Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 46 из 108

Żadna z gwardyjek nie poruszyła się choćby o palec. Żadna nie chciała umierać na tej polanie. I było naprawdę bez znaczenia, czy Bei strzela dobrze, czy źle. Z tyłu, za jej plecami znajdowało się jakieś dwa tysiące kusz, w każdej chwili gotowych do użycia jak jasna zaraza.

– Już nie mogę – jęknęła Achaja, posuwając się jeszcze trochę. – Już naprawdę nie mogę. Wszystko mi wysiadło. – Wskazała na swoje ciało: – Już nic nie działa.

Virion zerknął na nią spod oka. Nie mógł odwrócić głowy.

– No, dobra. Może starczy – mruknął. – Podnieś miecz.

– Jak?

– Ręką – wyjaśnił.

– Kurwa twoja mać! – Rozpłakała się znowu Achaja. – Czy ty myślisz, że jestem Bogiem?

– Myślę, że dasz radę. No, już! I przestanę cię męczyć. Zrób to jakoś.

– On jest za ciężki! On jest za ciężki, gnoju!

– Złap go tak jak nóż, od kciuka w dół. Wiem, że na więcej cię nie stać, ale to akurat zrobisz, a ja ci pokażę, jak się wygrywa. Pomogę ci, tak jak mnie ktoś swego czasu pomógł.

– Nie mogę.

– Możesz, głupia dupo! Zrób to!

Ujęła rękojeść, ale żadną mocą nie mogła jej unieść z ziemi. Miała wrażenie, że coś ją rozrywa od środka. U niej naprawdę nic już nie działało jak należy! Była wrakiem. Czy on tego nie widział? Czego on chciał, psiamać? Śmierci? Ona tego nie sprawi.

– No – szepnął – jeszcze trochę i ci pokażę.

Szarpnęła rękojeść, o mało nie wypuszczając jej ze zmartwiałych palców. Jęknęła, mocno, to płynęło gdzieś z jej trzewi, i… uniosła miecz.

– Jestem teraz w twojej mocy, dziewczyno? – spytał.

– No… jesteś… – szepnęła z trudem, bo robiło jej się ciemno w oczach.

– To patrz. Tylko najpierw muszę się pożegnać z moim dwuletnim dzieckiem. – Teraz on zagryzł wargi, z najwyższym trudem sięgając do kieszeni. – Mam takiego brzdąca, dziewczynkę… Jest strasznie fajna, dopiero ona pokazała mi, co to miłość. I mam ze sobą jej – spojrzał jakoś tak smutno – jej mały szaliczek i czapeczkę.

Wyjął z kieszeni kłębek kolorowej wełny, którą jakaś biedna, niczemu nie wi

O, Bogowie. Oczy Achai wywróciły się i straciła przytomność. Upadła tuż przy jego twarzy.

– Prawdziwy mistrz, dziecko – szepnął, choć nie mogła go słyszeć – zwycięża nawet wtedy, kiedy nie może ruszyć ręką ani nogą. Ktoś ci kiedyś wyjaśni, o co chodzi. Pomogłem ci. Tylko musisz to zrozumieć.

Sam stracił przytomność chwilę później.

Biafra podszedł do skonsternowanych szermierzy cesarstwa Luan.

– No co, panowie? – roześmiał się. – Ruszamy dalej?

– Ty, kur… – Dehrin powstrzymał się jednak, protokół dyplomatyczny nie przewidywał słów zaczynających się na „kur…”. Chyba, że chodziło o „kurę”, ale kur raczej nie jadało się na dyplomatycznych przyjęciach. – Ty se myślisz, że bez Viriona nie poradzimy sobie z resztą tych bab?

Biafra uśmiechnął się promie

– Ależ poradzicie! – Klepnął tamtego po ramieniu. – Ale najpierw przed wami pluton „C”. O, przepraszam. Tak zwany pluton „C”. – Roześmiał się znowu. – Będzie się o was mówiło: „zrobieni w pluton C”, panowie!

– O co ci, pacan… O co, znaczy, panu chodzi? Co?

– Nie widzicie ich mundurów?

Mundury plutonu „C” rzeczywiście różniły się od reszty, jak jedwab różni się od płótna. Żadna tajemnica, one miały po prostu wystąpić przed Królową, ale Luańczycy o tym nie wiedzieli.

– Ot, baby – kontynuował Biafra. – Zebraliśmy je z całego świata, płaciliśmy złotem, niektórym to nawet tyle, ile same ważą. Na przykład tej, co Viriona załatwiła. – Uśmiechnął się, ale tym razem zimno. – Sporo ważyła, małpa, ale zapłaciliśmy. W końcu opłaciło się. Co? – Westchnął ciężko, wskazując na leżącego Viriona. – Powiedziała, że załatwi i słowa dotrzymała. No, ale wracając do tematu. To kobiety. Nie chciały się wszystkie ubrać w zwykłe skórzane mundury i musieliśmy uszyć specjalne, śliczne. One przyzwyczajone do przepięknych sukien. No, baby, normalnie, nie nam mężczyznom to zrozumieć.

