Страница 10 из 108
– Ty małpo! Ty wiejska dziwko! Jak ci dałam rozkaz, to…
Ufff! Achaja dotarła na stały ląd. Nagle coś uderzyło ją w twarz z wielką siłą. Po chwili dostała po nogach. To pas, szeroki, nabijany metalowymi ćwiekami, wojskowy pas. Postawiła osła na ziemi i zarobiła w tyłek, z całej siły, potem od dołu znowu w twarz. Klamra walnęła w nos, krew puściła się momentalnie. Achaja, wściekła do granic możliwości, wysunęła się spod zwierzęcia i wyprostowała z bólem przeciążonego karku. Dziewczyna w mundurze zamachnęła się właśnie do kolejnego ciosu. Achaja błyskawicznie zacisnęła pięść i uderzyła ją w głowę. Z całej siły… niestety. Żołnierz poleciała w tył, uderzyła plecami o ziemię i znieruchomiała, a właściwie zwiotczała. Dwie wojowniczki wyszarpnęły swoje miecze, mierząc w napastniczkę, trzy i
– Bogowie! Kurde! Odezwij się, odezwij!
Ktoś trzasnął dłonią w twarz leżącej. Głowa przechyliła się. Z ust wypłynęła strużka krwi, bardzo ciemnej, prawie czarnej.
– O, mamo! – wyrwało się którejś.
– Oddycha?
Spomiędzy drzew napływali wciąż nowi żołnierze. Coraz więcej mieczy mierzyło w pierś Achai.
– Zabiła ją! Zabiła!
– Stać! – Koń oficera zarył kopytami tuż przy dziewczynach. – Co jest, psiamać?
– Zabiła ją, pani porucznik! Ta dupa zabiła…
– Milczeć. Sierżancie, meldujcie!
– Tak jest! Sierżant Mea melduje, że ta dziewka zabiła żołnierz Goel.
– Co? – Pani porucznik zeskoczyła z konia. Podeszła do ciała obok. Przymknęła oczy, krzywiąc się jednocześnie. Po chwili wróciła i popatrzyła na Achaję, która kawałkiem rękawa własnej koszuli usiłowała zatamować krew lecącą z nosa.
– No dobra, jak było?
– Ta wiejska dziewucha szła przez kładkę, niosąc osła…
– Ciągnąc! Ciągnąc osła! – Porucznik machnęła ręką. – Uspokój się wreszcie!
– Melduję, że osioł był przez nią niesiony na grzbiecie!
Achaja złowiła zdziwione spojrzenie. A, szlag! Dlaczego wszystko kończy się tak głupio? Dlaczego znowu się pieprzy?! Przymknęła oczy. Ciekawe, wbiją na pal? A może tylko powieszą?
– Przecież osioł ma ładunek.
– Niosła z ładunkiem, zaraza. Goel wtedy krzyknęła, żeby tamta się cofnęła, ale ona…
– Jak to: „cofnęła”? Na chybotliwej kładce? Z takim ciężarem?
Sierżant Mea opuściła głowę. Milczała dłuższą chwilę.
– Nooo… Goel była zmęczona. Szłyśmy całą noc i cały dzień, ciągnąc juczne konie. Po tych stratach w ostatniej bitwie… wszystkie są wkurzone.
– No i co dalej? – przerwała jej porucznik.
– No i… tamta nie usłuchała. Goel odpięła pas i przylała jej ze dwa razy… może trzy albo i więcej – Głos Mei zmienił się nagle: – Odbiło jej, czy coś. No, ale żeby zaraz zabić za parę głupich pasów?
– Skąd tamta ma krew na twarzy?
– Nie wiem. Pewnie dostała klamrą, albo co. Ona… – Mea zawahała się -…stawiała właśnie osła na ziemi, a Goel ją biła, no i właśnie wtedy pociekła krew. No i ta odwinęła się i uderzyła ją pięścią w głowę.
– No?
Sierżant Mea nie zrozumiała pytania.
– No, a kiedy ją zabiła?
– No wtedy właśnie.
– Pięścią? Raz w głowę i już? Szlag, na korzeń jakiś upadła, czy na kamień?
– Nie. Raz i już.
Porucznik podeszła do Achai.
– Jak się nazywasz?
– Achaja.
– Skąd masz to na twarzy? Jesteś luańską kurwą?
– No, jestem! – Dziewczyna nie mogła już wytrzymać. Niech ją już powieszą! Niech ją wbijają na pal, czy co tam… – No, jestem! I już!!! – Krew znowu pociekła po brodzie.
