Страница 78 из 108
– A to… – Kopnęła ją z całej siły w twarz. Achaja upadła na plecy, czując, jak z jej nosa wylewa się fonta
– Wy też żeście mnie nie oszczędzały – szepnęła, a potem skuliła się, bo tamta zaczęła ją bić i kopać. Kopała jak muł. Biła jak kafar wodny. Nie mogła wytrzymać.
Odskoczyła lekko.
– Daj mi, małpo, miecz, to ci pokażę! – krzyknęła.
– Gówno dostaniesz, a nie miecz, smarkata. Ile ty masz, suko, lat?
– O… osiemnaście? Dziewiętnaście, chyba.
Tamta złagodniała nagle. Na jej twarzy pojawił się wyraz niebotycznego zdziwienia.
– Jesteś aż tak młoda?
– No… Chyba tak.
– Ty, obca. Nie piernicz, co?
– No, naprawdę mam najwyżej dziewiętnaście. A ty? Ile masz?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
– Czterdzieści osiem.
– Nie chrzań. Ludzie tak długo nie żyją.
Achaja zarobiła w twarz. Pięścią. Ale tym razem tamta sama się zraniła. Walnęła w kieł, rozorała sobie skórę na dłoni i teraz wylizywała ranę. Po chwili jednak znowu zebrała się w sobie.
– Ty gówniaro jedna. – Chwyciła Achaję za włosy i pociągnęła za sobą. – Ty smarku! Zaraz się, suko, dowiesz, co to jest umierać dziewięć razy!
– Przestań! Boli!
– Cię, suko, zaraz dopiero zacznie boleć! Ale najpierw się dowiemy, jak to zrobiłaś.
– O, mamo! Co zrobiłam?
– Jak z tą drugą suką żeście zabiły tyle naszych koleżanek.
Achaja niewiele rozumiała. Szła zgięta za ciągnącą ją za włosy dziewczyną… tfu! kobietą, skoro tamta miała tyle lat, ile mówiła.
– Mówiłaś, że co…
– Że dziewięć masz śmierci przed sobą, smarkulo. A właściwie osiem, bo raz już umarłaś. Jesteś teraz kotem. Człowiekiem-kotem gówniaro. I teraz się dopiero dowiesz, jak wiele bólu można ci zadać, kocurku. Miau? Osiem prawdziwych śmierci. Miau?
Achaja była zbyt dobrze wyszkolona na takie numery. Nie tylko Hekke. Krótki też miał wiele do powiedzenia na temat walki wręcz w obozie niewolników. Wywinęła się jednym skrętem ciała. Podłożyła tamtej nogę, skoczyła na plecy, szarpnęła za włosy i chwyciła jej szyję, gotowa w każdej chwili do skręcenia karku lub uduszenia.
– Miau? – szepnęła kpiąco. – Miau?
Roześmiała się. To był jej świat. To byli żywi ludzie, choć jakoś tam magicznie zmienieni. Żywi. A w odbieraniu życia była trochę lepsza.
– Ty, obca. Puszczaj.
– Miau?
– Ty gówniaro. Jakieś pięćdziesiąt łuczniczek w ciebie mierzy. Puszczaj.
Achaja rozejrzała się. Nie przywykła jeszcze do tej dziwnej nocnej szarości, ale rzeczywiście, ze dwie łuczniczki zdołała zauważyć.
– One odbiorą mi jedno życie, ja tobie też jedno. Która z nas prędzej skończy?
– Nie wygłupiaj się. Nikt cię nie zabije od razu. – Dziewczyna stęknęła lekko. – Najpierw musimy się dowiedzieć, jak z tą drugą pindą zabiłyście aż tyle naszych koleżanek.
– Miau.
– Przestań. Zabiją cię, zanim ze mną skończysz.
– Nie łudź się, kocurku! Zabiję cię wcześniej.
– No, dobra. – Dziewczyna szarpnęła się w stalowym chwycie. Naprawdę była odporna na ból. – Puszczaj.
Achaja potrząsnęła głową.
– Nasikałabym ci na łeb, gdybym chciała. I to zanim by tamte zdążyły strzelić.
Rozluźniła chwyt i wstała spięta, ale tamta nie rzuciła się na nią. Wstała również i przymknęła oczy. Uspokajała się dłuższą chwilę.
– No, chodź – szepnęła wreszcie.
Dała znak łuczniczkom. Te dwie, które widziała Achaja, leciutko zwolniły cięciwy.
Ruszyła za tamtą, ciągle nie mogąc przywyknąć, że widzi wszystko w nocy. To było coś niesamowitego. Widziała gwiazdy jarzące się ostrym blaskiem, widziała każdy listek, gałęzie, pnie, choć jakoś dziwnie szare i spłaszczone, ale widziała. Noc była dla niej jak dzień. Czuła zapach idącej przed nią kobiety i, to było najdziwniejsze, wiedziała, że tamta jest wściekła i zdenerwowana, a jednocześnie ciekawa; wiedziała, że tamta się nie boi, że coś pociąga ją w obcej, że jej nienawidzi, ale i lubi trochę. To wszystko zrozumiała, czując tylko jej zapach. Czuła, dosłownie czuła, że ścieżką, którą szły, przed chwilą przeszły jeszcze dwie osoby, jedną z nich był mężczyzna, że zjadł dość obfity posiłek, że był zupełnie obojętny, że kobieta, która mu towarzyszyła, była w ciąży, niedługo rozwiązanie, że się kochali. O, szlag! Śniło jej się, czy rzeczywiście mogła takie rzeczy po prostu wywąchać?