– O czym ty mówisz?

– Ano powiem. Już się nie wycofacie, bo nie możecie, więc powiem. Wiedziałem, co cesarz zamierza, znacie mnie, wiecie, czym się zajmuję. Królowa mówiła, żeby poselstwa nie przyjmować w ogóle. Ale miałem i

– Łżesz, Biafra! – krzyknął Dehrin. – Nie ma na świecie tylu szermierzy natchnionych!

– No, co ty, Dehrin? Oczadziałeś? Po co mi natchnione na was? Ta jedna – Biafra wskazał na Achaję – była natchniona. Ona tylko Viriona miała zabić. I suce trzeba było zapłacić naprawdę tyle w złocie, ile ważyła. A ważyła, jak mówię, zaraza, sporo. Ty słyszałeś kiedyś o takich pieniądzach, Dehrin? Dostałeś kiedyś aż tyle? A może Virion dostał, co? Ale opłaciło się… Bo kto tam teraz leży na trawie? – Biafra wskazał na Viriona. Achaję właśnie królewski medyk z pomocnikami odnosili na bok. – Mówiła, że gada sposobem załatwi i słowa dotrzymała, jak mówię. I co teraz, kochanie ty moje? Ano, teraz te zwykłe mistrzynie wyprują z was flaki.

– Gadanie – Dehrin nie był jednak już tak pewny siebie.

– Tak? Załóżmy więc, że zwyciężycie. Że na przykład dwóch z was zostanie. I będzie miało już „tylko” naprzeciw siebie dwa tysiące zwykłych dziewczyn z tej dywizji. Kto żywy do rana doczeka? Co? Czemu tak milczysz, Dehrin? Zatkało cię?

– Ty łżesz, normalnie, ty…

– Ja łżę? Ja poświęciłem dwa plutony, żeby się za wcześnie nie wydało! A widzisz te małe z tyłu? – Biafra wskazał na szczególnie niskie dziewczyny wybrane z całej dywizji tylko po to, żeby mogły stanąć w drugim szeregu przy wizytacji Królowej. – To Dahmeryjki! Ich mężowie to mistrzowie w kuszy. A one… Te malutkie właśnie, przyuczone specjalnie, żeby przeciwnikowi obciąć jaja jednym pociągnięciem.

Dehrin przełknął ślinę.

– No, chyba nie zwątpiłeś nagle? – kpił dalej Biafra. – I tak nie możesz się już wycofać. A widzisz tę tutaj? – Wskazał Bei, która ciągle stała w pobliżu. – Podobała ci się jej akcja z kuszą? Co? Czemu milczysz, Dehrin? Szkoda, że nie kichnąłeś wtedy, bo miałbyś już dziurę w płucach. A ta druga? – Wskazał Shhę. – Widziałeś, jak podbiegła i poradziła koleżance, jak ma Viriona załatwić? Tej suce też musieliśmy zapłacić takie pieniądze, że normalnemu człowiekowi mogłyby się one jedynie przyśnić. – Biafra klasnął w dłonie. – Następna walka! – krzyknął. – No, chłopaki – uśmiechnął się do szermierzy. – Dalej, dalej!

– Akurat! – warknął Dehrin. – My w każdej chwili możemy zrezygnować!

– Dobra, dobra. Teraz ty, kolego. Ta dupa, która na ciebie czeka, nazywa się Shha. Zapamiętaj sobie, bo dzięki temu, co ona ci zrobi, będziesz opisany w kronikach. Ona była następna, jakby ta pierwsza Viriona nie zabiła. Ale trudno. Zadowoli się tobą. Słyszałeś wszak, jak krzyczała do koleżanki: „Zabij Viriona, a jak nie – ja to zrobię?” Słyszałeś przecież, głuchy nie jesteś. Teraz ty i ona!

– A gówno! My się możemy wycofać i nici z twojego planu, Biafra!

– He. Niby jak?

– My jesteśmy pozwani i my też możemy obrazę darować. Ot co!

– Człowieku… Tu cała moja dywizja stoi. Jak daleko ujedziesz cały?

– Ty, kurwa, mi grozisz, normalnie! A ja jestem członkiem poselstwa Luan, durniu!

– Tak? To rusz się dziesięć kroków. Zobaczymy, co będzie, tchórzu!

Dehrin zawył nagle:

– Poseł! Poseł! Mordować nas chcą! Mordować członków poselstwa!

– Ty tchórzu! Nie wstyd ci?

– A gówno mi możesz zrobić, palancie! Możesz mi dupę polizać, bo ja wam łaskawie obrazę daruję! Ot co!

Szermierze zaczęli się cofać w kierunku swoich koni. Żaden, po tym co usłyszeli, nie był skło