Страница 44 из 45
Huk eksplozji zlał się z brzękiem wybitych podmuchem szyb i stukiem odłamków o metalową ścianę. Siena chwycił torbę i wyskoczył zza węgła, przyciskając spust. Przytrzymał go, aż zamek pozostał w przednim położeniu. Wbiegł na schody prowadzące do góry, zmieniając magazynek. Przeskoczył podest trzeciego piętra, ale zatrzymał się nagle, widząc w prześwicie u góry ułożone równo jeden na drugim worki z piaskiem.
Barykada.
Cofnął się kilka kroków, ale korytarzem nadbiegali już ludzie. Znowu przycisnął spust. Zwielokrotniony akustyką korytarza grzmot serii z pozbawionego tłumika pistoletu rozproszył ich w jednej chwili.
Sytuacja nie była jednak dobra. Mając odciętą drogę w dół, na górę i w bok, Siena jednym uderzeniem łokcia w przycisk przywołał windę. Ukrył się za wystającym fragmentem przepierzenia, zakładając następny magazynek. Strzelił dwukrotnie do wychylających się z pokoi strażników i sprężył się w oczekiwaniu na przybycie kabiny.
Kiedy drzwi rozsunęły się wreszcie, zablokował je nogą, wycelowując broń.
– Stój!
W środku stał tylko jeden mężczyzna. Miał na sobie ogromną kuloodporną kamizelkę i hełm saperski, ale nie widać było przy nim broni.
– Mógłbyś przez chwilę nie strzelać?
Siena zerknął do tyłu. Ludzie na korytarzu zamarli w oczekiwaniu.
– O co ci chodzi? – warknął.
– Mogę umożliwić spotkanie z ludźmi, których szukasz. – Mężczyzna zdjął hełm z przyłbicą z pancernego szkła. – I to bez nadmiernego zużycia amunicji.
Siena spojrzał na swoją torbę. Mógł teraz detonować ładunek. Miał jednak wrażenie, że byłoby to najgłupszą rzeczą, jaką by kiedykolwiek zrobił.
– Dobrze – mruknął.
– Ale zostaw te parę kilo dynamitu, czy co tam masz. To nie kopalnia i nie trzeba przebijać chodników.
Siena postawił torbę, wchodząc do windy.
– I ten wulkan w pigułce również.
Odrzucony pistolet upadł na wieko torby. Mężczyzna szybko przeszukał Sienę, potem nacisnął guzik z oznaczeniem najwyższego piętra.
– Nie dajecie mi zbyt dużo szans.
– Przecież nie chcemy cię zabić. Zawsze można dojść do porozumienia albo pohandlować… No, ale jeśli się nie uda… – Mężczyzna rozłożył ręce.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Tamten spojrzał w bok.
– Nie jesteś zbyt piękny. Czyżby rząd przeżywał kryzys płatniczy?
– Nie jestem pewien, czy pracuję dla rządu.
– Żartowałem. – Facet uśmiechnął się z przesadną słodyczą.
Można mu było wybaczyć wesołość. W końcu każdy, kto właśnie uniknął podziurawienia prawie półcalowymi pociskami, miał prawo inaczej patrzeć na świat.
Winda zatrzymała się na ostatnim piętrze, wypuszczając ich na korytarz. W przeciwieństwie do poprzednich podłogę tego wyściełał gruby dywan.
– Tędy.
Mężczyzna w kuloodpornej kamizelce zaprowadził go pod metalowe, wypolerowane na wysoki połysk drzwi. Otworzył je z zapraszającym gestem. Siena wszedł do niewielkiej sali konferencyjnej, słysząc za sobą zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Z boków, pod ścianami stało czterech ludzi z wymierzonymi weń karabinami.
Pośrodku, wokół lśniącego stołu siedziało dwunastu mężczyzn w różnym wieku. Nieprawdopodobna wprost cisza świadczyła, że pomieszczenie musiało być szczelne, wręcz odizolowane od otoczenia. Mimo luksusowego, bardzo nowoczesnego wyposażenia atmosfera miała coś ze średniowiecznego zebrania czarowników. Siena zauważył uderzające bezgłośnie w szyby pierwsze krople deszczu.
– Nie dziwi cię to spotkanie? – spytał mężczyzna siedzący w przeciwległym narożniku stołu. W klapie jego garnituru widniała plakietka ze słowem CHILMARK.
– Jestem tu właśnie po to.
Siena zauważył ogromny pusty fotel w centralnym miejscu i zawieszoną pod sufitem kamerę. A więc były asystent profesora Fulbrighta wolał nie narażać się bezpośrednio. Chilmark uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Wszyscy pozostali tkwili nieruchomo na swoich miejscach.
– Jeden czy dwóch ludzi, nawet wyposażonych w materiały wybuchowe, nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia – mówił powoli, akcentując każde słowo. Jego głos był jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu. Pozostali zdawali się nie oddychać. – Dlatego też pozwoliliśmy wam wejść tutaj. Mówię o tym, żebyś dobrze zdał sobie sprawę z tego, że jesteście całkowicie w naszej mocy. Byłoby dobrze, gdybyś zrozumiał, że ani ty, ani twój moknący teraz na deszczu kolega, nie jesteście w stanie zrobić nam – tu uśmiechnął się znowu, tym razem kpiąco – nic złego.
