Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 22 из 108

Napotkała kilka koni bez jeźdźców, pałętających się po lesie. Kilka trupów kawalerzystów, a potem dwie martwe dziewczyny, których nie znała, martwego oficerskiego wierzchowca Arkach i… ra

Kucnęła przy pani porucznik, patrząc w jej coraz bardziej błyszczące, niezbyt przytomne oczy. Dostała w brzuch, ale mieczem, nie lancą, nic nie utkwiło w środku, nic się nie wywaliło na wierzch. Rozpięła jej kurtkę; nie miała własnego plecaka, więc wyjęła opatrunek z juków martwego konia.

– Co… co się… stało? – Zi

– Jadłaś coś? – Achaja opatrywała ją niezbyt umiejętnie.

– Nic… nic nie jadłam… – Zi

– To masz szansę.

– Pi… Piłam wódkę.

– No, to masz wielką szansę. – Uśmiechnęła się lekko. – Jesteś mądrą dziewczynką.

Skończyła mocowanie opaski. Podniosła Zi

– Hej, patrz! Achajka też żyje! – To była La

– No. – Shha siedziała pod drzewem, nerwowo bawiąc się nożem. – Nawet porucznik przyniosła.

Obok siedziały jeszcze Mayfed, Zarrakh, Chloe, jakaś skulona dziewczyna z twarzą wtuloną we własne kolana i jeszcze dwóch żołnierzy z ich plutonu, ale z i

– Jak wam się udało? – Uśmiechnęła się do La

– To nie było „wymiatanie”, tylko luańska czołówka. Kto miał rozum, to wdrapał się na drzewo, zanim nadciągnęła piechota.

– Na ich oczach?

– A czemu nie – roześmiała się Shha. – Trupy niewiele widzą.

La

– To ty miałaś pecha, bo się kilku naraz skupiło przy tobie. Jak uciekałaś, my już wszystkie siedziałyśmy na drzewach. Ale ich jazda, wiesz, byle się przebić i popędzić dalej. Jak przyszła piechota, już wszystkie byłyśmy ukryte wysoko, wysoko. Ale… Widziałam cię z góry. Już myślałam, że po tobie.

– Też wlazłam na drzewo. Tylko dalej.

– A tych dwóch, co cię goniło?

– Pojęcia nie mam. Jednego raniłam nożem, drugi spadł z konia, jak mu złamałam nogę. Dalej nie wiem, bo zwiewałam.

– Mówiłam, że z niej żołnierz – mruknęła Shha.

– A co z resztą?

– Mea zginęła na samym początku.

– Wiem, widziałam.

– Tak samo Kaisha, Hommerth i Me

– A Bei?

– Jest tutaj. – Shha chwyciła za włosy dziewczynę, która siedziała obok, i uniosła jej głowę. Zobaczyły zapłakaną i pokrwawioną twarz Bei. – Żywa oślica. Choć trochę poryczana.

– Przestań – włączyła się Mayfed. – Wlazłam na drzewo i widziałam wszystko jak na dłoni. Ta głupia dupa została na dole, a jak przyszła piechota zarobiła w mordę, ale niczym ostrym. Rękojeścią, czy jak? A oni szybciej, szybciej. Przeszli. Tylko dwóch zostało, żeby dobić, cha, cha, „dobić”. Ocknęła się, jak już ją rozkraczyli, wokół pełno ścierwograbców, maruderzy z piechoty jeszcze się pałętają, myślę: już po niej. A ta zamiast tradycyjnie wierzgać i krzyczeć, zadarła kiecę i sama zaprasza. Oczy mi wyszły na wierzch. Jednemu odgryzła, co miał najce

– A maruderzy i hieny?

– Shha była szybsza niż resztki maruderów. Potem La

– No – potrząsnęła głową Chloe. – Jatka. Szkoda żeście tak z jazdą nie walczyły, koleżanki.

– Zamknij się, kurde! – warknęła La

– No! – przytaknęła Shha. – A Achajka to co? Szkolona w armii Troy, przyłożyła całemu plutonowi w namiocie zanim jej deską nie uciszyłam. A też spierniczała, aż się kurzyło. Bo inaczej śmierć, kurza twarz. I w dodatku niepotrzebna.

– To ty mi deską przywaliłaś? – spytała Achaja.

– Noooo… Eeeeeee… – Shha obejrzała się, czy ma zabezpieczoną drogę ucieczki.

– Kapralu! – Zi

– Tak jest, pani porucznik! – La

– Co… co z resztą?

– Melduję, że drużyna po naszej prawej wycofała się z plutonem „B”. Stan nieznany! Drużyna po naszej lewej dostała wciry. Znaczy… Melduję, że poniosła straty na pewno w liczbie trzech, dwie są, los pozostałych nieznany – uznane za zaginione w akcji! Drużyna sierżant Me… Mmmm… Stan mojej drużyny: siedem! Cztery zabite, w tym sierżant Mea! Melduję, że zgodnie z regulaminem objęłam dowództwo!

Zi

– D… dobrze… – wysapała wreszcie. – Spróbujcie odnaleźć… punkt koncentracji… Do faktorii… albo… spróbujcie szkodzić przeciwnikowi… – umilkła, dysząc ciężko. – Albo… zróbcie cokolwiek… – Czuła, że zaraz znowu straci przytomność. – Mianuję was sierżantem! – Oczy wywróciły jej się, ukazując białka.

– Tak jest! – krzyknęła La

– Nie – mruknęła Achaja. – Ma szansę z tego wyjść, ale trzeba by ją donieść gdzieś… no… do kogoś… ja wiem?…

– No – La

– Niby, kurde, gdzie?

– Do miejsca, gdzie jest medyk.

– Ale gdzie? – Obie wstały, wkurzone coraz bardziej.

– Macie go znaleźć! To rozkaz. – La

– O, żesz ty… La

– Bo nie będę rozbijać własnej drużyny! Dostałam rozkaz.

– Kurde, jaki?

– Sama nie wiem – wyrwało się świeżo upieczonej sierżant. – No, brać ją i marsz! – ryknęła nagle, przypominając sobie metody Mei. – Reszta zbierać się, dupy, ja wam pokażę!

Shha patrzyła zszokowana. Zarrakh, Mayfed i Chloe podniosły się co prawda, ale zerkały na siebie i pukały się w czoła. Bei płakała jak przedtem, skulona pod drzewem. Achaja stała z tyłu, więc nie musiała niczego robić. La

– Kurde, co robimy?

– Toż masz rozkazy – warknęła Shha.

– No, szlag, jakie?

– No… Do faktorii, albo szkodzić, albo… mamy robić cokolwiek.

Achaja podeszła do trupa kawalerzysty leżącego pod drzewem. Podniosła jego długi miecz i zawinęła nim lekko. Obszukała ciało, ale nie miał przy sobie sztyletu. Trudno, musiał jej wystarczyć szeroki, wojskowy nóż.

– No to… – powiedziała, wracając do żołnierzy – chodźmy na Kupiecki Szlak.

– Po co?

– No, albo dojdziemy do faktorii, albo im zaszkodzimy, przecież tam całe ich wojsko musi się poruszać, albo no… zrobimy cokolwiek.

– Chcesz walczyć z całym ich wojskiem? – spytała La

– Toż wojsko po lasach się ugania. Tam tabory, służby. Zobaczymy.

La

– No to… dobra. Tylko, szlag, nie hałasować.

Shha podniosła Bei. Nawet otarła jej twarz jakąś szmatką. Mayfed ruszyła pierwsza. Zarrakh z kpiącym uśmiechem wskazała drogę La