Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 87 из 108

– Dobra. – Achaja podniosła się lekko. – Wiesz, dokąd mamy iść?

Biegły przez całą noc. Pięćdziesięcioosobowy oddział. Od zmroku do świtu na własnych nogach, krok za krokiem, skok, skok, skok… Ar

Kiedy słońce wzeszło nad drzewami, przespali się trochę. Tylko trochę, za mało, żeby odzyskać siły. Potem biegły cały dzień. Ar

Aiiiiiiiiiiii śmiała się za każdym razem, kiedy stawały. Oddział sarkał cicho. Achaja przyłożyła dwóm dziewczynom i jednemu chłopakowi, którzy najbardziej gadali. Biegli do zmroku. Czarownica nie umarła tylko dzięki temu, że gdzieś w środku nocy spotkali nareszcie wojownika, który dowodził oddziałem posuwającym się za karawaną obcych. Ar

– Są już tutaj – szepnął wojownik. – Jakieś sto kroków stąd.

– Zaszli aż tu? Tak daleko? – spytała Aiiiiiiiiiiii.

– Był rozkaz przepuszczać. Możemy ich zabić choćby w tej chwili.

– Spokojnie – wtrąciła się Achaja. – Oddziaaaaał… – zwróciła się do swoich ludzi. – Ryglowany wachlarz po mojej lewej. A, szlag! – przypomniała sobie, że podręcznik taktyki piechoty nie mógł być tu znany. – Rozstawcie się w linię, o krok jedno od drugiego. Idziemy powoli, zacieśniając linię po okręgu. – Ach! Tego określenia też nie mogli zrozumieć. – Po łuku. – Miała nadzieję, że pojęcie łuku jest im znane. – No, zaciskamy się jak pięść, jakby ktoś nie zrozumiał.

– Pięść się nie zaciska – mruknęła Aiiiiiiiiiiii. – Jest zaciśnięta sama w sobie.

– Ty! Filozof. Zaraz ci, kurde, tak skopię tyłek, że będzie siny przez rok.

– Eee… Przez rok? – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Nawet ty tego nie sprawisz.

– Chcesz sprawdzić? Chcesz, psiamać, sprawdzić!?

Oddział niezbornie spełnił niecodzie

Wojownicy poruszali się bezszelestnie. Ktoś nawet zlitował się i obudził Ar

– Zdusić? – spytał zwiadowca.

– Co?

– No… Ogień.

– Nie. Oddział… – Mówiła najcichszym szeptem, ale nawet ci najbardziej oddaleni słyszeli wyraźnie. – Jeśli dam znak, zaczniecie strzelać, jeśli gwizdnę, przestaniecie.

Aiiiiiiiiiiii poruszyła się niespokojnie.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała.

– Porozmawiać. Po to mnie wysłano – uśmiechnęła się. – Ale najpierw skłonimy ich do rozmów.

Kazała wojownikom nałożyć strzały na cięciwy. Widziała wyraźnie rozłożoną na spoczynek karawanę. Kilkudziesięciu ludzi. Ponad sto koni i jucznych mułów. Byli naprawdę odważni. Albo byli wariatami.

– Strzelajcie w muły. Zabić wszystkie od razu.

Kilkadziesiąt strzał poszybowało bez żadnego ostrzeżenia. Achaja wyobrażała sobie, co czują tamci. Kilkanaście dni drogi w straszliwym napięciu. Nocleg. Nerwowy sen. Nagle… Cichy świst i nie ma już jucznych zwierząt. Co sama czułaby, znajdując się w ich położeniu? Karawana nie była już karawaną. Skoro demony mogły zabić muły, to przecież mogły też zabić wszystkich ludzi. Strach? Rozpacz?

Chorzy Ludzie budzili się nieprzytomni. Wartownicy strzelali na oślep, czyniąc wielki huk. Po raz pierwszy słyszała coś takiego. Błysk, dym, świst niewidzialnej strzały, a potem huk wystrzału. Co to jest? Te ich muszkiety?

