Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 48 из 108

Zaan zaaferowany, kaszlący jak zwykle, z czymś, co blokowało mu płuca i rzęziło w nich okrutnie, wszedł do osobistej komnaty Wielkiego Księcia.

– Wielki Panie. – Pochylił się w ukłonie, czując, jak reumatyzm dosłownie rozrywa mu stawy.

– Zdejmij sandały – mruknął Orion.

Sam chodził boso po wielkiej mapie rozłożonej na podłodze. Była tak duża, że słudzy musieli jej krawędzie zawinąć na ściany.

– Jesteśmy w kropce, człowieku w czarnym płaszczu.

– Wielki…

– Czekaj – powstrzymał go książę. – Armia Zachód nie może uderzyć. Tuż za pasem swojego działania ma coś w rodzaju powstania. A nie możemy wysłać tam oddziałów pacyfikacyjnych, bo to zadanie Armii Domowej. Ale Armia Domowa nie istnieje właściwie. Ktoś to bardzo sprytnie wymyślił – Książę powstrzymał go znowu ruchem ręki. – Kraj spustoszony zarazą, głównie jej ekonomicznymi skutkami, rozsypka urzędów i instytucji publicznych, a teraz jeszcze to. Mają nas w ręku.

– Co się stało? – odważył się zapytać Zaan.

– Pomieszali nam szyki – westchnął książę. – To nie jest zwykła burda, którą moglibyśmy powstrzymać swoimi siłami, albo przekupując oddziały strażników. Ktoś bardzo władny pięknie tu namieszał.

Zaan przygryzł wargi. Wiedział kto.

– Co się stało? – powtórzył.

– Nowa filozofia – odparł Orion enigmatycznie. – Po wsiach jeżdżą oddziały, jacyś trybuni ludowi z nimi, czy co? Prawią chłopom, że wszyscy ludzie są równi, że już dość panoszenia się jaśniepaństwa, że już nie trzeba płacić podatków, że każdy człowiek powinien utrzymywać się z własnej pracy i spożywać samemu jej owoce. Ma już nie być tytułów szlacheckich, wszyscy ludzie są tacy sami, nie ma już panów i chłopów. Są po prostu ludzie i każdy ma mieć takie same prawa. – Książę znowu westchnął ciężko. – Przy tej okropnej biedzie teraz… Znajdują posłuch. Chłopi wierzą w te brednie. Pojawiły się jakieś oddziały partyzanckie grabiące resztki naszego zaopatrzenia. Ale to nic. Chłopi ukrywają ziarno. Nie płacą. Nic nie robią. Nie możemy zdobyć dostaw dla wojska. A Armia Domowa nic nie zrobi.

Orion zszedł z mapy zasępiony i spojrzał na Zaana.

– Załatwili nas – prawie szepnął. – Jak żołnierze nie będą mieli co jeść, to niedługo będziemy mieli swój własny miecz wrażony w swoją własną dupę!

Zaan uśmiechnął się promie

– Lepszego prezentu nie mogli nam zrobić wrogowie – powiedział, obserwując z satysfakcją, jak brwi księcia unoszą się do góry.

– Co ty mówisz? Człowieku!

– Problemy mamy trzy. Nie ma zaopatrzenia, raz. Chłopi się buntują, dwa. Nie możemy ich spacyfikować, bo nie ma Armii Domowej, trzy. Genialny plan naszych wrogów. Aaaaaa… Tyle, że sami podsunęli nam rozwiązanie wszystkich problemów. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Wszystkich trzech.

Książę starł niewidzialny pyłek z nosa. On naprawdę znał wartość Zaana. Ale nawet teraz nie mógł uwierzyć, że jest na świecie ktoś, kto stojąc boso na mapie, w przeciągu kilku chwil mógł znaleźć rozwiązanie. Bo w to, że rozwiązanie już zostało znalezione, nie wątpił.

– Mów.

– Trzeba wydzielić lotne oddziały z Armii Zachód. Sama kadra. Każ im, Wielki Panie, zdjąć mundury i przebrać się za chłopów. Mogą dostać uzupełnienia z kryminalistów, więzienia przecież przepełnione. Takie oddziały muszą jeździć po wsiach i przekonywać wszystkich, że ludzie są równi, że nie powi

– Coooo???

– Tak. Trzeba wynająć jakiegoś młodego filozofa za pieniądze, żeby napisał im instrukcję, jak przemawiać do chłopów, i pomógł im nauczyć się na pamięć. To muszą być ładne słowa. A potem, jak już wszystkich przekonają w danej wsi, to taki oddział musi przecież pobrać zaopatrzenie dla siebie. I dla i

– Toż chłopi nie dadzą!

– I o to chodzi. – Zaan uśmiechnął się szeroko. – O to, mniej więcej, chodzi.

– I co potem? Jak już odmówią?

