Страница 41 из 147
– To… nieprawda – zdołała wreszcie powiedzieć. – Nie poświęcaliśmy jeńców bogini, nigdy.
– Nie – zgodził się beznamiętnie Wężymord. – Twój ojciec miał zwyczaj wbijać jeńców na pale i przyozdabiać ich głowami palisadę wokół zamku, co zresztą nikomu nie uwłaczało nadmiernie, gdyż podobnie czynił z własnymi dostojnikami. Jednak za jego panowania kapłani nie wyprawiali się na wyspy po wybrańców i nie sadzono nowych jabłoni w gaju bogini. Bo po prostu nie było już wysp. Pomort miał własnego pana.
Ponieważ pewnego dnia niebieskooki mężczyzna zszedł do jaskiń Zird Zekruna i poprosił go o zemstę, pomyślała. A potem wymordował żmijów.
– Czy było warto? – spytała cierpko.
– Ich zapytaj. – Skinął głową ku gromadzie wyspiarzy, którzy zasiadali w pierwszych rzędach podium, butnie rozpychając się pomiędzy żalnickimi dworzanami.
– Wolałabym spytać twojego ojca.
– Mój ojciec… – powtórzył Wężymord, a księżniczce w jednej chwili przypomniały się wszystkie opowieści o zamku zmiecionym przez rozszalałe morze. – Mój ojciec przewodził tym gołodupcom, co żuli własne cholewki. Kiedy więc kapłani Bad Bidmone odpływali z matką, wielu gołodupców chciało się na nich zasadzić przy nabrzeżnych skałkach. Tyle że twój dziadek miał dość okrętów i wojska, żeby najechać i zdziesiątkować całe wyspy. Tak właśnie żalnicki kniaź uczynił cztery pokolenia wcześniej, po czym zmusił naszych thanów, aby rokrocznie posyłali daninę Bad Bidmone.
– Thanowie?
– Starszyzna. – Wężymord wzruszył ramionami. – Ci, którzy mieli okręty i zbierali wolnych towarzyszy na rajdy. Rzadko kto o tym pamięta, ale na wyspy z dawien dawna ściągali uciekinierzy z Krain Wewnętrznego Morza. Z Sinoborza, Żalników, Skalmierza, nawet ze Szczeżupińskich Wysp. Żeglarze, pańszczyźniani chłopi, co uprzykrzyli sobie pracę na cudzym gruncie, wygnańcy z pańskich dworów, młodsi szlacheccy synowie, dla których zabrakło ziemi. Tak właśnie powstali frejbiterzy, wolna kompania. Na wyspach nie czekała ani żyzna ziemia, ani kopalnie, ani żaden i
– Jak Zwajcy.
Skrzywił się.
– My nie sprzedawaliśmy swoich mieczy na służbę obcym władcom. I nigdy nie znaliśmy jednego kniazia.
– Póki nie powiodłeś ich na Żalniki.
Usta Wężymorda znów drgnęły, ale opanował się. Zarzyczka właściwie nie wiedziała, dlaczego usiłuje go rozwścieczyć. Być może z powodu tych wszystkich nocy, kiedy pozwolił jej śnić o śmierci dziecka. Nie wiedziała. I nie mogła się powstrzymać.
– To było dużo, dużo później – odpowiedział Wężymord. – Najpierw ojciec wziął mnie za rękę, poprowadził do kapliczki naszych przodków w grocie u podnóża zamku i kazał przed nimi przysięgać, że pewnego dnia Żalniki zostaną upokorzone równie głęboko, jak my, kiedy patrzyliśmy, jak zabierają nasze kobiety, i nie mogliśmy nic zrobić. Więc sądzę, że mój ojciec jest zadowolony.
– Był szczęśliwy po przyjściu Zird Zekruna? – Niecierpliwie odrzuciła włosy z czoła. – Kiedy z jednej niewoli popadliście w drugą, dotkliwszą?
– Nie wiem. – Dopiero teraz Wężymord popatrzył wprost na nią. – Rzucił się na miecz jeszcze tamtej samej nocy, kiedy zabrali matkę.
Poczuła, jak krew uderza jej na policzki.
