Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 45

Andrzej Ziemiański

Przesiadka W Piekle

Bezlitosny blask jarzeniówek raził wyczerpane bezse

Ukryty za filarem Ly

Naturalna osłona ściany kiosku i kratownicy podtrzymującej reklamę okazała się niestety iluzoryczna. Zdawało mu się, że ledwie położył głowę na zgiętym ramieniu sąsiada, gdy poczuł mocne uderzenie.

– Pobudka!

Dwóch policjantów końcami długich pałek szturchało leżących.

– Jazda! Jazda stąd!

Fargo wstał z trudem, krztusząc się przy każdym oddechu. Ból przenikający całe ciało jak na złość kumulował się w piekących oczach. Zgięty wpół, dotarł jako pierwszy do ruchomych schodów, które wyniosły go wprost do głównej hali podziemnego dworca, i spróbował szczęścia jeszcze raz. Po cichu, tłumiąc ataki suchego kaszlu, podszedł do drzwi toalet. Szansa była niewielka. Zbliżył się do tafli nieprzezroczystego szkła. Nikt z obsługi nie zareagował. Choć zakrawało to na cud, chyba go nie zauważyli. Na palcach wszedł do środka i zatoczył się w kierunku kabin. Otworzył jedną i z ulgą usiadł na zamkniętym sedesie, lecz nie zdążył nawet zabezpieczyć drzwi, kiedy na zewnątrz usłyszał kroki.

– Hej, ty!

Głos kobiety nie zawierał ani złości, ani agresji, ani nawet cienia zainteresowania. Był po prostu zmęczony.

– Idź umierać gdzie indziej.

Zrezygnowany, zapiął swój podszyty gazetami płaszcz i otworzył drzwi. Nie podniósł nawet głowy, żeby na nią spojrzeć. Kolejny człowiek wykonujący swoje obowiązki. Postawił kołnierz, przemierzył hol i wyszedł w objęcia mrocznej ulicy. Być może panujący tu chłód dla normalnego obywatela stanowił miłe urozmaicenie po upalnym dniu. Jednakże dla wycieńczonego głodem organizmu te kilka stopni powyżej zera zdawało się niemal arktycznym mrozem, przy którym drętwiały palce, słabły ramiona, a każdy oddech kończył się kłuciem w obolałych płucach. Taka temperatura powodowała jeszcze i

Fargo skręcił za róg rozświetlonej setkami neonów ulicy, ginąc w labiryncie dawno opuszczonych, zdewastowanych kamienic, warsztatów i garaży z czerwonej cegły. Szedł długo, ale w końcu dotarł do celu. Dysząc z wysiłku, przecisnął się przez dziurę w płocie, by przedostać się na teren dawno zamkniętej fabryki, i przykucnął przy pogiętej, pordzewiałej beczce, w której wciąż płonął wątły ogień. Otaczający ją ludzie, podobnie jak on, walczyli z se

– Boli… – szepnął mężczyzna w rozdartej marynarskiej kurtce, oparty o stos pustych palet. – Boli…

– Pobili cię? – spytał Fargo tylko dlatego, że chciał wymazać ze świadomości wspomnienie kuszącego ciepła dworca.

Siwy marynarz skinął powoli głową.

– Złodzieje…

– Złodzieje? Ciebie? – odezwał się ktoś z boku. – Niby po co?

– Nie wiem. Pobili… – zapytany wygiął się, jakby w ten sposób mógł uniknąć paraliżującego bólu. – Ludzie, ja umieram…

– Gdzie cię dopadli?

Fargo zauważył obok brudną, niezbyt ładną dziewczynę, na którą zwrócił uwagę już poprzedniego dnia. Przysunął się do niej.

– Zimno ci?

Było to idiotyczne pytanie, ale jego wymęczony mózg od dawna nie działał jak należy. Długie, przetłuszczone włosy opadły na twarz dziewczyny, kiedy przysuwała się bliżej.

– Masz coś do jedzenia?

Ona też nie była w najlepszej formie.

– Może… – przełknął ślinę -…może czegoś poszukamy? – zaproponował.

Już wypowiadając te słowa, pożałował swego pomysłu, a kiedy dziewczyna skwapliwie pokiwała głową, poczuł złość. Środek nocy nie był dobrą porą na szukanie czegokolwiek, zaś widok rozbawionego miasta, pełnego barów, klubów i restauracji sprawiał niemal fizyczny ból ludziom takim jak oni. Beztroskie dźwięki zabawy, współzawodniczące ze sobą zapachy wykwintnego jedzenia oraz pełni luzu i pewności siebie bywalcy tych miejsc – wszystko to stanowiło esencję koszmarów, które nękały bezdomnych.

Dziewczyna jednak nie miała o tym bladego pojęcia. Zeszłej nocy zupełnym przypadkiem Fargo dowiedział się, że tak naprawdę nie należała do tego świata. Była córką dość bogatych, zajętych tylko sobą rodziców, w których życiu zaszło coś w jej rozumieniu tak ważnego, tak niszczącego, że nie mogła z nimi dalej żyć. Ucieczka miała być protestem… Znalazła się na ulicy, bez pieniędzy, bez perspektyw, ale za to z nieprawdopodobnym wprost szczęściem, które przez całe dwa tygodnie chroniło ją przed gwałcicielami, maniakami czy zwykłymi bandytami, od których miasto roiło się nocą.

Fargo nie wiedział, jak jej powiedzieć, że to szczęście ma granice, że przeżycie trzeciego tygodnia może graniczyć z cudem. Wstał powoli, prostując zdrętwiałe nogi bynajmniej nie dlatego, że spieszno mu było grać ze złudzeniami dziewczyny, ale dyskusja przy ognisku zaczęła przybierać coraz ostrzejsze tony i dłuższe przebywanie tutaj mogło zakończyć się fatalnie.

– Chodź.

Ruszyli wzdłuż porośniętych zielskiem ceglanych rumowisk. Szli wąskimi zaułkami, pełnymi potrzaskanych dźwigarów, które kiedyś przytrzymywały stalowe rury. Ich pordzewiałych szczątków nie sposób było odróżnić od organicznych odpadków zalegających cały teren. Opuszczoną w latach kolejnej recesji fabrykę zamieniono na wysypisko śmieci, ale i ono już dawno przestało spełniać swoją funkcję. Zachowując ostrożność, wspięli się na stertę pokrytych ziemią starych opon.

– Tędy.

Światło księżyca pozwalało odnaleźć drogę. Przeszli przez dziurę w załomie muru, potem dziewczyna zatrzymała się pod zbitym z nierównych desek parkanem.

– Mam dość – szepnęła.

– Zmęczyłaś się? – nie zrozumiał w pierwszej chwili. Położyła mu rękę na ramieniu. Popatrzył na nią zdziwiony, szukając w tym geście podtekstów. Niestety, szybko zrozumiał, że był to tylko pusty, niepotrzebny ruch wyniesiony z zupełnie i

– Ja już dłużej nie dam rady… – jej cienki głos załamał się nagle.