Patrzyła na niezborne próby umocnienia obrony. Zapalane pochodnie, które ją osobiście tylko raziły w oczy, niewiele mogły pomóc napadniętym. Złudny, niewielki krąg chybotliwego światła. Już się zorientowali, że zabito wszystkie muły. Powoli też zaczynali rozumieć, że stąd nie wyjdą żywi. Że wszystkie opowieści o demonach, które słyszeli w karczmach, ilekroć rozmowa zbaczała na temat Wielkiego Lasu, są prawdą. Już wiedzieli. Już wiedzieli, że położą tu głowy. Że porwali się na coś niemożliwego. Że to szaleństwo.

– Hej, tyyyyy! – krzyknęła Achaja.

Wojownicy patrzyli na nią zdziwieni. Chorzy Ludzie zaczęli strzelać, czyniąc jeszcze większy huk. Równie dobrze mogli gwizdać, albo grać na fujarkach.

– Hej, tyyyyy! Słyszysz mnie?

– Żesz twoja jebana mać – rozległo się z kręgu obrońców. – Zaraz wyrzygasz własne flaki!

– Kto najlepiej strzela? – szepnęła Achaja.

Szybko zgłosił się młody chłopak z wielkim łukiem.

– Jesteś w stanie strzelić tak, żeby mu się strzała wbiła w ziemię o dłoń od ciała?

– Pewnie – chłopak wzruszył ramionami. – A może go musnąć lekko?

– Tylko nie zrań.

– Dobra.

Złożył się tak szybko, jakby chodziło o celowanie do grubego pnia odległego o dziesięć kroków, a nie mężczyznę, który krył się za jukami sześćdziesiąt kroków dalej. Był mistrzem. Strzała świsnęła cicho. Najpierw wzniosła się, potem zaczęła opadać. Wbiła się w juki tuż przy twarzy tamtego. Coś, może lotki, musiały musnąć go w twarz. Chory Człowiek najpierw usiłował się podnieść i odskoczyć, a po chwili, kiedy zrozumiał, że wbrew pozorom jeszcze żyje, wtulił się w trawę jeszcze mocniej, zakrywając głowę rękami.

– Tyyyy… jak to jest z wyrzygiwaniem flaków? – zakpiła Achaja. – Próbowałam już trzy razy i nie mogę.

– Kurwa – jęknął zduszonym głosem. – Czego chcesz? – dodał głośniej.

– Aaaaa… pozabijać was wszystkich – zażartowała. – Albo nie. Chcę na razie pogadać.

– O czym?

– O pogodzie. Chyba że wiesz coś o nowych modelach sukien.

– O, żesz ty. – Na chwilę wychylił głowę. Nie mógł oczywiście niczego dostrzec. – No, to gadaj.

– Nie będę się wydzierać. Podejdź na trzydzieści kroków od waszych linii.

– Akurat.

Achaja skinęła na chłopca. Ten uniósł łuk równie szybko jak poprzednio. Strzała tym razem poszybowała wysoko, coraz wolniej i wolniej… Potem zmieniła kierunek lotu. Po dłuższej chwili wbiła się w ziemię dokładnie pomiędzy nogami mężczyzny. Tym razem nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi. Odskoczył do tyłu, potknął się o coś, przewrócił.

– To jak? – krzyknęła Achaja. – Przyjdziesz, czy mam rozmawiać z twoim zastępcą?

Usłyszała jakieś nerwowe szepty. Szczęk metalu, szelesty.

– Ty. Idę!

– Miło mi.

Kiedy tamten podniósł się niepewnie i ruszył w stronę linii drzew, Achaja podniosła się również. Powtórzyła poprzedni rozkaz swoim wojownikom, mrugnęła do Ar

Achaja wskoczyła w krąg światła rzucanego przez pochodnię.

– Odważny jesteś – szepnęła.

Szarpnął się, jakby zobaczył upiora. Właściwie to zobaczył. Naga dziewczyna, z czarnymi węglami zamiast oczu, z ogonem, kłami i pazurami zamiast paznokci. Nie wiedział, czy odrzucić pochodnię i strzelać po ciemku, czy raczej palnąć ją pochodnią i zastrzelić się samemu. Wyraźnie zwątpił. Najchętniej uciekłby do swoich albo gdziekolwiek, na oślep, przed siebie. Teraz dopiero, tak naprawdę, uwierzył w potwory. Jego ludzie z tyłu wstawali, żeby lepiej widzieć. To było trochę za dużo jak na normalnego człowieka. Nie wiedzieli, co robić. Czy to naprawdę możliwe, żeby na świecie istniały potwory?