– Wtedy… wójta nabić na pal, spalić parę chałup, zgwałcić trochę dziewczyn, myślę, że żołnierze, a już na pewno kryminaliści, nie będą mieli nic przeciwko i… No, zabrać ziarno siłą.

Orion wybuchnął śmiechem.

– Myślę, że chłopi szybko zrozumieją, do czego prowadzi sprzyjanie tym specjalistom od równości wszystkich ludzi.

Książę uśmiechał się coraz szerzej. Zaan kontynuował:

– Zrabowane zaopatrzenie dostarczy się po cichu oddziałom Armii Zachód. To raz. Spacyfikujemy chłopskie bunty, nie mieszając się w to oficjalnie, to dwa. Nasze bojówki, które mogłyby coś zeznać, a także wrogie bojówki, które nam mieszają, zostaną rychło powywieszane przez chłopów na przydrożnych drzewach, albo zmasakrowane za pomocą wideł, ewentualnie otrute. I wszystko wróci do normy.

– Zresztą, prawdopodobnie to właśnie nas poproszą o zaprowadzenie porządku. – Książę rozmasował policzki. – Bardzo dobrze. Możesz zacząć przygotowania do tej akcji.

Zaan, odprawiony ruchem ręki, z najwyższym trudem włożył buty, już za drzwiami, na korytarzu. Dyszał ciężko po tym wysiłku, wsłuchując się w coraz mocniejsze rzężenie gdzieś wewnątrz własnych płuc. Nie mógł się wyprostować. Ruszył więc zgięty, opierając się o ścianę. Jego ciało składało się prawie wyłącznie z organów, które już nie działały poprawnie. Wszystko wysiadało. Poza jedną, jedyną rzeczą. Umysłem.

Ledwie dotarł do pomieszczenia za pałacowym prosektorium, gdzie czekali jego współpracownicy. Zyrion i Mika podnieśli głowy znad mapy, którą studiowali. Zaan, opierając się na ramieniu matematyka, usiadł na wielkim zydlu przy stole, usiłując nie stękać.

– Będę miał dla was zadanie, ale to później.

ROZDZIAŁ 9

Achaja ocknęła się w czymś miękkim. Było jej tak ciepło i przyjemnie, że postanowiła się nie budzić. Ale to raczej trudno sobie nakazać, więc po dłuższej chwili zmagań otworzyła oczy. Jak przez mgłę zobaczyła nad sobą twarz jakiejś dziewczyny. Ta krzyknęła, Achaja poczuła na ramieniu coś ciepłego.

– Medyk! Medyk! Panienka się ocknęła!

Gdzie ona jest? W swoim pałacu w Troy?

– Medyk! No, co jest, psie! Śpisz?! – Dziewczyna była co prawda tylko służącą. Ale za to pierwszą służącą księżniczki Arkach – mogła sobie pozwolić na to, żeby pogonić kota paru głupim mężczyznom. Nie wszystkim, niestety. Wraz z medykiem do pokoju wszedł Biafra. A jemu raczej niczego nie udawało się pogonić. On sam gonił i to dość skutecznie.

Achaja otworzyła szerzej oczy. Jakieś męskie ręce obmacywały ją dokładnie.

– Kto rozlał kleik? – rozdarł się Biafra.

– Ja, panie. – Służąca stanęła odważnie do pojedynku. Była wszak pierwszą służącą. Miała prawo walczyć o swoje miejsce przy panience. – Ocknęła się, i ja…

– Już myślałem, że smok ogniem zionął. Oblałaś jej całe ramię.

– Przecież wycieram, panie. Ja…

– Ja i tylko ja – zakpił. – To już był jeden filozof powiedział, wieki temu. Dobra, won!

– Ależ panie! Ja…

– Won – uciął Biafra.

Purpurowa z wściekłości dziewczyna wyszła, pomstując w duchu. Biafra przyczepił się więc do mężczyzny:

– No, długo tam jeszcze? Uciekaj mi, ale już.

– Panie! Ona się dopiero ocknęła, trzeba zbadać, trzeba…

– Słuchaj, pacanie. Od chorób i ran, no owszem, parę osób umarło na świecie – wyjaśniał cierpliwie. – Ale od pomocy udzielanej przez medyków umiera każdy, za kogo byście się nie wzięli. Więc zrób mi uprzejmość i wynieś się natychmiast.

– Ją trzeba karmić, panie.

– Precz.

Biafra przysiadł na brzegu łóżka, nie patrząc na umykającego medyka. Wziął z podręcznego stolika resztkę kleiku, nabrał go wielką łyżką i wsadził dziewczynie do ust.

– Dobre?

Nie mogła odpowiedzieć, bo usta miała pełne ohydnej, klejącej się mazi. Usiłowała mu pokazać oczami, że nie chce więcej.

– Cieszę się, że ci smakuje – mruknął i władował jej następną porcję.