Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 108

– Przestań! Przestań! Przestań!

– Mogę przestać.

– Przecież wojsko się zbuntuje!

– Nie zbuntuje się. To, niestety, dobre wojsko. Nasze najlepsze.

– Przestań! Nie… Mów.

– Co mam mówić? Dopiekła pewnie pierwsza dywizja panu cesarzowi, więc jej nie będzie. I tyle. No, chyba że Wasza Wysokość zaryzykuje istnieniem całego Królestwa. Wasz wybór, pani.

– Bogowie! Tak nie może być. Co ja mam im powiedzieć? Co ja mam powiedzieć dwóm tysiącom żołnierzy, których wystawię na pewną śmierć? Co ja powiem ich matkom, ich ojcom, ich rodzeństwu?!

– Ano… Na szczęście to nie ja, a wy, pani, jesteście Królową. Nie mnie radzić. Tu raczej każdy wielki filozof, którego spytalibyście o radę, uciekałby zygzakiem przez krzaki.

Rozległ się trzask. Potem brzęk tłuczonego szkła. Pewnie, sądząc po cichym syknięciu z bólu, Biafra oberwał jakimś naczyniem. Ale i na tym się skończyło. Co za tajemnica łączyła tych dwoje? Kto w taki sposób śmiałby mówić do swojej królowej?

Biafra wyszedł z namiotu, trzymając rękę przy czole, które najwyraźniej bolało. Ale… Mówić takie słowa do swojej władczyni? Wykpił się w jakiś niezrozumiały sposób. Potem wyszła Królowa. Achaja mogła obserwować tylko samym kącikiem lewego oka, ale nie myliła się. Królowa płakała.

Dziewczyna spojrzała na kryjące się za drzewami słońce. Jej ostatni w życiu zachód słońca. Czterdziestu mistrzów Viriona! No, trudno. Zawsze w życiu się coś spieprzy. Nie dziś, to jutro. Niby co za różnica, kiedy?

Oficerowie doskoczyli, widząc Królową. Ta jednak powiedziała tylko:

– Zebrać całe wojsko. Zdjąć wszystkie warty i służby. Gwardia wokół mnie.

– Ależ, Wasza Wysokość! Warty? – odważyła się któraś z pań pułkowników.

– Milcz. Wykonać – odrzekła Królowa sucho.

Wszystkie rozbiegły się, by spełnić niecodzie

Po długim czasie jakaś chorąży zaledwie, zdjęła Shhę i Achaję z posterunku i kazała dołączyć do oddziału, który wraz z i

– Co to było? Zrozumiałaś coś, czy mamy o wszystkim zapomnieć?

– A co za różnica? Już po nas, siostrzyczko.

– Co? Niewiele zrozumiałam, ale to… to… – Shha miała minę, jakby miała się rozpłakać. – To coś se tam możni ustalili, nie? I to nie będzie tak, jak mówili, prawda?

Achaja podeszła do niej, delikatnie odsunęła jej z twarzy warkoczyki i pocałowała lekko.

– Będzie, siostro! – westchnęła. – Już po nas!

Poprowadziła ją do oddziału. Pluton przywitał ich zdziwionymi spojrzeniami. Shha nigdy nie była w takim stanie, a przynajmniej nikt jej takiej nie widział.

– Coście takie strute, koleżanki? Dałyście ciała tam przy namiocie?

– Cześć, trupy – powiedziała Shha i zwymiotowała. To naprawdę sprawiło piorunujące wrażenie. Nawet te specjalnie dobierane, niskie, dołączone do plutonu w ostatniej chwili, wiedziały, że wszystko może się zdarzyć, ale Shha będzie mimo to w pogodnym nastroju. Jeśli nie jest, to albo się struła, albo nastąpił koniec świata!

– Co się stało?

– Żegnaj, La

– Co ty gadasz? Zabiją nas?

– No!

– Aż tak żeśmy dały dupy przy Królowej? Aż tak?

– Nie. Nasza kochana księżniczka dała dupy za nas.

– O czym ty gadasz?

– Legion Moy – rzuciła, ale nikomu nic to nie powiedziało.

Jako prości żołnierze służyły dziewczyny ze wsi, z małych miasteczek, a czasem i z dużych, ale z biedoty. Żadna nie była przesadnie wykształcona. Ot, przyszli do domu, zapukali, pokazali listę z podpisem kogoś bardzo ważnego i trzeba było iść. Zostawić ciepły domek, jakikolwiek był, zostawić siostrzyczki i braciszków, tatusia i mamusię, przestać roić o terminowaniu u krawcowej na rogu ulicy, o szybkim zamążpójściu, o tym, czy tato zdoła dać jakieś morgi w wianie, czy też trzeba będzie świecić gołym tyłkiem w kontrakcie małżeńskim. To był koniec takich marzeń, w których były najpiękniejszymi dziewczynami w sąsiedztwie, w których miały powodzenie w całej wsi i mogły wybierać. Trzeba było się pożegnać z koleżankami (jeśli doprowadzający sierżant pozwolił, ale oni z reguły się nie wyzwierzęcali, więc można było pożegnać się ze wszystkimi wokół, jeśli tylko nie znikało się takiej z zasięgu wzroku). Zapłakana matka pakowała pospiesznie jakiś tobołek (jeżeli zawierał jedzenie, to w porządku, mogło się przydać, jeżeli ciuchy, to i tak odsyłano je zaraz pocztą z powrotem). Ojciec dawał parę groszy, całował. Bach, bach… Potem się szło ulicą lub drogą, z płaczem często, ale i z ciekawością i