Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 95 из 108

Wyciągnęła rękę z krępującego ją sznura. Usiadła, masując obolałe nadgarstki. Zniknęła ogon i kły. Ar

Wstała lekko i podeszła do zakratowanego okna.

– Nie będziemy tu czekać Bogowie wiedzą, jak długo. Zawołam oficera.

– Mówiłam, żebyś nie krzyczała.

– Nie będę. Ciiiiii… To bardzo trudne zaklęcie, rzadko się udaje.

Wypowiedziała słowo, potem przytrzymała je w palcach obu dłoni. Drżały tak, jakby chciały wyrwać się ze stawów. Ar

Była świetna, była rewelacyjna, niesamowita, była najlepsza! Kapitan piechoty pojawiła się w drzwiach więzienia w niecałą modlitwę później. Achaja po raz pierwszy w życiu widziała coś takiego. Nigdy też nie słyszała, żeby można było czarami wpłynąć na zachowanie jakiegoś człowieka. Zmusić siłą, to tak, ale skłonić, żeby przyszedł sam z siebie?

– Coście tu nałapali? – spytała kapitan piechoty wartowniczkę. – Dlaczego one nie są związane?

– O, Bogowie – wyrwało się kapral. – Były! Były związane!

– To tę patałach, co je wiązała, do karceru.

– Pani kapitan, jestem major Achaja, księżniczka, ze służby zaopatrzenia i rozpoznania. Proszę przywołać jakiegoś oficera zwiadu.

– A ja jestem cesarzem Luan – odparła kapitan piechoty. – Jakbym tak wierzyła każdemu więźniowi…

– Lepiej uwierz. – Ar

– Ty…

– Bo naprawdę zostaniesz cesarzem Luan – przerwała jej czarownica – ale… zupełnie nie będzie ci się to podobało.

– Wartownik – warknęła kapitan.

Kapral wyszarpnęła swój miecz. Achaja doskoczyła szybko, wyrwała jej broń, wbiegła na ścianę i wbiła ją w sufit.

– Przepraszam – szepnęła, kiedy znowu znalazła się na ziemi.

Kapitan uniosła głowę i popatrzyła na miecz. Trzeba będzie skombinować skądś drabinę, żeby go wyjąć. Po chwili opuściła wzrok.

– Sprowadzę wam oficera zwiadu – powiedziała. – Jakbyście jednak chciały wyjść wcześniej… to wokół jest trzydzieści kusz, które mierzą w to wejście.

Z bezbro

– Uwierzą nam? – spytała Ar

– Nic się nie bój. Trochę już poznałam stosunki panujące w wojsku.

– Co masz na myśli?

– Zaraz zobaczysz.

Drzwi otworzyły się znowu i stanęła w nich porucznik zwiadu w skórzanej kurtce i spódniczce.

– Jesteśmy… – zaczęła Ar

– Gdzieś była, głupia dupo?! – wsiadła na biedną porucznik jak sierżant na swoją drużynę. – To ja, major, księżniczka, psiamać, mam czekać w więzieniu, aż łaskawie zechce ci się ruszyć dupsko?!

– Ależ proszę pani… – Dziewczyna od razu przeszła do defensywy.

Ar

– Co „proszę pani”? Co „proszę pani?! Co to, kurwa, za zwiad, który nie wie nawet, co się dzieje w obozie? Zaraz jako kapral piechoty będziesz obierać ziemniaki w kuchni! Albo jako szeregowy kawalerii będziesz wynosić końskie łajno!

– Ależ proszę pani… Ja…

– „Ja”! „Ja i tylko ja”! Ten kierunek w filozofii zwą chyba solipsyzmem – powtórzyła zdanie, które usłyszała kiedyś od Biafry. – Ja… to ci nogi z dupy powyrywam, pindo!

– Przepraszam, ja tylko…

– Czy ty mnie, kurwa, w ogóle poznajesz? – Achaja dotknęła swojego tatuażu.

Tamta musiała coś słyszeć. Pojedynek z Virionem i bitwa w lesie nie mogły przecież przejść bez echa. Potwierdziła energicznym ruchem głowy. Bała się otworzyć usta.

– No to biegiem, dupo, po dwa mundury, jakieś żarcie i rozkaz wyjazdu do stolicy! Ach… i wiadro wątróbki.

– Tak jest! – Porucznik zasalutowała sprężyście i odwróciła się służbowo. W drzwiach zatrzymała się jednak. – Przepraszam najmocniej… I co? – szepnęła przerażona.

