Страница 42 из 147
Stara suka z kniaziowskiej sfory otarła się przymilnie o stopę Zarzyczki, która z ulgą rzuciła na posadzkę ledwo napoczęty kawałek pieczeni. Nie mogła wyjść z sali wcześniej, nim dostojni przybysze upiją się skalmierskim winem. Tymczasem uczta toczyła się dziwnym zwichrowanym rytmem. Pozornie było jak zawsze. Podano cukry, a między stołami pojawili się trefnisie i połykacz ognia. Paciornicka kapłanka zrazu przyjrzała się bacznie jego wyczynom, dalej pociągnęła z zawieszonej u pasa manierki kilka łyków, a na koniec wydała przeraźliwy ryk i zionęła ponad świecami smugą ognia, wzbudzając hałaśliwe zachwyty Pomorców. Sowa poczęła rozpaczliwie trzepotać u powały podciętymi skrzydłami, a pachołkowie wywlekli nieszczęsnego kuglarza z sali.
– Mamy niedźwiedzia wedle kuche
– Racja! – Kapłanka klepnęła z uciechą w ławę. – Dobrze gadacie, kniahini. Co się mamy obchodzić i powarkiwać jako psi czynią, nim do bójki skoczą. Nie na uczty my tu jechali, tyłki w mróz po wertepach trzęśli. Rzec nam przykazano, że ledwo pierwsza porządna odwilż przyszła, ludzie wasi ze szczętem podurnieli. Nie nasz byłby kłopot, jedno że przy samej granicy zbytkują.
– Kto? – Księżniczka niecierpliwie potrząsnęła głową. – Tam nigdy żadnych rebelii nie bywało. Nawet za mego stryja nieboszczyka, kiedy u waszej bogini w gościnie siedział.
– A czego u nas szukać rebeliantom? – Kapłanka uśmiechnęła się niemiło. – Nie, księżniczko, dla paru powaśnionych z kniaziem szlacheckich smarkaczy zwierzchniczka kapłańskiego kolegium nie wychynęłaby w podobną porę ni o piędź z chutora. Dobrze powiadam, bracie? – cierpko zwróciła się ku kapelanowi Wężymorda.
Piętno skalnych robaków na czole Pomorca zafalowało gwałtownie, a oczy poczęły mu biegać po bokach. Lecz nawet jeśli wyjąkał wreszcie jakąś odpowiedź, kapłanka jej nie dosłyszała, gdyż szlachcic po jej prawicy pojął wreszcie, z kim przyszło mu ucztować, i z przestrachu zakrztusił się kęsem sarniej pieczeni. Uczyniło się zamieszanie. Szlachcic dławił się niczym gąsior, łzy mu ciurkiem ciekły po posiniałej gębie. Jego połowica na przemian wyła z rozpaczy i zapewniała go o dozgo
W zamieszaniu kilku pomorckich frejbiterów ze zdumiewającą przytomnością ducha wymknęło się z sali. Wynajęci kuglarze też bez większego żalu pożegnali się z kolacją i zapłatą za występy. Nawet gamoniowaty pomocnik gęślarza porzucił mistrza i przemknął się za plecami biesiadników ku wyjściu.
Tylko Wężymord ze spokojem patrzył, jak szlachcic w spazmach drze pazurami kubrak. Kapłanka wciąż uśmiechała się obojętnie. Zarzyczka poczuła, jak ogarnia ją chłodna wściekłość. To nie była niefortu
– Widzę, że istotnie postanowiliście nas cały wieczór zabawiać zamiast kuglarzy – usłyszała własne słowa. – Zbytecznie, bo byle zbójca potrafi podobnej sztuczki dokazać. Sztyletem.
Kątem oka dostrzegła lekkie drgnięcie w twarzy Wężymorda. Zakręciło się jej w głowie, a potem usłyszała jego bezdźwięczne:
– Uważaj.