– Dorastałem w ruinach wieży, z gromadą zdziczałych kóz – ciągnął. – Sam, bo słudzy rozbiegli się, gdy tylko usłyszeli o śmierci pana. Wcześniej rozgrabili wszystko, co dało się wynieść, i podłożyli ogień pod dworzec – jeśli na wyspach upada ród, to upada ze szczętem. Wreszcie zacząłem chodzić na rajdy, zrazu nad cudzym wiosłem, potem na własnym okręcie. A jeszcze później wyprawiłem się do grot Zird Zekruna. Resztę znasz.
Jak mój brat, pomyślała. Zupełnie jak Koźlarz.
– Nie – odparł sucho. – Sieroty po frejbiterach nie jeżdżą w kohorcie boga z widmami bohaterów i nie noszą na plecach ostrza wykutego w ogniach Kii Krindara. Sieroty po frejbiterach rozbijają małże białymi kamieniami i boją się rozpalić nocą ogień, aby nie przywabić łowców niewolników. Sieroty po frejbiterach żebrzą w gospodach o resztki pieczonej ryby i bardzo nisko kłaniają się szyprom z obcych okrętów. Nigdy nie byłem podobny do twojego brata. W niczym.
– A do mnie? – spytała szeptem.
Coś się zmieniło w jego oczach i pojęła, że dopiero teraz zdołała go dotknąć.
– Chodźmy stąd! – Podniósł się gwałtownie, nim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć. – Szaty już wystarczająco przesiąkły smrodem. Goście do nas jadą.
– Kto?
– Poselstwo z Paciornika. – Dał znak dworzanom, że mogą powstać, i ujął ją pod łokieć. – I kapłanki Hurk Hrovke, ponoć z orędziem od najwyższego kolegium.
Wzdrygnęła się. Dziwne, lecz mimo wszystkiego, co dotychczas oglądała, służki Hurk Hrovke wciąż budziły w niej lęk. Pospolity człowiek bał się ich równie mocno, jak pomorckich kapłanów o czołach naznaczonych piętnem skalnych robaków. Gadano, że paciornickie mniszki od dziecka karmi się truciznami, by na koniec nawet oddechem niosły śmierć. Ponoć zwierciadła mętniały pod ich wzrokiem, a długie włosy kapłanek, pozostawione na zimę w wilgotnej, nasłonecznionej ziemi, stawały się kłębem jadowitych węży. Służki nieusta
Zarzyczka nie do końca wierzyła w te opowieści. Jednak wiejskie bajędy przypominały się jej za każdym razem, kiedy w kamie
Czasem księżniczka zastanawiała się, czy nie było w tym zmowy pomiędzy boginią i panem Pomortu. Oboje lubowali się w zagładzie.
Kiedy zeszła wreszcie do wielkiej sali, uczta trwała na dobre. Służka Hurk Hrovke powitała ją oszczędnym skłonieniem głowy i otarła wierzchem dłoni wargi z tłustego sosu. Zarzyczka przymrużyła oczy na podobną bezczelność. Podeszła do wysokiego krzesła u szczytu stołu, boleśnie świadoma wbitych w nią spojrzeń.
A czegoście się spodziewali? – pomyślała cierpko, mijając płowowłosego wyrostka ze świty kapłanki, który zamarł z łyżką zanurzoną w serowej nalewce i wpatrywał się w księżniczkę z mieszaniną nabożnej trwogi i zdumienia. Pół tuzina diabląt uczepionych sukni?
Jednakże we wzroku kapłanki dostrzegała jeszcze coś i
Krępa rudowłosa niewiasta w błyszczącej kolczudze nie usiłowała udawać, że spogląda w suto pozłacany talerz. Nie, kapłanka gapiła się wprost na Zarzyczkę, podparłszy dla wygody łokieć na misiurce, odłożonej niedbale pomiędzy misą cukrowanych owoców i półmiskiem jagnięcego mostku. Miała oblicze zasobnej wieśniaczki, po plebejsku rumiane policzki i wydatny zadarty nos, a jej oczy były dwiema szparkami w fałdach tłustej skóry. Nie przypominała w niczym południowych wojowniczek o twarzach naznaczonych sinym tatuażem i zębach spiłowanych w ostre szpice. Jednak biły od niej chłopska przemyślność i spryt, a mięśnie przybranych srebrnymi obręczami przedramion nie napinały się nawet, kiedy łamała w palcach jagnięce kostki.
Kapłanka odczekała układnie, aż pachołkowie napełnią puchar Zarzyczki, i obojętnym tonem podjęła rozmowę z sąsiadem, żalnickim szlachcicem. Ten przyjmował uprzejmość paciornickiej wysła