Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 108

Sierżant, klnąc i pomstując, obeszła wkoło nagą dziewczynę.

– Kurwa i niewolnica. Co za dno! I to w moim oddziale, psiamać, pewnie i nas zdradzisz, suko. Znam ja takie! Poddasz się za pierwszej bitwy, małpo, niewola ci luba, co? Zamiast się bić, karku ugniesz? Niedoczekanie, szmato jedna!

– Oficerowie nas załatwili – mruknęła.

– Coooo? Jak jeszcze raz powiesz coś o oficerze… co? – Do Mei dotarły nagle jej słowa. – Co powiedziałaś?

– Bitwa była na pustyni. – Achaja ledwie mogła wydobyć z siebie głos, tyle rzeczy przecież zdarzyło się naraz. – Oddziały czołowe dostały wciry. My mieliśmy iść z pomocą, ale oficerowie pojechali do tamtych, dogadali się na wykup, a nas popędzono. Paru chłopaków na eunuchów, resztę do kopalń, czy gdzie tam. Jeśli dziś żyje jeszcze choć jedna osoba z mojego oddziału, to znaczy, że bogowie cud sprawili.

– A – Mea milczała przez chwilę, zaskoczona, ale nie mogła przecież nie opieprzać ludzi. – Więc w wojsku już byłaś? Dryl znasz, co?

– Tak.

– „Tak jest!!!” masz odtąd mówić, suko! I masz się przy tym prężyć, a wyciągać, jakbyś chmury na niebie łyknąć chciała! Trafia do twojego zakutego łba?

– Tak… tak jest!

– Do dupy… a… w jakim wojsku byłaś? – Nawet sierżant nie mogła powstrzymać ciekawości.

– Armia Troy. Piechota. Szeregowy Achaja, druga dziesiątka, skrajnej lewej setki, korpusu…

– Już, już – zgasiła jej meldunek Mea. – Z tak daleka. Hm. U nas i

Achaja, mimo że naga, stojąca przed ubraną dziewczyną, podniosła głowę i popatrzyła jej prosto w oczy.

– Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dzisiaj, to bym nie tylko sama się zabiła, ale wysiekłabym cały swój oddział! Ale wtedy nie wiedziałam, co to niewola, nie wiedziałam, co to nabić się na własny miecz. Mój dziesiętnik się zabił, miał trutkę, szczęściarz. Mądry człowiek, wiedział, przygotował się zawczasu. I powiedział mi przed śmiercią: „Myśl, dziewczyno!”. Ale właściwie nie sprawdziła się rada. Bo… kiedy mówiłam, że jednych brali do kopalni, i

– Ja nie wiem nic o śmierci?! Ja w ostatniej bitwie…

Achaja mówiła cicho, a jednak zdołała przerwać sierżantowi:

– W bitwie masz takie szanse jakby monetą rzucać. Raz życie, a raz śmierć. Z ludźmi, z którymi ja miałam do czynienia, masz takie same szanse jak biedna Goel ze mną. – Strzeliła palcami, jakby zmiatała niewidzialne pyłki z opuszków. – O, takie.

Mea wzruszyła ramionami.

– Gadanie. – Spojrzała na swoich żołnierzy. – No, co jest, suki?! Macie coś? Do dnia okupacji Syrinx będziemy tu siedzieć?

Przeszła się wśród dziewczyn i zaczęła rzucać części munduru. Achaja włożyła porządne buty z grubej skóry, sięgające nad kostkę i świetnie ją usztywniające, sznurowane z przodu – widziała coś takiego po raz pierwszy w życiu. Najpierw wkładało się grube, czarne skarpety, które potem trzeba było zrolować na niskie cholewki. Mea musiała jej pokazać, jak to się robi.

Przez cały czas dogadywała:

– Nie bój się, że nie pasuje. W wojsku są tylko dwa rozmiary mundurów: „za duży” i „za mały”. I

Z pewnym trudem wciągnęła obcisłą, skórzaną spódniczkę, tak krótką, że zastanawiała się, jak w czymś takim można kucnąć czy usiąść. Ktoś pomógł jej zawiązać opaskę na piersiach, a właściwie krótki, wygodny gorset. Potem założyła skórzaną, sięgającą do pasa kurtkę. Pas, miecz długości raptem łokcia, wojskowy nóż. Plecaka nie dostała i całe szczęście. Uniknęła dźwigania rzeczy zmarłej wraz z tym, co miała tam prywatnego. Cały mundur, w przeciwieństwie do tego, który nosiła w Troy, był przystosowany do dziewczęcego ciała. Nic jej nie obcierało, nic nie ciążyło tam, gdzie nie trzeba.

– Co będzie z osłem? – spytała.

– Już nadciągają tabory – mruknęła sierżant. – Powie się kanceliście.

– A mogę chociaż napisać list?

– To ty pisać umiesz? A, szlag z tym. Nie lepiej zaczekać i samej powiedzieć, co masz do powiedzenia? Za dziesięć lat zwrócimy cię do wsi, jak nową – zażartowała. – No, dobra. – Machnęła ręką. – Takie twoje prawo. Shha! – Popchnęła dziewczynę usiłującą zawiązać swój plecak. – Biegiem do kancelisty, niech zajmie się osłem, niech weźmie papier, pióro i ten, no… psiamać, inkaust! Biegiem!

– Tak jest!

Achaja musiała się zająć koniem Goel, obciążonym teraz zaopatrzeniem pułku. Kiedy przybiegła wreszcie nieśmiała, jakby zahukana dziewczyna z kancelarii, pośpiesznie skreśliła kilka słów:

#Gospodarzu, armia mnie wzięła. Nie odwołujcie się. Racja, niestety, po ich stronie. Czuję, że już nie wrócę. Prośbę mam. Dajcie całą moją sakiewkę chłopakowi. Niech będzie gospodarzem! Bardzo tego chcę!

Starała się używać jak najprostszych słów, żeby ją zrozumieli.

Niech bierze jakąś śliczną dziewczynę i się żeni. Proszę. I powiedzcie mu, że…

Zaczęła pracowicie skreślać i zamazywać ostatnie, niedokończone zdanie. Potem podjęła znowu:

Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Za dziesięć dni chyba mam iść na bitwę. Zobaczymy jak będzie. Achaja.

Zwinęła papier i podała go małej kancelistce.

– Wiesz, do której chałupy zanieść i osła odprowadzić?

– Tak.

– No, to na koniec… Jest jeden mały problem. – Złapała uzdę konia i ruszyła za oddalającym się powoli oddziałem. – Osioł sam przez most nie przejdzie.

– O, bogowie! – Dzieweczka o mało się nie rozpłakała. – To co mam zrobić?

– Nie wiem.

ROZDZIAŁ 3

Meredith szedł wśród piasków pustyni, podpierając się kijem. Tu, właśnie tu, na skraju „morza śmierci”, na granicy Luan i Troy znajdowała się szkoła czarowników. Widział już wysoką skałę przypominającą zakapturzonego kapłana. Docierał do niego jazgot malutkiej wioski, która przycupnęła przy wąziutkim strumyku, okolonym na poły wyschniętą rośli

Meredith podążał cesarską drogą będącą odnogą sły

Meredith opuścił dłonie. Potrząsnął głową i ruszył dalej. W tej okolicy widok postaci okutanych w długie płaszcze nie robił na nikim wrażenia, toteż nie zwracając niczyjej uwagi, dobrnął do kamie