Страница 43 из 45
Fargo spojrzał na zaparkowaną przy zjeździe z szosy karetkę. Nie widział przemykającego w gęstych zaroślach Sieny, po prostu wiedział, że powinien tam być. Już dawno włączył wzorzec komandosa. Idąc w kierunku okna wykrojonego w ścianie kontenera, dziwił się, że tak łatwo może opanować nerwy. Zastukał w szybę, zaglądając równocześnie do środka. W pomieszczeniu, które ogarniał wzrokiem, siedział tylko starszy mężczyzna. Na jego widok podniósł się i uchylił okno.
– Słucham?
– Przepraszam, chyba pomyliłem drogę. Jak można dojechać do Harrows Edge?
– Oj, to musi pan zawrócić. – Strażnik nie wyglądał groźnie. Nie było w nim śladu agresji. – Musi pan jechać z powrotem do motelu, tam skręci pan w prawo, a potem, o ile pamiętam, będą już drogowskazy.
– Mógłby mi to pan pokazać na planie?
Fargo wyjął turystyczną mapę. Usiłował przeciągnąć rozmowę jak najdłużej, licząc, że jej odgłosy wywabią i
– A nie orientuje się pan, czy to dobra droga…?
– Słucham?
– Parę kilometrów stąd złapałem gumę na jakichś wybojach.
– Ach nie, nie będzie z tym kłopotów – uśmiechnął się tamten. Widać było, że rozmowa z przypadkowym człowiekiem jest jedną z niewielu przerw w jego nudnym zajęciu i sprawia mu wyraźną przyjemność. – Przez cały czas będzie asfalt.
Fargo skinął głową.
– Coś jeszcze?
Dłoń ściskająca granat drgnęła lekko. Przez ułamek sekundy patrzyli sobie prosto w oczy.
– Drobiazg.
Fargo kciukiem zerwał zawleczkę i wrzucił granat do środka pokoju. Kiedy rozległa się cicha, zgłuszona eksplozja, skulił się pod ścianą. Błyskawicznie nałożył maskę i jednym skokiem przez okno dostał do środka. Wyszarpnął pistolet z kabury w momencie, kiedy białe opary obezwładniającego gazu zaczynały się już rozpraszać. Silnym kopnięciem otworzył drzwi w przepierzeniu i o mało nie zastrzelił Sieny przeskakującego właśnie przez parapet. Drugi pokój był pusty.
– Widziałeś kogoś? – Fargo zapomniał, że ma maskę na twarzy.
– Zdejmij to. Gaz się szybko ulatnia.
Siena zdjął zębami osłonę igły i wbił ją w ramię ogłuszonego strażnika. Jednym ruchem palca opróżnił strzykawkę ze środka usypiającego.
– Widziałeś więcej ludzi?
– Nie.
– Tylko jeden strażnik? Może mają system alarmowy.
– Na pewno mają. Pytanie, czy tutaj…
– W takim…
– Chodź! – Siena przerwał mu ruchem ręki. Wybiegli na zewnątrz i trzymając się cienia baraku, żeby nie być widocznymi z głównego budynku, dotarli do zaparkowanej na uboczu karetki. Siena chwycił torbę z materiałami wybuchowymi i pistolet maszynowy.
– Nie korzystaj z drogi – powiedział spokojnie. – Jedź plażą za tymi pryzmami i ukryj wszystko.
Nie czekając na jakąkolwiek reakcję, pobiegł w kierunku osłaniających przejście stert materiałów budowlanych. Fargo, który chciał jeszcze coś powiedzieć, zaskoczony szybkością działania, zaklął tylko. Miał wielką ochotę na papierosa, ale na to nie było teraz czasu. Wspiął się do kabiny i ruszył w stronę plaży, trzymając się linii rachitycznych drzew. Miał nadzieję, że pryzmy żelbetowych elementów będą na tyle wysokie, by ukryć go przed obserwatorami z najwyższych nawet okien. Zastanawiał się też, czy ukryty w głębi jego mózgu tajemniczy kokon pomoże mu i tym razem. A może… Może telepaci znaleźli już na to sposób? Zaalarmowani wtargnięciem Sieny, odnajdą go i… Zmusił się, żeby o tym nie myśleć. Zahamował tuż przed wykonaną z kolczastego drutu siatką. Nie miał specjalnych nożyc. Wyskakując z samochodu, chwycił wojskowy bagnet.
