Страница 23 из 108
Słońce stało wysoko, wiatr ucichł zupełnie. W lesie zaczynało się robić gorąco. Na szczęście nie był to ten duszny upał, którego Achaja doświadczała na drogach Luan. Górskie powietrze zawsze zachowywało choć jakiś cień rześkości. Miała wrażenie, że czuje zapach róż rosnących pod jej oknem pałacu w Troy. Ale nie, to tylko kępki trawy, podściółka, jakieś zioła i skąpe krzewy. O mało nie wypadła na drogę, kiedy drzewa rozstąpiły się nagle.
– Stój – syknęła Shha. Sama upadła na ziemię i podpełzła do ostatnich przed szlakiem krzewów. – Chyba spokój.
– Chyba?!!! – La
– Nic, psiamać, nie widzę!
Wybiegły na drogę, rozglądając się wokół.
– Pusto.
– A gdzie faktoria?
– Tam. – La
– To rozkaz czy pytanie? – Chloe wyjęła swój miecz i ruszyła we wskazanym kierunku. Po chwili jednak przypadła do najbliższego drzewa. – Coś jedzie!
Achaja przyskoczyła do niej. Istotnie, słychać było turkot kół ciężkich wozów podskakujących na kamieniach.
– Widzicie te skały przy drodze? – szepnęła. – Tam na nich zaczekamy.
Podbiegły kilkadziesiąt kroków. Bei została w tyle, ale otrząsnęła się jakoś i mimo ciągle załzawionych oczu dogoniła je, kiedy kryły się w cieniu wielkich kamieni zwężających drogę w tym miejscu.
– Trzy. – Shha wychyliła się i zaraz schowała. – Bez eskorty.
– No, tośmy w czepku urodzone – mruknęła Mayfed.
– Będzie bez strachu, rozkaz wykonamy i jeszcze się zasłużymy.
Roześmiały się cicho. „Wielkie” zwycięstwo armii Arkach! Trzy, psiamać, wozy z zaopatrzeniem. Wyskoczyły z kryjówki, kiedy pierwszy wóz wjeżdżał między skały. Shha zabiła woźnicę, Mayfed strzeliła do tego na drugim wozie. Strzała utkwiła mu w piersi, odchyliła do tyłu, ale tak, że nie puścił lejców. Konie wrąbały się w pierwszy wóz, tworząc zator. Trzeci woźnica zeskoczył z kozła i, wrzeszcząc ze strachu, pobiegł w las. Nie goniły go, bo i po co.
– Aleśmy dały popalić armii Luan! – mruknęła Chloe.
– Teraz to chyba cesarz sam się ubije ze sromoty.
– Co na wozach? – warknęła La
– Owies dla koni. – Zarrakh, która wskoczyła na osłoniętą płótnem pakę, przebijała mieczem worki. – Podpalimy?
– Po co podpalać? – spytała Achaja. – Zróbmy zator przy skałach, to się nie przedostaną przez jakieś trzy modlitwy.
– No!
Zatoru jednak nie udało się zrobić. Konie nie chciały ciągnąć, mając zatarasowaną drogę, a po ich wypięciu, same dziewczyny nie były w stanie nasunąć na siebie ciężkich wozów. Przewróciły więc jeden i usiłowały podpalić, ale owies, choć suchy, płonąć nie chciał. Miały właśnie znosić gałęzie na podpałkę dla wozu, kiedy znowu rozległ się tętent.
– Chodu!
– Spokojnie – Achaja narzuciła na siebie płaszcz woźnicy, kryjąc swój mundur. Szybko zawiązała na głowie chustę, żeby nie było widać jej regulaminowej fryzury. – Najwyżej dziesięciu – oceniła na słuch.
– I dziesięciu wystarczy na drodze.
– Ukryjcie się pod płótnem na wozie. I kusze w pogotowiu. – Przeciągnęła palcem po swoim tatuażu na policzkach. – Przecież nikt z nich nie będzie podejrzewał, że żołnierz Arkach może mieć coś takiego na twarzy.
Posłuchały jej. W ostatniej chwili. Achaja natomiast, widząc obcych kawalerzystów, zaczęła krzyczeć:
– Panie! Panie dowódco, ratunku! Ratunkuuuuuu!!!
