Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 107 из 108

– Ja, Zarrakh i ta nowa, panie.

Biafra skinął dłonią, żeby podeszły.

– No, dobra – mruknął. – Klęknijcie przede mną. – Patrzył jak szybko spełniają rozkaz. – Ty, nowa, jak ty się właściwie nazywasz?

– Jakee, panie! – wrzasnęła dziewczyna w mundurze drugiej górskiej dywizji. Shha zagryzła wargi. Już ona zapamięta nieregulaminowy meldunek nowej. Najpierw podajesz swój stopień, suko, warknęła w myślach, i nie mów per „panie” do generała, bo nie jesteś porucznikiem, który na takie rzeczy może sobie pozwolić! W umyśle sierżant pojawiły się nagle całe góry naczyń do szorowania, które biedna Jakee będzie doprowadzać do połysku.

Biafra nie zwrócił jednak na to uwagi. Stanął w rozkroku i skrzywił się lekko.

– Dzięki waszej major i tej młodej czarownicy, dzięki wam, żołnierze, Królestwo Arkach będzie jeszcze istnieć jakiś czas. – Zamyślił się na chwilę, a potem podjął znowu: – Nie klęczycie przede mną. Klęczycie przed majestatem Arkach! Na mocy nadanej mi władzy stwierdzam, że odtąd wszystkie, La

Biafra odwrócił się i podszedł do Harmeen, by wydać jej szczegółowe instrukcje. Dziewczyny podniosły się oszołomione.

– Ale numer – jęknęła La

– Nie wiem – wzruszyła ramionami Shha. – W życiu nie widziałam szlachcianki w oddziałach liniowych. – Po chwili jednak znalazła rozwiązanie: – Jaśnie pani krowo! – ryknęła na Mayfed. – Przestań się wreszcie mazać i wracaj do szeregu.

Pluton zaczął się śmiać.

– A ty, Jakee, zanim się nauczysz porządnie meldować, wyszorujesz wszystkie naczynia oddziału do połysku! I to będzie pierwsza w historii jaśnie panienka szorująca gary! W kronikach cię opiszą, cielę głupie!

Shha, klnąc, podeszła do Achai.

– Ojej, siostro – szepnęła. – Nawet nie mogę o tym powiadomić ojca.

– Dlaczego?

– Bo się schleje ze szczęścia, że ma córkę szlachciankę. – Machnęła ręką. – A u nas karczma jest za rzeką. Będzie wracał pijany po nocy, to się utopi!

Ar

– Może dobrze, że dziewczyny nie wiedzą…

– Czego? – spytała Achaja.

– Że w tym całym ratowaniu królestwa chodziło o zwykłe, brudne morderstwo.

– To akurat wiemy, proszę pani – mruknęła Shha. – Takie całkiem głupie nie jesteśmy.

Achaja roześmiała się, klepnęła siostrę w tyłek, z trudem powstrzymując odruch wymiotny. Nie mogła zapomnieć oczu starej czarownicy. Podeszła do Biafry.

– Obiecałeś zwolnić Lo

Popatrzył na nią tym swoim zabójczym spojrzeniem.

– Mogę zwolnić. Ale to porucznik zwiadu, nie rób jej tego świństwa, co?

Chciała uderzyć go z całej siły. Odskoczył, potknął się, Harmeen chwyciła go, żeby nie upadł.

– Podstawiłeś tę niby służącą? Lo

Kiwnął głową niezdecydowanie, niepewny, czy Harmeen zdoła powstrzymać Achaję, jeśli ta dostanie szału.

– Zi

– Tak… To znaczy opowieść wymyśliłem – szepnął. – Ale nie wiem co z Zi

– Wymyśliłeś tego żołnierza ze zmasakrowaną twarzą, który siedzi w bujanym fotelu?

Biafra schował się za plecami Harmeen, która stała oszołomiona, nie wiedząc, co robić. Po raz pierwszy w życiu jakiś mężczyzna schował się za jej babskim tyłkiem.

– Słuchaj… No, dobra. Wymyśliłem. Ale ktoś taki przecież może istnieć. Wiesz ilu ra

– Harmeen, kucnij! – warknęła Achaja. – La

Biafra jęknął cicho. Miał jednak wielkie szczęście.

Ar

– Słuchaj, ta stara czarownica zdążyła wysłać posłańca z listem. Czuję to.

– Szlag! Gdzie pojechał?

Ar

– Przynieście mi jakiegoś kota. No, szybko!

Porucznik zbaraniała.

– Co, kurwa, przynieść?

– Kota! – Ar

La

Ar

– Słuchaj, mały braciszku – szepnęła. Ci z żołnierzy, którzy stali najbliżej i słyszeli jej słowa, zbaranieli. – Odjechał stąd człowiek na koniu. Muszę wiedzieć, w którą stronę. Muszę poznać jego zapach.

Biafra otworzył usta, ale nic nie powiedział. Harmeen skrzywiła się, jakby rozgryzła ziarnko pieprzu. La

– Mały bracie. Muszę poznać jego zapach.

Obie, Ar

Kocur wysmyknął się z objęć Ar

– Złapiesz go? – mruknęła czarownica. – Czy ci pomóc?

– Dam sobie radę. – Achaja podniosła się lekko. – Konia! – krzyknęła.

– Dobrze się czujesz? – szepnęła La

– Siostro – z drugiej strony podeszła Shha – mam taką radę. Napij się wódki do oporu i idź spać.

– Konia, siostrzyczko. Potrzebuję konia.

– Teraz? Po nocy? Chcesz go zjeść, czy co?

– Ruszę po ciemku.

Na szczęście Jakee przyprowadziła czyjegoś wierzchowca. Była naprawdę szybka i potrafiła wykonać każdy rozkaz, nie analizując jego znaczenia. Była dobrym żołnierzem. Dziewczyny wokół zrozumiały nagle, że ich major naprawdę zamierza jechać po ciemku. I to najwyraźniej sama. Rzuciły się do swoich koni, ale Ar

Achaja z trudem podciągnęła się na siodło, siadając po babsku z obydwiema nogami po jednej stronie i tylko jedną w strzemieniu. Shha chciała dać jej miecz, ale broń nie była potrzebna, tylko krępowałaby ruchy. Achaja ruszyła szybko, koń jednak zwolnił, kiedy opuścili krąg światła rzucany przez pochodnie. Zmusiła go do szybszego biegu, potknął się kilka razy, chwyciła mocniej wodze. Dla niej wokół panowała szara jasność, on nie mógł widzieć niczego. Usiłowała chronić go przed co większymi wykrotami, potem dostrzegła ścieżkę. Pociągnęła nosem. Czuła zapach posłańca. Szedł pieszo, ciągnąc swojego konia za uzdę. Nie miał pochodni, spryciarz, znał teren, mógł wszędzie trafić po omacku. Niewiele mu to pomoże. Czuła go tak wyraźnie, jakby stał o kilka kroków. Przyspieszyła jeszcze, choć koń zaczął chrapać, bardziej ze strachu niż zmęczenia.

– No jeszcze, jeszcze, malutki – szeptała uspokajająco. – Nie złamiesz nogi. Nic ci nie będzie, koniku. Jeszcze trochę.