– Czyżbyście mieli wokół setki strażników?
– Po co? To, że bywacie czasem nieprzenikalni dla naszych telepatów, nie znaczy jeszcze, że znajdujecie się poza naszym zasięgiem. Moglibyśmy bez trudu sprawić, żeby twój kolega zaraz sam do nas przyszedł.
– W takim razie, jaki cel ma ta rozmowa?
– Cóż, moglibyśmy siłą wydrzeć z was zeznania, ale czyż tak postępują kulturalni ludzie? – Było coś niesamowitego w tym, jak swobodny ton Chilmarka kontrastował z bezruchem i
– Blefujesz.
Znowu uśmiech.
– Doprawdy?
– A ludzie, których tu załatwiłem?
– To tylko sterowane ciała. Poza niewielką obsługą nie potrzebujemy tu nikogo.
Zabrzmiało to dość groźnie. Facet nie mówiłby czegoś takiego, gdyby nie czuł się absolutnie pewnie. Siena popatrzył mu w oczy. Wszystkie techniki badania wyrazu twarzy, drgnięć powiek i ruchów ust, których się nauczył, świadczyły, że tamten mówi prawdę. Nie mógł przecież kontrolować swoich odruchów.
– O co wam chodzi?
Chilmark odchylił się w fotelu.
– Wiemy, że przed laty zaginęło z samolotem coś bardzo ce
– Tak?
– Posiadacie urządzenie oślepiające telepatów i wyłączające z ich zasięgu danego człowieka. Najpierw skorzystał z tego twój kolega, a teraz korzystasz ty.
Siena chciał coś powiedzieć, ale tamten powstrzymał go ruchem ręki.
– Nie masz tego przy sobie, nic nie masz przy sobie. Przecież zostałeś obszukany. A jednak to urządzenie cię osłania… – zamilkł na chwilę. – Gdzie ono jest?
– Z czego wnosisz, że istnieje tylko jeden egzemplarz?
Kolejny uśmiech będący tylko niewielkim drgnieniem warg.
– Sami prowadziliśmy nad tym badania. Wiemy, że są one niezwykle pracochło
Siena skinął głową.
– Istotnie, nie miał czasu. Taki aparat nie istnieje.
Brwi Chilmarka uniosły się w górę.
– W takim razie może wyjaśnisz mi, co cię chroni?
– Chyba nie mam na to ochoty.
Lekkie wzruszenie ramion.
– Myślałem, że mam do czynienia z rozsądnym człowiekiem. – Chilmark odwrócił głowę i skinął na stojącego najbliżej człowieka z karabinem. – Najpierw przestrzelisz mu stopę. Celuj w palce. Potem śródstopie i kostka. Potem łydka i kolano. A potem… – znowu popatrzył na Sienę. – Może jednak coś powiesz?
Nieprawdopodobna wprost, idealna cisza przeciągała się coraz bardziej. Trzask napinanego zamka karabinu miał w sobie coś z grzmotu przed burzą. – A więc…
– Powiem wam. Coś wam powiem.
– Tak?
Siena wyprostował się, patrząc na tamtego z nieruchomym wyrazem twarzy.
– Tym czymś… tą bardzo kosztowną rzeczą, która zaginęła wraz z bombowcem, byłem ja.
Chilmark odchylił się wraz z oparciem fotela.
– A cóż w tobie jest takiego ce
Siena stał nieruchomo na rozstawionych nogach. Długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Potem zrobił wdech. Umieszczona między obojczykami szybkoobrotowa turbosprężarka wtłaczała powietrze do jego wykonanych z syntetycznych włókien płuc z taką prędkością, że po chwili zaczęło go brakować w całym pomieszczeniu. Gwałtowny spadek ciśnienia sprawił, że ludzie nie mogli nawet krzyczeć. Miotali się z rozerwanymi bębenkami, nie czując krwi płynącej z nosów, ust i oczu. Ułamek sekundy później puściły specjalnie uszczelnione szyby. Odłamki szkła, wpadając wraz z wyrównującym ciśnienie powietrzem, demolowały pokój, ale trwało to tylko moment. Sprężone powietrze zaczęło opuszczać sztuczne płuca. Tym razem potworne nadciśnienie spowodowało nowy huragan, który wymiatał za okno szkło, kartki papieru i wszystkie nie zamocowane przedmioty. Kiedy ustał porażający huk, Siena zdalnie zdetonował pozostawioną na trzecim piętrze bombę. Szalejący pożar w ciągu kilku sekund rozprzestrzenił się na połowę kondygnacji. Rozdzwoniły się alarmowe dzwonki, ale pozbawiona telepatycznych rozkazów obsługa nie myślała ani o obronie, ani o walce z ogniem.