– Czemu krzyczysz?
Co za głupie pytanie.
– Ty byś nie krzyczała przed śmiercią? – Achaja powiedziała to dość spokojnie. Jednak podziałało. – Przypomnij sobie o tym, jak w najbliższej bitwie ktoś ci wsadzi miecz w tyłek.
Oczy porucznik zwęziły się lekko. Przekrzywiła głowę na bok.
– Tak nisko nas cenicie? Co tu robisz?
Achaja nie zrozumiała pierwszego pytania. Odpowiedziała więc na drugie:
– Mieszkam w wiosce za tymi wzgórzami. Mieszkałam.
– Tu? Dlaczego?
Achaja tylko westchnęła.
– Bo byłam też niewolnicą! Kurwą i niewolnicą w Luan! I wyobraź sobie, coś mi się ubrdało, że może jednak dosięgnę swojego choćby tak małego kawałka szczęścia. – Pokazała jak małego, zbliżając palec do palca. – I uciekłam aż tutaj!
– No, to się poplątało, co?
Zdała sobie nagle sprawę, że w głosie pani porucznik nie ma nienawiści ani wściekłości, ani nawet niechęci. Było za to coś dziwnego, co sprawiło, że opuściła głowę i odpowiedziała cicho:
– No.
Z góry napływali coraz to nowi żołnierze, przy moście zaczął robić się zator. Skądś spomiędzy drzew przygalopowała grupa oficerów.
– Co jest, do kurwy nędzy! – ryknęła najwyższa szarżą, nie zsiadając z konia. – Kto, psiamać, pozwolił wstrzymać pochód?
– Porucznik Zi
– Kur… Szlag! – Kobieta o kasztanowych włosach tylko machnęła ręką. – Co? Przez własny kraj, bez wroga, nie potraficie przejść bez strat?
– Ta dziewucha ją zabiła, pani major.
– No to pod sąd, a oddział w drogę! Wszystkie zaraz potracicie swoje stopnie!
– Ale… – porucznik Zi
– Co?
Porucznik Zi
Pani major uniosła się w strzemionach.
– Druga i trzecia kompania… sformować szyk i marsz! Ty! – Wskazała kogoś, również na koniu. – Twoja kompania na bok, w las! Jesteś odpowiedzialna za rozładowanie tego burdelu! Jak to zobaczy pułkownik… Wszyscy oficerowie o stopień w dół! A żołnierzom, to się lepiej było nie rodzić!!!
Powoli jaki taki ład zaczął wkraczać w pomieszane szeregi. Zator nie topniał co prawda jeszcze, ale dzielił się wyraźnie na poszczególne grupy. Kilkanaście osób wywrzaskiwało komendy, które, choć z pewnym oporem, wywoływały jednak skutek.
Pani major podjechała do Achai.
– Wypadek? Tak? – Splunęła na ziemię. – Kurwa! Po takich stratach w ostatniej bitwie, po takim wysiłku, tracę kolejnego żołnierza. Rekrutów dostanę co kot napłakał, a za dziesięć dni mamy być z powrotem na froncie. Wypadek, psia wasza mać! – Koń szarpnął się, ale opanowała go jednym ruchem. – Nie będzie żadnego sądu, wcielić ją do oddziału na miejsce Goel.
– Tak jest! – Porucznik Zi
– Twój pluton spada do ariergardy pułku, połączycie się z kompanią na najbliższym postoju! Niech taborowi zajmą się ciałem. Wykonać!
– Tak jest!
Pani major spięła konia i ruszyła po kładce, mamrocząc do podążającej za nią świty: „Żebyśmy tylko nie napotkali na drodze jakichś myszy czy królików, bo stracimy cały batalion… W wypadku!”
Zi
– Sierżancie?
– Tak jest!
– Słyszeliście? Wykonać! – Odeszła, wściekła jak osa, odszukać pozostałe plutony kompanii.
Sierżant Mea też miała ostry głos:
– La
Podeszła do Achai, a jej oczy miotały gromy.
– Rozbieraj się! No, już! Nie czas na wstyd, wokół same baby!
Achai nie mieściło się w głowie. To co? Nie zabiją jej? Bogowie… Jakby zwykły chłop zabił żołnierza w Troy, nie miałby czasu się pomodlić. A w Luan? Wolała sobie nie wyobrażać.
– No, jazda! – Mea przemocą zerwała jej z ramion koszulę, kieckę i ze złością odrzuciła w krzaki. Butów Achaja nie miała, przecież była wiosna, wszyscy we wsi chodzili boso.