– I wiadro surowej wątróbki! – powtórzyła Achaja. – Biegiem!

– Tak jest!

Po jej wyjściu Ar

– Bogowie… Czy tak wygląda każda armia na świecie?

– Każda.

– Kurczę. Wystarczy zakrzyczeć?

– Mhm. Dobrze jest mieć jakiś punkt zaczepienia, ale w gruncie rzeczy masz rację. Głośny krzyk to podstawa.

Śmiały się jeszcze, kiedy biedna porucznik osobiście dostarczyła im mundury, dwie znormalizowane porcje żywieniowe, rozkaz wyjazdu do stolicy podpisany przez samą panią pułkownik i… cha, cha, cha… wiadro wątróbki.

Rzuciły mięso kotom. Jak umowa to umowa. Każdej umowy trzeba dotrzymać. Z dużą ulgą ubrały się w zimowe mundury – skórzane spodnie na szelkach, ciepłe buty i podbite barankiem kurtki. Dwie żołnierskie racje pożarły szybciej niż koty swoją wątrobę.

Nie chciały robić porucznik obciachu, skoro już nosiła to wszystko przy prostych żołnierzach, więc włożyły na siebie całe wyposażenie szeregowców zwiadu (oficerskich mundurów nie było): plecaki, zrolowane koce, kusze, kołczany, miecze, noże, łopatki, zwoje lin, pasy, manierki, menażki, juki z prowiantem, maskujące siatki, specjalne mocowane do ud, pochwy ze sztyletami, szaliki z insygniami nieznanych im bliżej jednostek, chusty do zasłaniania twarzy, chlebaki obozowe, bukłaki, skrócone dziryty… Wyglądały obie jak juczne muły. Albo jak dwuosobowa ciężka dywizja do okupacji Syrinx. Ale… tak naprawdę dopiero teraz było im naprawdę ciepło. Ranek wstawał mroźny. Kiedy wyszły z baraku służącego za więzienie, przy każdym wydechu z ust wydobywał się obłok pary.

– Zaraz spadnie śnieg. – Porucznik nasmarowała im sadzą grube czarne pasy pod oczami. – Żeby nie oślepiało – wyjaśniła.

Obie wyglądały bardzo bojowo. Objuczone sprzętem do granic możliwości, ledwie wsiadły na przygotowane wcześniej konie.

– Zaopiekuj się kotami – rzuciła Achaja pani porucznik.

– Słucham? Proszę pani?

– To emerytowani agenci wywiadu. Musisz je karmić.

Nie sposób było zabrać ze sobą kotów w podróż na koniach. Ar

– Nie uważasz, że to mimo wszystko dziwne? – spytała Ar

– Co?

– Że nas tak puścili łatwo. Że pani pułkownik piechoty podpisała rozkaz wyjazdu, nie racząc się nawet pofatygować, żeby zerknąć na te nasze smoliście czarne oczy. Choćby z ciekawości powi

Achaja wzruszyła ramionami.

– Nikt nie chce podskoczyć zwiadowi, ale… masz rację. Pewnie nas śledzą.

Czarownica uniosła się w strzemionach i zaczęła węszyć. Po chwili opadła jednak na siodło zniechęcona.

– Bogowie… Czy każdy żołnierz zwiadu musi taskać na sobie to makabrycznie ciężkie wyposażenie?

– Skoro nam dali, to pewnie musi.

Dłuższy czas jechały w milczeniu, szczęśliwe, że po raz pierwszy od opuszczenia Wielkiego Lasu nie jest im zimno. Ciepłe buty, spodnie i podbite barankiem kurtki doskonale spełniały swoje zadanie. Obie postawiły kołnierze i obwiązały szyje szalikami. Miały szczęście, nie wiadomo, co by się stało, gdyby choć o dzień spóźniły się z przybyciem do obozu. Mróz stawał się coraz bardziej ostry. Na niebie kłębiły się ciemne chmury. Widoczność pogarszała się z każdą chwilą.

Po południu mróz zelżał trochę. Za to zaczął padać gęsty śnieg. W przeciągu paru chwil właściwie przestały widzieć cokolwiek. Zawiązały sobie chusty na twarzach, żeby zakryć nos i usta. Musiały zsiąść z koni; w zamieci można je było jedynie prowadzić za uzdę.

– Ale z nas dwa głupie tyłki! – Ar