Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 57 из 108

– Sprawne do zabijania? – zakpiła.

– Owszem.

Niepotrzebnie kpiła. Pomysł ze skórzanymi rękawiczkami był naprawdę świetny. Przynajmniej nikt nie będzie się gapił na jej przygięte wiecznie palce. Wiedziała, że szlachta z gór też nosi takie, jeśli jest mróz. Naprawdę była mu wdzięczna. Bo faktu, że jedna z nich jest usztywniona metalowymi listwami, żaden postro

– No a co z tymi trzema faktami?

– Gromadzę właśnie dokumenty – mruknął. – Podeślę ci wszystko po drodze, bo chciałbym, żebyś już jechała.

– Gdzie?

– W stronę Wielkiego Lasu. – Podał jej małą kartkę. – To są miejsca, gdzie się zatrzymasz. Będą czekały na ciebie wszystkie papiery i… – Popatrzył na nią uważnie. – Podejmij decyzję.

– Kurde! Jaką?

– Właściwą. – Znowu uśmiechnął się promie

– Jak dobrze znać człowieka, który sam jeden powstrzyma wojnę handlową – zakpiła.

– Gówno mogę sam powstrzymać. Ale twoja Starsza Siostra chce, żebym był przy niej, bo ważniejsze dla nich wszystkich jest to, co się stanie jutro, od tego, co się stanie za dziesięć dni. Nawet jeśli jutro grozi nam najwyżej wzięcie kijem w mordę, a za dziesięć dni wszyscy zginiemy w powodzi. – Odkaszlnął lekko. – Słuchaj, nie żebym cię poganiał, ale…

– Tak, tak, sprawa gardłowa. – Znała go już na tyle, by wiedzieć, że rozmowę z kobietą uważa za stratę czasu. Ale tym razem się myliła.

– Odprowadzę cię kawałek. Porozmawiamy na koniach.

– Aż tak źle? – powtórzyła.

– Może: aż tak dobrze? – Poprowadził ją w stronę głównej bramy w murze okalającym pałac. – Słuchaj, mamy jakąś małą… bardzo małą szansę. Być może po raz pierwszy.

– Znowu handel?

– Znowu wojna! – Pchnął ciężkie skrzydło bramy własnymi rękami. Wartownicy wokół nie mogli się ruszyć ze swoich stanowisk, a resztę obsługi sam pewnie przedtem porozstawiał po kątach. – Przygotowałem wszystko.

Jej pluton przyboczny, wszystkie trzydzieści trzy dziewczyny, czekały już na gościńcu na koniach.

– Oddziaaaaaał!… Salut! – ryknęła La

Będąc w siodle, trudno jest stanąć na baczność. Twórcy regulaminu wymyślili więc salut wierzchowców – rzecz trudną do wykonania nawet dla doświadczonych kawalerzystów. Wszystkie jej dziewczyny, choć były doświadczonymi żołnierzami, od niedawna dopiero były ćwiczone w jeździe na prawdziwych wierzchowcach (wszak kuców, których dosiadały wcześniej, końmi w pełnym tego słowa znaczeniu nazwać nie było można). No i stało się to, co się stało. Linia zmieszała się, pękła w kilku miejscach, Mayfed wpadła na Zarrakh, Shha o mało nie zleciała. Kilka dziewczyn pogubiło juki, jakiś ogier, korzystając z zamieszania, ugryzł kolegę, do którego musiał mieć żal, i biedna Bei wylądowała na ziemi. Malutka i piegowata Sharkhe palnęła z całej siły koleżankę, która najwyraźniej zamierzała ją stratować.

– Ty nie rób „salutu” po nocy, bo całe miasto obudzisz! – ochrzanił panią porucznik Biafra. – Ale masz wojsko, księżniczko!

– To nie głupia kawaleria! – odcięła się Achaja, wskakując na siodło własnego wierzchowca. – One potrafią coś więcej.

– Jasne. – Obserwował pechowe dziewczyny, które właśnie wstały z ziemi i goniły konie. – Kawaleria to aby się zwalić z siodła i już. A te tutaj wyczyściły tyłkami pół gościńca!

– La

– Jakbym był w złym humorze – podchwycił – to te baby zatrzymałyby się dopiero w Syrinx. Jedziemy. I niech pani skompletuje oddział na powrót, pani porucznik.

– Tak jest! – Gdyby La

Biafra dosiadł swojego konia i dogonił Achaję, która ruszyła, nie chcąc patrzeć na desperackie wysiłki koleżanek.

– Powiem ci, co z tą łodzią. Chorzy Ludzie mają jakąś nową broń. Takie rury, czy jak to zwał, prawie równie skuteczne jak kusza.

