sine qua non.

Malewicz klepnął się dłonią w kolano, niby człowiek rozbawiony świetnym żartem.

– Więc to dlatego… dlatego spotkał nas zaszczyt siedzenia przy rodowym stole Tarłowskich hrabiów! Chce pan, panie hrabio, uczynić odpowiedzialność za zbrodnię odpowiedzialnością zbiorową, przerzucić ją na nasze sumienia!

– Rzeczywiście, panie radco – przyznał Tarłowski. – Na was i na mnie. Sam nie mógłbym tej decyzji podjąć.

– Takiej decyzji nikomu nie wolno podejmować, bracia! – zagrzmiał Hawryłko, piorunując hrabiego wzrokiem.

Kilka osób (Malewicz, Hanusz, Brus i Sedlak) przytaknęło księdzu, kiwając głowami. Lecz wstał tylko doktor. Odsunął krzesło gwałtownie, aż zaskrzypiały klepki pawimentu, i wycedził nienaga

– Merci bien, monsieur le comte! Je ne veux pas participer! [1]

l ruszył ku drzwiom bez pożegnania. Ośmielony przez Hanusza Brus wstał także, mówiąc:

– Pan chyba sfiksował, panie hrabio, sądząc, że weźmiemy udział w tym… w tym zabijaniu! Ja również powiadam: pas! Nie akceptuję tej brudnej gry!

Będącego już blisko drzwi Hanusza dogonił zjadliwy głos Mertla:

– Mes felicitations, cher docteur!… Oh, pardo

Hanusz odwrócił się zdziwiony.

– Pan mówi do mnie?

– Najwyraźniej tak, bo tylko pan wśród nas jest lekarzem, cher docteur. A mówię po francusku, bo pan tak ładnie się odezwał tym językiem ludzi kulturalnych. Jeszcze raz: mes felicitations, monsieur le directeur! [3]

– O co panu chodzi?!

– Zadziwiające!… Mówi pan tak dobrze po francusku, a nie zrozumiał pan prostego wyrażenia? Złożyłem panu gratulacje, panie dyrektorze szpitala miejskiego!

– Nie jestem dyrektorem, panie Mertel!

– Dzielą pana od tego tylko cztery kroki. W momencie, kiedy pan przestąpi próg i opuści nas, nie chcąc brukać swego sumienia – zatwierdzi pan wyrok na profesora Stasinkę, którego przecież mamy wykupić.

Hanusz przyłożył sobie dłoń do czoła, jakby pragnął sprawdzić temperaturę, i szepnął:

– A nie mówiłem?… Przewidziałem ten zarzut…

– Tak, mówił pan już o tym, i to bardzo rozczulająco, nieomal się popłakałem ze wzruszenia! – ciągnął bezlitośnie Mertel. – Czy teraz będę musiał zapłakać nad pańską niewdzięcznością wobec przełożonego, panie Hanusz? Czy pan wie co pan robi? Czy to ma być takie nieskomplikowane – profesor Stasinka idzie pod mur, a zastępca profesora obejmuje jego fotel, jego gażę, cały jego urząd? Ca m'est bien egal [4], lecz…

– Jak pan śmie tak mówić?! To podłość, panie Mertel!… Zresztą moja absencja nie zmieni wyniku głosowania.

– Pańska absencja, doktorze – wsparł Mertla Kortoń – zarazi i

– Ale i nie zabijemy nikogo! – stwierdził Brus.

– Przeciwnie, zabijemy najwartościowszych, bo nie wydrzemy ich z rąk Gestapo, mimo że los dał nam taką szansę!

– Tylko że jak komuś los daje obok szansę awansu… Cóż, stołek dyrektorski to stołek dyrektorski… – wycedził Mertel, dziurawiąc wzrokiem Hanusza.

– Na miłość Boską, ja nie dlatego! – zaperzył się Hanusz. – Ja po prostu uważam, że… że nie powi

– Pan po prostu uważa tak samo, jak pan magister Brus – że panu nie wypada uświnić sobie rączek! – strzelił do lekarza Kortoń. – Że pan nie będzie się bawił w kata! Bo pan jest taki przyzwoity…

– Staram się, panie Kortoń, czego po panu nie widać! – odwinął Hanusz. – Staram się być przyzwoity!

– Pewnie! Tak samo przyzwoity, jak szanowny pan poczmistrz, który żyje tylko dlatego, że kilka lat temu profesor Stasinka operował mu flaki, wyciągając z grobu skalpelem! A teraz pan Sedlak, przy pańskiej pomocy, i może przy pomocy i

Sedlak nie przejął się tą złośliwością, skwitował ją partyjnie:

– Endecy bredzą z natury rzeczy, ale pan, panie Kortoń, wykazuje zdumiewające kalectwo umysłu nawet jak na endeka!

– To wariat! – uzupełnił Brus.

– Pan też jest czerwony? – zapytał Brusia Kortoń.

– Nie, tylko normalny. A pan chyba naprawdę zwariował! Pana trzeba by przezwać świnią, skończoną świnią, i zrobiłbym to, gdybym nie

sądził, że pan jest chory umysłowo, pan jest kompletny wariat!

– No to mnie też zapiszcie do wariatów! -wybuchnął Mertel. – I pana hrabiego, i pana mecenasa, i pana redaktora, bo oni myślą analogicznie!

– Proszę w moim imieniu nie mówić! – zastrzegł się Kłos.

– Mówię w imieniu tych wszystkich, dla których słowa ojczyzna i patriotyzm coś znaczą!

– A Bóg i honor? Bóg i honor, proszę panów! – włączył się Stańczak. – Wśród naszych świętych triad Bóg – honor – ojczyzna górą! Dla reszty dziewczyna – wino – śpiew!

– Panie profesorze, dość tych wygłupów! -zażądał Kortoń.

– Czemu? Ja jestem Polak mały, a mój znak to orzeł biały!

– Pański znak, profesorze, to pijana kura!

– Dom wariatów! – westchnął Bartnicki.

– Rzeczywiście przytaknął Mertel. – Szkoda, że nie dom patriotów! Ale być może nie wszyscy tutaj są abnegatami. Zróbmy głosowanie…

– Mam w dupie pańskie głosowanie! – wzruszył ramionami Sedlak.

– W dupie to pan masz siedzącego tam cykora, panie Sedlak – cykora, że by was przegłosowano! Że wygraliby ludzie, którzy nie unikają tej brudnej, według was, gry!

– A pańskim zdaniem ona nie jest brudna? – spytał doktor Hanusz.

– Moim zdaniem trzeba za wszelką cenę uratować ludzi, których przegłosowaliśmy do wykupienia, panie Hanusz!:

– Za wszelką cenę?

– Tak!

– Są ceny zbyt wysokie, i monety zbyt kosztowne w pewnych sytuacjach, więc niech pan nie nadużywa słów – zwrócił Mertlowi uwagę radca Malewicz.

Profesor Stańczak znowu przerwał półdrzemkę z otwartymi powiekami, bo usłyszano jego baryton:

– Wcale nie nadużył słów. To raczej wy, panowie aniołowie, żonglujecie po kuglarsku sylabami, pragnąc obronić dziewictwo swych sumień, trochę dla mnie wątpliwe, bo każdy z was żyje parędziesiąt lat, więc musiał nie raz utracić

[1] Wielkie dzięki, panie hrabio! Nie mam zamiaru w tym uczestniczyć!

[2] Moje gratulacje, drogi doktorze!… Oh, przepraszam – drogi dyrektorze!

[3] moje gratulacje, panie dyrektorze!

[4] Dla mnie to wszystko jedno…