Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 30

Duży ście

– Panie profesorze, pańskie spekulacje, sofizmaty i bon-moty są zachwycające, tylko myślę, że w naszej sytuacji są one stratą czasu. Brak czasu na takie popisy, gdy chodzi o ludzkie życie! Jestem za propozycją pana redaktora, niech decyduje większość.

– Racja, panowie, racja! – ożywił się przodownik Godlewski. – Nie widzę przy tym stole prostytutek i analfabetów. Pan redaktor, mówiąc o wyborze, mówił o wyborze dokonywanym przez ludzi pierwszorzędnych… znaczy solidnych, prawda?

Tak, panie przodowniku. Mówiłem o wyborze, który jest demokracją, gdzie światła większość przesądza, a mniejszość…

– Mniejszość ciemna? – wszedł Kłosowi w słowo zdziwiony ksiądz Hawryłko.

– … a mniejszość musi się podporządkować temu wyborowi.

– Doskonale – zawyrokował mecenas. – Głosujmy kolejno. Może najpierw przegłosujmy lub odrzućmy kandydaturę pana dyrektora Kuźmicza, a później…

– Nie! – sprzeciwił się Mertel. – Zacznijmy od tego: kto jest przeciwko Trygierowi i Ostrowskiemu?.,. Kto jest przeciwny wykupieniu panów Trygiera i Ostrowskiego – niech podniesie rękę do góry!

Milczenie, które teraz zapanowało, było najgłębszym z dotychczasowych milczeń przy tym stole. Nawet palący przestali się zaciągać. Pod inkwizytorskim spojrzeniem Mertla i Kortonia niektórzy spuszczali wzrok. Unoszący się nad blatem wo

– Gratulacje dla panów partyzantów! Doprawdy, panowie – genialny chwyt!

To ośmieliło aptekarza:

– Nie genialny, tylko bandycki, mający na celu zastraszenie wszystkich tu siedzących!

– Pan Brus ma całkowitą słuszność, to skandaliczne! – krzyknął Sedlak. – Panowie, nie pozwólmy się tym ludziom zastraszyć!

– Czekamy, aż pan da nam przykład, panie naczelniku – mruknął cierpko Krzyżanowski.

– Jaki przykład?

– No… że podniesie pan rękę.

– Proszę bardzo, mogę podnieść dłoń, lecz co to da jeśli nie podniosą i

– Słusznie – rzekł Malewicz – nie powi

– Jak to?… – zdziwił się Godlewski. – Za wszystkimi?… Przecież… przecież możemy wybrać tylko trzech…

– I wybierzemy trzech, panie przodowniku. Będziemy głosować kolejno za każdym z dziesięciu aresztowanych…

– Z dziewięciu aresztowanych! – przypomniał Krzyżanowski.

– Tak, rzeczywiście, z dziewięciu. Ci, którzy otrzymają największą liczbę głosów, zostaną wykupieni przez pana Tarłowskiego.

– A jeśli niektórzy otrzymają równą liczbę głosów? – spytał jubiler.

– Gdyby tak się stało, to wówczas będziemy losować jednego z nich – zaproponował Kłos.

– A jak będziemy głosować? – nie ustępował Bartnicki.

– No cóż, najłatwiej byłoby przez podniesienie rąk…

– Ale nie najzręczniej, nie najzręczniej, proszę kolegów – rzekł radca.

– Dlaczego nie najzręczniej? – spytał Godlewski.

– Bo to byłoby głosowanie jawne, panie przodowniku – wyjaśnił mu radca. – A głosowania jawne czasami bywają krępujące.

– I do tego jest nas trzynastu, pechowa liczba, panowie – dodał Brus.

– Nie będzie głosowało trzynastu – szepnął ksiądz Hawryłko. -Ja nie będę głosował.

– Dlaczego, proszę księdza? – spytał Godlewski.

– Bo mnie nie wolno, synu.

– Ale dlaczego?!

– Dlatego, że kapłan może być sędzią tylko w konfesjonale.

– A w trybunale to nie?!… – rozjazgotał się filozof, uradowany, że podsunięto mu kolejną

tarczę do ostrzału. – Pała z historii Kościoła, i z bieżącej rzeczywistości Kościoła, księżulu!

– W jakim znowu trybunale? – zniecierpliwił się Hawryłko.