– Ach, wiem. Muszkiety do zwalania powały.

– Co? – Był szczerze zdziwiony.

Achaja roześmiała się. Przypomniała sobie opowieść Mereditha, którą słyszała jeszcze na dworze ojca w Troy, o Chorych Ludziach sprowadzonych przez Tyrana Symm, by zrobili huk na uczcie. Zrobili i zwalili powałę na zebranych gości.

– Mniejsza z tym. Jeśli są prawie jak kusze, to dlaczego ci kusze nie wystarczą?

Uśmiechnął się.

– Największymi mistrzami w strzelaniu są Dahmeryjczycy. Najlepsze ich formacje to łucznicy, ci z długimi łukami. A wiesz, jak długo trzeba ćwiczyć takiego łucznika? Dziesięć lat! – odpowiedział sam sobie. – Dokładnie tyle, ile trwa cała służba w wojsku Arkach.

– Kusznicy też są nieźli.

– A ile trzeba ćwiczyć kusznika, żeby dorównał Dahmeryjczykom? Dwa lata? Trzy? I tak szybkością nie dorówna „długim łukom”. A wiesz, ile trzeba ćwiczyć żołnierza, który strzela z tej rury czy… muszkietu?

– Ile?

– Dwadzieścia dni. Może trzydzieści. – Uśmiechnął się szeroko. – Oni sami twierdzą, że trzy dni, ale im nie wierzę.

– No, coś ty? A siła ramion, a wyważanie, a oddech?

– Nie ma siły, nie ma wyważania, nie ma oddechu. Oddech to naprawdę wystarczy tylko wstrzymać. Dziecko zastrzeli rycerza.

– Wybacz… Śnisz?

– Tak – roześmiał się. – Ale to piękny sen.

Dojechali do bram miasta. Strażniczki, widząc zbrojnych, wybiegły z wieży. Nie wiadomo, co tam było pite dla rozgrzewki, ale wszystkie dziewczyny wytrzeźwiały momentalnie na widok Biafry.

– Otwierać bramę! – ryknęła ta, która nimi dowodziła, choć był to najbardziej nieregulaminowy rozkaz w armii Arkach. Bram miasta nie otwierało się po nocy nigdy. No, chyba że w zasięgu wzroku był Biafra.

Cały pluton przedostał się nad fosą po opuszczonym pośpiesznie moście. Strażniczki modliły się z wdzięczności do wszystkich Bogów, że jakimś cudem żadnej z nich nie wysłano na front. Żadna nie miała już ochoty na wódkę. Prawdę powiedziawszy, coś dziwnego stało się z ich ciałami. Wszystkie czuły, że nawet gdyby piły na umór przez resztę nocy, to żadna nie zdoła się upić.

– Wiesz – podjął Biafra – powiedziałem ci, że może… znowu wojna.

– Tak, trochę dziwne.

– Wiem. Przecież walczymy cały czas. – Opanował swojego konia i znowu się do niej zbliżył. – Ale chodzi mi o i

– Grabiami i widłami? – przypomniała mu własne słowa.

Potrząsnął głową.

– Nie w tym problem. Powiedz… – zastanawiał się dłuższą chwilę -…jak sprawić, by wszyscy ujęli się za własnym królestwem? Potrzebuję jakiejś nowej idei. Jakiegoś zwrotu, słowa czy sformułowania, które pociągnęłoby wszystkich.

– Kurde, jakiego?

– No, właśnie nie wiem. O co można walczyć?

– No… bo tamci atakują, co?

– A co obchodzi chłopa spod Wielkiego Lasu, że jest wojna na granicy z Luan? Nic!

– No, to… – Sama nie wiedziała, co wymyślić. – Niech walczy w obronie swojego Królestwa.

– Czyli w obronie Królowej i księżniczek? A co go to obchodzi? Słuchaj, ja potrzebuję jakiegoś nowego słowa.

Myślała intensywnie, marszcząc brwi.

– Kraj? W obronie kraju?

– A co to jest kraj? Czym to się różni od królestwa? No… Kraj to chyba ziemie należące do królestwa w literackim znaczeniu, tak?

Skinęła głową.

– Jakoś tak.

– No i kto stanie w obronie ziemi? Skoro granice wszędzie zmieniają się z każdym rokiem. Zresztą, czego ma jeden z drugim bronić? Pola należącego do i

– Nic i

– Ja nie chcę wymyślania. Chcę tylko nowego słowa.

Dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Achaja wysilała pamięć, usiłując sobie przypomnieć wykłady filozofów na dworze ojca w Troy.

– Czekaj, było takie nowe słowo… – Nie mogła sobie przypomnieć. – Naród?… Tak. Naród!