Страница 105 из 108
Achaja zdjęła okulary. Królowa popatrzyła w jej idealnie czarne oczy i wyraźnie zwątpiła. Machnęła ręką.
– Włóż je z powrotem – rozkazała. Podeszła do jednego z wybitych okien. – Biafra – powiedziała dużo spokojniej. Już nie sepleniła. – Zamierzam się ciebie pozbyć. Achaja?
– Tak, moja pani?
– Jaki jest najmniejszy kraj na świecie?
– Chyba… chyba Kone, moja pani. – Dziewczyna nie była pewna. Pamiętała jednak coś o zagubionym wśród śniegów na końcu świata księstwie, które na dworze jej ojca było przedmiotem dowcipów, bowiem jego teren można było przemierzyć powolnym krokiem w przeciągu kilkunastu modlitw.
– Pojedziesz do Kone, moje dziecko, jako poseł. I zostaniesz tam do końca życia.
– Tak, moja pani. – Achaja zgięła się w ukłonie.
– Biafra. – Królowa zagryzła wargi. – Sam się zabijesz, czy mam wezwać kata?
– Sam, sam – mruknął, również gnąc się wpół. – I cieszę się, pani, że nie spytałaś o powód naszej akcji. Jak zwykle, lepiej takie sprawy pozostawić wywiadowi.
– Biafra! – Królowa podskoczyła do niego, jakby chciała poorać mu twarz paznokciami. – Ty mnie nie usiłuj… – Kichnęła głośno. Mróz, z powodu wybitych okien, był już taki, jak na zewnątrz pałacu. – Dlaczego?
– Oni zabili Pierwszą Czarownicę Królestwa, pani.
Schylona w ukłonie Achaja potrząsnęła głową. Ale świnia! Ratował siebie od śmierci i ją od spędzenia reszty życia gdzieś na końcu świata. A jednocześnie dalej realizował swój plan. Teraz jednak musieli zabić czarownicę zanim odnajdą ją królewskie sługi. Czy to się da zrobić?
– Coooo? – Królowa podeszła do niego. – To dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Skąd wiesz?
– Od pewnego człowieka, który upił jednego z ich sług. Po co mówić? I tak ich nie oskarżymy o nic. Cóż znaczy bełkotliwa opowieść sługi upitego przez mojego człowieka? To nie dowód. To kalumnia rzucona w twarz cesarzowi Luan.
Achaja wzięła oddech, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Pochyliła głowę jeszcze niżej. Jak on zamierza to załatwić?
Królowa klasnęła w dłonie. Podręczna natychmiast pojawiła się w drzwiach.
– Wyślij ludzi do wieży czarownicy – rzuciła. – Chcę…
– Pani! – Podręczna upadła na twarz. – Pani! Czarownica nie żyje! Nie śmiałam przerywać, pani, ale…
Achaja jak koń zastrzygła uszami.
– Bogowie! – Królowa ukryła twarz w rękach. – Zwołaj radę. Szybko!
Podeszła do Biafry. Chwila załamania minęła szybko. Była królową Arkach, a nie zasmarkaną dziewczynką, która dowiedziała się o śmierci rodziców.
– Jak wytłumaczysz obecność prowokatora? – warknęła. – Kiedy dowiedziałeś się o śmierci czarownicy?
– Na każdym balu mam jakiegoś prowokatora – kłamał idealnie. – Dowiedziałem się już w trakcie trwania balu.
– Tak? A jak w takim razie wytłumaczysz te kilkanaście warstw wapna na twarzy tej zabójczej księżniczki? Dlaczego ona ma rude włosy? Przedtem były czarne.
– Niech ona sama odpowie – mruknął Biafra.
O, żeby cię szlag trafił, panie perfidny!, klęła w duchu Achaja. Mogła powiedzieć prawdę i zabić Biafrę. A siebie posłać na wieczne zesłanie. Mogła też kłamać i brać udział w jego intrydze. Szlag!
– Słucham, dziecko?
