Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 30

Waldemar Łysiak

Cena

Obsada:

Uczestnicy Posiedzenia

1. Teodor hrabia Tarłowski

2. Jubiler Roman Bartnicki

3. Mecenas Alojzy Krzyżanowski

4. Nauczyciel Zbigniew Mertel

5. Dyrektor kina Romuald Kortoń

6. Policjant, przodownik Stanisław Godlewski

7. Radca Roman Malewicz

8. Filozof, profesor Mieczysław S t a ń czak

9. Lekarz Bogusław Hanusz

10. Dzie

11. Naczelnik poczty Bronisław Sedlak

12. Ksiądz Julian Hawryłko

13. Aptekarz Zygmunt Brus

Pozostali

14. Oficer Gestapo Friedrich Muller

15. Kamerdyner Łukasz

16. Hrabicz Marek Tarłowski

17. Porucznik Wehrmachtu.

AKT I

Wielka podłużna sala obiadowa pałacu tętniła ciszą zatopionych koralowych jaskiń. Pośrodku królował stół o kształcie starorzymskiego hipodromu dla rydwanów. Wokół – niczym łańcuch suto umundurowanych wartowników – spało dwanaście bliźniaczych krzeseł. Blat stołu dźwigał trzy złocone mosiężne świeczniki, srebrną salaterkę oraz kamie

Mężczyzna siedzący przy stole i palący cygaretkę za cygaretką nazywaj się Tarłowski. Teodor hrabia Tarłowski. Jego bardzo dawni przodkowie byli hetmanami, senatorami i ministrami monarchów. Jego prapradziad był oficerem napoleońskim, pradziad powstańcem i emigrantem, dziad renegatem w służbie cara, zaś ojciec abnegatem w służbie hedonizmu marki „fin-de-siecle" i modernizmu rozkosznej ery światowego międzywojnia. Teodor – póki był młody i jeszcze młody – praktykował cywilizowaną bezczelność dzieci z dobrych rodzin, które idą przez życie bez hamulców (rodziny też, lecz zwłaszcza dzieci), a dla upewnienia się, że wolno im, rzucają od czasu do czasu jakieś mocne słowo należące do języka lumpów, czyniąc to tak naturalnie, jakby poprawiały sobie włosy muśnięciem grzebienia. Ustatkował się po pięćdziesiątce, bo został zrzucony przez wyścigową klacz. Odtąd mógł jeździć tylko na wózku inwalidzkim, dzięki czemu poświęcał więcej czasu żonie, co wszakże nie trwało długo, bo ona zmarła w pierwszym tygodniu wojny. Wszędzie wtedy mnóstwo ludzi umierało od kuł i bomb, a ją zabił rak biustu.

Wojna (dokładniej: okupacja niemiecka) zmieniła hrabiemu rodzaj gości. Teraz często bywali u niego (na przyjęciach i na polowaniach) wyżsi oficerowie Wehrmachtu i Abwehry, nigdy zaś oficerowie Gestapo czy SD, ponieważ obie te formacje składały się z niebłękitnokrwistych chamów, gdy w Abwehrze i wśród generalicji armijnej od hrabiów i baronów aż się roiło. Tymczasem okoliczne lasy roiły się od partyzantów, ci jednak nie brali uczt „pana hrabiego" ze „Szkopami" za kolaborację, inkasowali bowiem regularnie hrabiowski haracz patriotyczny wspierający „walkę narodowo-wyzwoleńczą".

Woje

Taka rozpacz bywa czarniejsza niż noc. Ma zwiotczałe członki, opuszczone ramiona i załzawione spojrzenie. Drży jak w delirium. Przypomina negatyw fotografii weselnej. Budzi myśli o studniach, lochach, zawalonych pieczarach i polarnych mrozach. Kradnie tlen. Zaprasza głód. Modlitwy uciekają, nie dając się łowić. Skrzeczy fatum. Ale i kołacze się błysk nadziei, bo póki życia – poty nadziei. Hrabia Tarłowski, otulony mrokiem swych myśli i dymem cygaretek – czekał na cud. Doczekał się blisko południa. W otwartych drzwiach sali stanął sędziwy kamerdyner Łukasz i zameldował wystraszonym głosem, prawie szeptem:

– Przyjechał, panie hrabio!…

Z oddali, z głębi pałacu, od strony portyku wejściowego, biegło mocne, rytmiczne i coraz głośniejsze dudnienie obcasów tłukących posadzkę. Urwało się, gdy na progu stanął oficer w mundurze Gestapo, smukły, przystojny i regulaminowo pewny siebie. Wyglądał jak produkt nazistowskiego burdelu laboratoryjnego, którego zadaniem była hodowla rasy pięknych, czystych, błękitnookich blondynów, aby przyszłe szeregi SS, SD czy Gestapo nie składały się głównie z brunetów o rysach semickich lub Hitleropodobnych. Legenda Gestapo przypisywała tej formacji grubiaństwo i prostactwo, jednak on – kapitan Friedrich Muller – miał coś arystokratycznego i w sposobie bycia, i w upodobaniach (nie cierpiał lokali, których klientela przejawiała nadmierną skło

Muller – nim przestąpił próg – obrzucił wnętrze sali wnikliwym spojrzeniem i zdjął czapkę, a później zrobił kilka kroków w stronę inwalidzkiego wózka i zawiesił pytający wzrok na twarzy hrabiego, dając milcząco do zrozumienia, że pierwszy nie otworzy ust. Tarłowski przełknął gorzką od cygaretki ślinę i wymamrotał tonem tak grzecznym, że nieomal przymilnym, a łamiącym się lekko:

– Dzień dobry, panie Muller… Jestem… jestem panu wielce zobowiązany, że zechciał pan pofatygować się… że nie odrzucił pan mojego zaproszenia… Gdyby nie moje kalectwo, nie fatygowałbym pana, tylko sam bym się udał do pańskiego biura… Proszę, zechce pan…

Wskazał Mullerowi krzesło, ten jednak ani drgnął. Stał rozluźniony, w pozycji, którą historycy sztuki zwą kontrapostem (przeciwwagą dla ugiętej prawej nogi była mu czapka trzymana zgiętą lewą ręką), milcząco świdrując twarz gospodarza. To trwające parę sekund milczenie zdawało się trwać parę minut i wytwarzało atmosferę napawania się wyższością przez człowieka umundurowanego. Kiedy jednak kapitan odezwał się, w jego głosie nie było złośliwej ostentacji, tylko trochę zwyczajnego chłodu:

– Dzień dobry, panie hrabio… Jeśli chodzi o fatygę, to pofatygowałem się dla zaspokojenia ciekawości… Nie ciekawości wobec sprawy, którą pan ma do mnie, bo to rzecz oczywista, ale ciekawości tego pałacu, bo mi o nim dużo mówiono, nigdy jednak nie zostałem tu zaproszony…

– Cóż… przyznaję, panie Muller, że…

– Ależ ja nie mam o to żalu, panie Tarlowsky, rozumiem jaka jest różnica między plebejuszem z Gestapo a hrabiątkami z Abwehry. Gdyby nie ten głupi przypadek, że jej szef, admirał Canaris. został aresztowany w minionym tygodniu i jego firma przechodzi pod kuratelę Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy – o ratunek prosiłby pan dzisiaj swego kompana, majora von Sternberga.