– Na kolana, smarkulo. – Ta, która ją prowadziła, chwyciła Achaję za włosy i zmusiła do uklęknięcia. – Na twarz padaj, gówniaro! – Przycisnęła jej głowę aż do ziemi.
Achaja usłyszała szelest. Kroki. Dwóch mężczyzn, trzy kobiety. O, kurde. Sama nie wiedziała, czy to usłyszała, czy wywąchała. Była jednak pewna, że się nie myli. Mamo! Co oni z nią zrobili? Jedna z kobiet musiała być bardzo stara, mężczyźni przyglądali jej się z uwagą, i
– Ty, obca – odezwała się jedna z kobiet. – Jak zabiłaś tyle naszych sióstr?
– Mieczem… Auuuuu!!! – ryknęła przygięta do ziemi Achaja.
Ta, która ją trzymała za włosy, chwyciła jej ogon i ścisnęła mocno. Zabolało gdzieś w nerkach. Okropnie. Co za idiotyczna sytuacja. Ma teraz ogon, którego tamci mogą używać po to, żeby ją dręczyć. Co za idiotyzm.
– Jak je zabiłaś?
– No, co mam odpowiedzieć? Naprawdę mieczem… Auuuuu!!! Zostaw mój ogon, suko! Auuuuu!
– Jak je zabiłaś?
Co ma im powiedzieć? O co im chodzi?
– Żeby was szlag trafił! Coście ze mną zrobili? Auuuuu! Zostaw mój ogon, ty krowo! Auuu! Zabiję cię, suko, auuu! Teraz przesadziłaś, małpo.
Achaja wygięła się w łuk, wyśliznęła z chwytu i skoczyła do tyłu. Tamta jednak była przygotowana. Odskoczyła również. Spryciara. Ale nie taka znowu. Nie groziła jej śmierć w obozie niewolników, dzień w dzień, przez kilka lat. Achaja odbiła się lekko. W momencie, kiedy tamta robiła obrót, kopnęła mocno, nadając jej jeszcze większą szybkość obrotową. Kiedy zobaczyła plecy tamtej, chwyciła ją pod pachy i zaplotła dłonie na jej karku.
– No i co, króweczko? Mam teraz ścisnąć? Mam ścisnąć? No, co jest? – zakpiła. – Milczysz? Przed chwilą byłaś bardziej elokwentna.
Kucnęła lekko i nadepnęła tamtej na ogon. Uśmiechnęła się, słysząc syk bólu.
– W węża się zamieniasz, że tak syczysz?
– Puść ją – powiedziała jedna z kobiet siedzących w kręgu.
– Tak od razu? Bez buzi buzi?
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
– Czuję, jak się boisz – powiedziała cicho. – Czuję to. I nawet wiem czego.
Achaja nie miała podstaw, by jej nie wierzyć. Skoro sama czuła tak wiele.
– Boisz się wbicia na pal – kontynuowała tamta. – A teraz jesteś człowiekiem-kotem. Jak myślisz? Czy wbicie na pal dziewięć razy jest bardziej bolesne od jednego razu, czy też zdołasz się przyzwyczaić?
Achaja puściła tamtą. Zacisnęła szczęki.
– Klęknij – rozkazała kobieta.
Achaja uklękła.
– Na twarz, smarkulo.
Achaja upadła przed nimi na twarz.
– Auuuuu!!! – targnęła się, kiedy niedoszła ofiara nadepnęła jej w odwecie na ogon. Posłusznie jednak znowu po chwili opadła na twarz. Usiłowała podwinąć ogon pod siebie, ale nie do końca jeszcze wiedziała, jak się nim posługiwać.
– Jak zabiłaś siedem naszych sióstr?
Achaja zdecydowała się. Chwyciła ogon ręką i wsadziła sobie między nogi.
– Mieczem! Auuuuu!!!
Zarobiła pięścią w nerki. Aż ją zaćmiło. Usiłowała nie podnosić głowy; wiedziała już, że nie było to dobrze widziane w tym towarzystwie.
– No, co mam powiedzieć? – jęknęła. – Kurde! No… Co chcecie wiedzieć?
– Jak zabiłaś nasze siostry?
– No, mieczem… Ałaaaaaaaa!
Spięła się tak, że dostała dwóch skurczów. Oprawczyni zauważyła to i odskoczyła dwa kroki do tyłu. Achaja jednak nie rzuciła się na nią. Dziewięć razy na pal? Nie. Nigdy w życiu. Będzie tu tkwić na pysku przyciśniętym do trawy, z wypiętym, gołym tyłkiem, choćby ją mieli posiekać.