Pulchna szlachcianka gwałtownie upuściła martwego męża i z charkotem wciągnęła powietrze, aż księżniczka się zlękła, że nią także owładnęła moc Hurk Hrovke. Jednak niewiasta postąpiła kilka kroków w tył, przyciskając dłonie do falującej piersi. Głowa mężczyzny opadła w misę z resztkami sarniny i legła nieruchomo wśród szafra
Od stołów tymczasem podniósł się szmer przytłumionych szeptów. Coraz więcej gości przypominało sobie opowieści o mocy bagie
Tuż przy krawędzi łosiowego rękawa po dłoni kapłanki Hurk Hrovke pełzały ospale trzy pszczoły. Księżniczka mimowolnie podniosła dłoń do warg. W żalnickich wioskach wiele gadano o rojach, wylatujących z otwartych ust kapłanek, by ukarać bluźniercę. Podobno na paciornickim pograniczu wciąż można było oglądać ofiary gniewu bogini – trupy obrośnięte poszarzałą woskowiną.
– Gościom spodobała się kuglarska sztuczka – zauważyła z przekąsem kapłanka. – I lepiej, bo nie przystoi się w armidrze przekrzykiwać, kiedy człek wieści zwiastuje. A nowiny zgoła niespodziane nam od żalnickiej strony nastały. Pokazała się wedle granicy gromada luda. Po wioskach chodzą, ze śpiewem, z chorągwiami i na główniejszych placach pokutę czynią. Zabawna rzecz, bo zrazu wedle zwyczaju batożą co okrutniejszych panów, kapłaństwu nie przepuszczając, potem zasię jednak sami się nieobyczajnie obnażają i bykowcem po plecach ćwiczą. No, ale ja nie o tym. Każde się władztwo własnym obyczajem rządzi i co mnie do żalnickich cudactw? – Wyjęła z talerza przed martwym szlachcicem suszoną śliwkę w sosie i zachła
– I z tą wieścią was bogini wyprawiła? – spytała zimno Zarzyczka. – Byście nas przed chłopską rebelią ostrzegli? To zbędna zgoła fatyga, bo ledwie śniegi stopniały, przysłał nam prorok posłańca. Trędowatego.
Dosłyszała, jak pulchna mieszczka w kornecie naszywanym jantarem sapnęła. Sąsiad bodnął ją łokciem pod żebro. Niewiasta natychmiast przycichła.
– E, nie! – pogodnie wyjaśniła kapłanka. – O proroku jeno dla dworskiej uciechy gadam, bo pono taki w Żalnikach obyczaj, że kiej ludziska do stołu siędą, trzeba wpierw co dla rozweselenia rzec, zagaić zmyślnie i ciekawość rozbudzić. Tedy weselę i rozbudzam, żeby potem nie gadano, że paciornickie ludzie durne a bez ogłady i im pakuły z cholewek wyłażą.
– A może wasza bogini proroka do Żalników posłała? – syknęła przez zaciśnięte zęby księżniczka. – Z dawien dawna plugastwo w bagnisku hołubi, toż i proszalnego dziada mogła do trucicielstwa przysposobić.
– Skądżeby? – Machnęła pogardliwie ręką. – Nasza bogini nie potrzebuje wiejskiego łachudry, żeby roznieść morowe powietrze przez pół Żalników.
– Tedy kto?
– Tego wam, księżniczko, nie rzeknę, bo nie moja rzecz. – Kapłanka błysnęła zębami w uśmiechu. – I nie taki wam podarek przynoszę.
– Nie chcę od waszej bogini niczego. – Zarzyczka potrząsnęła głową, lecz w tej samej chwili palce Wężymorda zacisnęły się na jej przedramieniu mocno, aż do bólu.
Służka Hurk Hrovke powstała z metalicznym brzękiem łusek spódniczki. Po jej dłoniach i gołej szyi łaziło coraz więcej pszczół. Niektóre leniwie podrywały się do lotu i wirowały nad stołem. Twarz kapłanki nie miała już nic z dobrotliwego wyrazu wiejskiego głupka. Nawet Zarzyczka potrafiła rozpoznać buzującą moc bogini, która wypełniła nagle opuchnięte oblicze paciornickiej niewiasty.