Biegnąc przymocował ostrze noża do plastikowej, wzmocnionej metalem pochwy. Zmontowane w ten sposób urządzenie nie było łatwe w obsłudze. Zanim przeciął wszystkie dziesięć zagradzających mu drogę drutów, z lewego kciuka ciekła mu krew. Nie owijał go niczym. Zważywszy na wszystko, co mogło się wydarzyć, takie zranienie nie miało większego znaczenia. Brnąc w piasku, wrócił do czekającej z pracującym silnikiem karetki i ruszył powoli na pierwszym biegu, bojąc się, żeby nie ugrzęzły koła. Będąc sam, nie miałby najmniejszej szansy wyciągnięcia prawie dwutonowego pojazdu.
Kiedy tylko pojawiła się możliwość, skręcił w prawo, jadąc teraz wzdłuż morskiego brzegu ciągle w cieniu ułożonych jeden na drugim setek rdzewiejących elementów konstrukcyjnych. Odruchowo spojrzał w górę na ciemniejące niebo. Z głębi lądu nadciągały kłęby coraz gęstszych chmur. Szybko odwrócił wzrok, w porę, żeby zauważyć wąski przesmyk między stosami materiałów łączący plażę z wyasfaltowaną drogą. Zahamował gwałtownie, wyrzucając spod kół zwały piasku. Rozglądał się wokół, szkicując w myślach plan pułapki. Tak, to było dobre miejsce. Powoli, nie spiesząc się już, ukrył karetkę za opuszczonym, pokrytym zabezpieczającym smarem buldożerem. Otworzył tylne drzwi i wysunął nosze z ciałem chłopca w tylne skrajne położenie tak, żeby nie zerwać łączących go z aparatami przewodów i aby były widoczne dla kogoś stojącego na podwyższeniu. Ostrożnie wsunął w bezwładną dłoń naładowany i odbezpieczony pistolet.
Przebiegł oczami otoczenie, sprawdzając, czy nie popełnił żadnego błędu. Potem wyjął z walizki Sieny mały automatyczny karabinek i używając tylko jednej ręki z trudem wspiął się na stertę płyt stropowych ze sprężonego betonu. Kiedy dotarł na górę, skóra lewej dłoni paliła żywym ogniem, a kciuk krwawił coraz bardziej. Sycząc z bólu, położył się na chropowatej powierzchni i jeszcze raz rozejrzał wokół. Z miejsca, gdzie był ukryty, widać było prawie całą plażę i duże fragmenty drogi – doskonale widoczna karetka była tuż za nim. Zerknął na obolałą dłoń, kładąc koło ucha małe przenośne radio. Teraz pozostało tylko czekać. Mógł nawet zapalić papierosa, ale myśl o celownikach na podczerwień, które można było przymocować do karabinów snajperskich odwiodła go od tego zamiaru.
Tymczasem Siena zbliżał się już do podnóża głównego budynku. Wykorzystując każdą możliwość osłony, podszedł do dużej prostopadłoście
Przedostał się przez wewnętrzne drzwi i przebiegł przez tonący w półmroku hol. Zignorował otwarte, jakby czekające na niego kabiny wind i przeskakując po kilka stopni wbiegł na półpiętro. Nasłuchiwał przez chwilę, potem ruszył dalej. Przez cały czas nie napotkał nikogo, nie słyszał też jakichkolwiek odgłosów życia. Na drugim piętrze przezorność kazała mu zmienić drogę. Szerokim, poznaczonym jaskrawymi prostokątami w większości pootwieranych drzwi korytarzem pobiegł w kierunku drugiej klatki schodowej w przeciwległym skrzydle budynku. Puste, nie umeblowane pokoje po bokach sprawiały przygnębiające wrażenie.
Pierwszy dźwięk dotarł do niego, kiedy dobiegał do osłaniającej schody przeciwpożarowej ściany. Był to najprawdopodobniej odgłos źle postawionej nogi, która obsunęła się o stopień niżej. Siena kciukiem przestawił przełącznik broni na ogień ciągły. Ostrożnie postawił torbę z materiałami wybuchowymi na ziemi. Starając się uniknąć najmniejszego nawet szelestu, wyjął z kieszeni granat. Wyszarpnął zębami zawleczkę i po sekundzie zwłoki rzucił go w stronę klatki schodowej.