Страница 56 из 108
Achaja też wyczuwała go instynktownie. To było i
– Długo będziesz tak stał? – spytała, opierając się na łokciu.
– Zamyśliłem się – skłamał. – Już wiesz? – Odwrócił głowę.
– Co wiem?
– Że ze mną będziesz miała przynajmniej ciekawe życie.
– To akurat tak. Choć nie mam pojęcia, czy chcę ciekawego życia.
Uśmiechnął się lekko.
– Masz wybór, mała. Uratowałaś elitarną dywizję i Twoja Starsza Siostra nieba ci przychyli. Możesz nawet zostać księżniczką odpowiedzialną za wypasanie kóz w najbardziej zapadłej prowincji najbardziej zapadłego królestwa, jakim jest Arkach. Będziesz miała spokój przez, powiedzmy, dwa lata, zanim Luan nie zwycięży. Ale potem też nie będzie ci ciężko w Dery, Symm, czy gdzie tam uciekniesz.
Zmęczona pokiwała głową w geście rezygnacji.
– Nie znam się na wypasaniu kóz, głupku. Chcesz, żebym coś dla ciebie zrobiła, to zrobię, tylko nie bierz mnie pod włos, pacanie!
Spojrzał szczerze zdziwiony.
– Tak sobie tylko gram – westchnął. – Bo ja mógłbym zostać aktorem, jakby co, a ty nie.
Przymknęła oczy. I bez słów wiedziała, że mógłby zostać aktorem. Czasami żałowała, że sceny amfiteatrów są zamknięte dla kobiet.
ROZDZIAŁ 10
Achai dopiero po dłuższym błądzeniu w plątaninie korytarzy królewskiego pałacu udało się opuścić mroczne wnętrze. Z przyjemnością wciągnęła do płuc przenikliwie chłodne, jesie
A, szlag. Z ulgą przyjęła gońca, który ją wywołał.
– No i jak tam? – Biafra uśmiechnął się promie
– Ujdzie. – Uśmiechnęła się również. – Zasnęłabym z nudów, gdybyś po mnie nie przysłał.
– Musiałem.
– Dzięki. Co się stało?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale wiedziała już, że używał swojej twarzy tak jak i
– Trzy fakty – powiedział. – Po pierwsze: przejęliśmy dużą łódź Chorych Ludzi, nasi agenci odkupili ją od piratów razem z resztką załogi, po drugie: zdobyłem jedną z najlepszych czarownic, jakie mogły istnieć w tym zapomnianym przez Bogów królestwie, po trzecie: mamy chyba najbardziej suchą jesień, poprzedzoną najbardziej suchym latem w naszej historii. Rozumiesz?
– Nic nie rozumiem – przyznała się szczerze. – Ni w ząb. Wiem jednak, że muszę się przebrać, prawda?
Nie wymagało to wielkiego talentu strategicznego. Po prostu widziała, że miał jej mundur przewieszony przez ramię.
– Mhm – mruknął. – Chodźmy do stajni.
– Aż tak źle?
Z trudem unosząc dół sukni jedną ręką, ruszyła w stronę wspaniałego budynku ze złoconego drewna. Widok Biafry wywiał wszystkich służących bardziej skutecznie niż najazd stu rycerzy Zakonu tnących wszystko, co żyje. Otworzył przed nią drzwi, unosząc pochodnię. Kilka koni zarżało gwałtownie od nadmiaru światła. Któryś strzelił kopytami w drzwi boksu. Nie trzymano tu wałachów.
Biafra przewiesił jej mundur przez najbliższy pałąk, zapalił lampkę i odwrócił się demonstracyjnie.
Achaja zaklęła szpetnie.
– Słuchaj – przygryzła wargę. – Nie zdejmę tej sukni jedną ręką. Musisz mi pomóc, więc przestań się głupio odwracać.
Poczuła na plecach jego delikatne dłonie rozsznurowujące gorset.
– Z kurtką sobie poradzę sama – dodała. – Ale musisz mi włożyć spódniczkę i zasznurować buty.
Zdjął jej wspaniałą suknię jednym ruchem.
– Przepraszam – powiedział cicho.
– Za co?
– Za to, że patrzę tam, gdzie patrzę… – Przełknął ślinę.
– Dzięki – uśmiechnęła się. – Ale ubierz mnie, zanim zamarznę.
Pomógł jej włożyć opaskę, ciepłą kurtkę podbitą białym barankiem, a potem…
– No, dobra – mruknęła. – Teraz odwrócę się do ciebie przodem. I opuść wzrok, małpo!
Wzięła głębszy oddech i odwróciła się. Założył jej spódniczkę i zapiął szeroki pas z mieczem. Nie wiedziała, gdzie zerkał, bo sama usiłowała patrzeć gdzieś w bok. Kiedy jednak włożył jej i zasznurował buty, a potem się podniósł, ich oczy spotkały się na chwilę. Wiedziała już, że nie odwracał wzroku.
– Ty świnio! – szepnęła.
– Tak na mnie mówią – przytaknął.
– Żeby cię… – Machnęła zdrową ręką, zmieniając temat. – No, dobra. Co się dzieje?
– Eeeeee… – Zaskoczyła go, bo chyba się rozmarzył. Nie mógł tak od razu powrócić do tematu. – Mam dla ciebie rękawiczki. – Pomógł jej wsunąć na lewą dłoń skórzaną, specjalnie usztywnioną rękawicę. Kiedy za pomocą zębów włożyła podobną na prawą dłoń, uznała, że to świetny pomysł. Przynajmniej z daleka nie widać było jej kalectwa.
– Mam jeszcze coś. – Wyjął z sakwy kolejną rękawicę. Tym razem żelazną. – Pokazać ci?
Skinęła głową. Założył niesamowicie ciężkie urządzenie na jej lewą rękę.
– Niezłe, co?
– Myślisz, że jak palnę tym kogoś w głowę, to umrze?
– To też… ale najpierw spróbuj uderzyć się sama wnętrzem dłoni w bok.
Rąbnęła się w biodro i syknęła zaskoczona. Spomiędzy jej nieruchomych palców wyskoczyło ostrze dłuższe niż w normalnym sztylecie.
– I jak?
– Niezłe! – roześmiała się. – Kosztowało majątek, prawda?
Uśmiechnął się.
– Tanie nie było.
– A jak to się chowa?
– No, niestety, ktoś ci musi pomóc. – Majstrował przy żelaznej rękawicy. – Powtórne napięcie mechanizmu wymaga osoby oburęcznej. Ale… ty też już masz w pewnym sensie obie rączki.