– Inkwizycyjnym, bratku!… Co, zapomnieliśmy o Świętym Oficjum, proszę księdza? I o „psach Pana Boga", braciszkach Dominikanach? Nic mi nie wiadomo, by Święty Trybunał uległ likwidacji, ale jeśli się mylę – proszę mnie oświecić…

– Trybunał kościelny to specyficzny przypadek… – próbował bronić się ksiądz.

– Ale gronem sędziowskim jest tam grono kapłanów. Zatem nie jest prawdą, że kapłan może sądzić tylko w konfesjonale. Ksiądz nas okłamał, a kłamstwo to grzech – będzie ksiądz musiał teraz klęknąć z drugiej strony konfesjonału, prosić o pokutę, etcetera.

– Mylisz się, człowieku. Święte Oficjum wyrokuje tylko w sprawach dogmatycznych, w sprawach wiary. Kapłan nie może być sędzią w sprawie świeckiej.

– Gdy ksiądz skazuje prostytutkę lub cudzołożnicę na zdrowaśki – to nie jest wyrokowanie w sprawie świeckiej?

– Jest, ale tylko konfesjonał daje mi takie prawo.

– Drogi księżulu… – chciał się dalej przekomarzać filozof, lecz Hawryłko uniemożliwił ten zamiar:

– Nic z tego, nie zmienicie mojej decyzji, panowie. Nie będę głosował!

– Ja również nie będę głosował! – poinformował z ulgą Bartnicki.

– Czy to znaczy, że pan może być sędzią tylko w kantorze jubilerskim? – ukłuł Bartnickiego Stańczak. – Taksując bliźnich, którzy przynieśli panu obrączkę ślubną do spieniężenia na chleb dla dziatek lub na kęs alkoholu?

– Daj pan spokój, panie profesorze!

– Jeśli wszyscy, wymawiając się suta

Krzyżanowski kilkakrotnie trącił widelcem kieliszek, uciszając gwar.

– Panowie, myślę, że wszelkie obawy może rozwiać głosowanie w i

Dłoni nikt nie uniósł, nawet ksiądz Hawryłko, choć niektórzy liczyli, że to zrobi.

– W porządku, procedura zadecydowana! Rozbrzmiał dzwonek hrabiego i zjawił się kamerdyner.

– Łukaszu, przynieś papeterię oraz kilka za-temperowanych ołówków.

– Dobrze, panie hrabio. Ale bigos już gotowy, Rozalka chce podawać…

– Poda za kilkanaście minut. Wpierw ty podasz papeterię i ołówki. Na jednej nodze!

– Już się robi, panie hrabio.

AKT IV

Bigos zjedzono przy palących się żarówkach. Na dworze królowała już ciemność. Silny wiatr zapowiadaj burzę od paru godzin, ale burza się nie spieszyła, nie było nawet deszczu. Gdy stół został uprzątnięty, gdy czyste popielniczki i pełne karafki zawładnęły blatem – hrabia wykorzystał sposób mecenasa Krzyżanowskiego, pukając w szkło oczkiem sygnetu, by zgasić gwar. A kiedy zapadła cisza – odezwał się głosem trochę niepewnym, bojaźliwym, chwilami łamiącym się, lecz nie histeryzujące:

– Panowie… Panowie, winienem… winienem teraz przejść do najtrudniejszej części propozycji Mullera… to znaczy żądania Mullera… Bo ta decyzja, którą… którą właśnie podjęliśmy w sprawie trzech… w sprawie czterech zakładników… to połowa decyzji… A nawet nie polowa – to jedynie wstęp do sprawy dużo trudniejszej…

Po raz kolejny grobowa cisza owładnęła salą. Słychać było tylko alergiczny katar Krzyżanowskiego, gdyż mecenas nie mógł oddychać bez lekkiego świstu. Razem z dymem rozprzestrzeniał się wokół głów strach – przeczucie kataklizmu zaszczepione tonem gospodarza. Brus odezwał się pierwszy:

– Więc to jeszcze nie koniec?…

– Coś mi wygląda na to, że dopiero początek! – sapnął Malewicz.

Hanusz wbił się wzrokiem w twarz Tarłowskiego:

– Panie hrabio… -Tak?

– … Panie hrabio, pan nam powiedział, że Muller chce wziąć pieniądze za czterech zakładników!