– Co? – Czternastoosobowy oddział zatrzymał się przy nieudolnie zrobionej barykadzie z wozów. Dowódca, ledwie dziesiętnik, nie wyglądał na mędrca. – Co tu? Gadaj, ladacznico!
– Napadły nas! Napadły! Panie, ratuj! Nie daj zginąć biednej kurwie!
Prostytutki musiały być częstym i zwykłym widokiem w armii Luan. Nikt nie okazał zdziwienia. Dowódca spytał tylko:
– A czemu ciebie nie zasiekły suki, co?
– Taka babska solidarność. Napluły jeno, ale już sobie twarz wytarłam.
– A gdzie one teraz? Co?
Achaja tylko na to czekała.
– Tam! – krzyknęła, wyciągając rękę. – Tam, za wami stoją!
Wszyscy odwrócili głowy. Wszyscy jak jeden mąż. La
– Nooo… – Chloe potrząsnęła głową. – Żesz wasze macie takie…
– No, co? – La
– Z Bei chyba wylatuje i z tyłu, i z przodu – roześmiała się Shha.
– Fajnie, co? – Zarrakh rozmasowała nadgarstek. – Już myślałam, że nas zobaczą.
– No. – Mayfed przeciągnęła się, szczękając jednak lekko zębami. – Teraz nasz sierżant to chyba chorążym zostanie. Albo i porucznikiem.
– Żesz ty… A kto tak drżał na wozie, aż się wszystko trzęsło? Myślałam, że spudłuję!
– Fakt – mruknęła Shha. – Kurde! – Nadstawiła ucha.
– No, ale teraz to chyba piechota!
Pozostałe bezskutecznie usiłowały dosłyszeć cokolwiek. Dopiero po dłuższej chwili dotarł do nich stłumiony odgłos wielu stóp. Shha musiała mieć niesamowity słuch.
– Chodu! – szepnęła La
Nikomu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Dziewczyny runęły do lasu, kryjąc się za drzewami. Nawet Bei podniosła się szybko. Pośliznęła na własnych rzygowinach i runęła w skąpą trawę. Potem na czworakach dotarła do najbliższego krzaka.
– Powi
– Zostawimy Bei? – La
– Może Achajka znowu zrobi ten numer? – spytała Shha.
– Kurde, płaszcz tam został – szepnęła Achaja. – A poza tym… to piechota. Kilkudziesięciu!
– No to w tył… Czekaj! – La
Wszystkie teraz mogły widzieć to, co ona zobaczyła pierwsza. Drogą prowadzono dziewczęta z ich dywizji, widać gdzieś dostały tęgie lanie. Może czterdzieści, półnagich lub całkiem nagich dziewczyn ze związanymi rękami pędzono przed siebie, nie żałując batów. Któraś upadła, „podniesiono” ją kopniakami. Potem przewróciła się i
– O, żesz… Ilu ich?
Shha nieostrożnie wystawiła głowę.
– Widzę jakichś ośmiu… dziesięciu… po tej stronie. Nie wiem, ilu idzie za naszymi.
– Schowaj łeb! – Wbrew własnemu rozkazowi La
– Jak wyskoczymy, rozsieką – szepnęła Zarrakh. – Nie będzie zaskoczenia!
– Zostawimy je?
– A co? Kurwa, co mamy zrobić?
– Pójdą w niewolę – mruknęła Achaja. – Zabijmy tyle naszych, ile zdążymy, i chodu.
Zaniemówiły. Dopiero teraz zdały sobie sprawę, że Achaja jedna wie, o czym mówi. Jakoś nikt nie kwapił się do otwarcia ust. Strażnicy na drodze usiłowali przesunąć przewrócony wóz. Ich przekleństwa docierały aż tutaj. W każdej chwili mogli odkryć Bei skuloną za najbliższym drogi krzakiem.
– Dobra. – Achaja zagryzła wargi. – Tych z przodu wezmę na siebie. Ale załatwcie tych z tyłu.
– Co chcesz zrobić?
– Iść na chama. – Zdjęła kurtkę i zerwała opaskę z piersi. Wzięła głęboki oddech, zarzuciła kurtkę na głowę, tak jakby nieporadnie usiłowała poradzić sobie z rękawem, i ruszyła do przodu.