Achaja podniosła głowę. Prawda? Czy fałsz? Prawda, śmierć Biafry, nie wiadomo, co dalej z Arkach? Czy fałsz, włożenie wszystkich palców w tryby jego intrygi, danie dupy, jeśli chodzi o honor.
– No? Księżniczko?
– Moja pani. Ja się tak strasznie wstydziłam tego tatuażu… – Poczuła, jak palą ją policzki. Na szczęście rumieńców nie było widać pod warstwami pudru. – A rude włosy… Bo ja tak bardzo nie chciałam, żeby mnie rozpoznali… bo… bo wtedy wszyscy by się mnie bali, że niby przyszłam, żeby kogoś zabić. I… I wtedy stałabym sama pod ścianą przez cały czas. A ja tak chciałam zatańczyć, choć raz.
Gdyby Bogowie czuwali nad ludźmi, pod jej nogami powi
– Przepraszam cię, dziecko. – Królowa położyła rękę na jej głowie.
Ujęła dłoń władczyni i pocałowała. Kurczę! Pocałunek mordercy. Obłudny pocałunek kłamcy. Szlag! Szlag! Szlag!
– Muszę wracać do gości. – Królowa przygryzła wargi. – Chcę was jednak zapewnić, że osobiście przeprowadzę śledztwo w tej sprawie.
Oboje upadli na kolana, chyląc głowy jeszcze niżej. Podnieśli się, kiedy wyszła. Podręczna, zanim znikła podążając za swoją panią, pokazała im dłoń z rozcapierzonymi palcami.
– Pięć palców? – Biafra mrugnął do Achai. – Mamy tylko pięć modlitw na zabicie czarownicy.
– Ty gnoju! – syknęła Achaja. – Podręczna to też twój człowiek? I nakłamała o śmierci czarownicy?
– Szybciej, szybciej – warknął, śmiejąc się do niej. – Mamy bardzo mało czasu, wspólniczko w gnojstwie.
Pociągnął ją na korytarz, potem na schody. Nie mogła zbiegać, skacząc ze stopni. Ta wrednie wąska suknia sprawiła, że mogła robić jedynie bardzo małe kroczki. On wrócił jednak i podał jej rękę. Potem zaklął, chwycił ją w pasie i przerzucił sobie przez ramię.
– Coś ty ze mnie zrobił? Świnia.
– Sama z siebie zrobiłaś – stęknął, tracąc oddech. Nie był silny. Zadyszał się nawet na krótkiej drodze prowadzącej na podwórzec. – Miałaś wybór.
– Ty palancie jeden.
Umilkła, kiedy wyniósł ją na mroźne powietrze. Wokół czekał w gotowości pluton Achai i dwadzieścia dziewczyn z Drugiej Górskiej Dywizji. Biafra postawił ją na ziemi, ktoś okrył ją ciepłym płaszczem.
– Dobra. Teraz szybko do wieży, bo…
– Czekaj – Achaja osadziła go jednym słowem. – Harmeen, La
– Tak jest!
Dziewczyny ustawiły się błyskawicznie.
– Harmeen, do mnie. La
Pluton zwiadu wymierzył z kusz do oszołomionych żołnierzy z górskiej dywizji. Cofnęły się, ale trudno je było przestraszyć. To była naprawdę elitarna jednostka.
Achaja podeszła do nich.
– A teraz… – warknęła – która przyłożyła mi kuszę do tyłka? Co?
Spojrzały po sobie niepewne. Nie było czego ukrywać. Księżniczka przecież i tak się dowie.
– T… to ja. – Z szeregu wystąpiła żołnierz z dość jasnymi włosami i wyraźnie zadartym nosem. – Ja… chciałam… tego, no…
Achaja pokiwała głową.
– Shha!
– Tak jest!
– Weźmiesz ją, mianujesz kapralem i włączysz do naszego plutonu – spojrzała prosto w rozszerzone zdziwieniem oczy żołnierza. – Szybka jesteś, małpeczko. I umiesz wykonywać rozkazy. – Patrzyła, jak brwi tamtej wędrują do góry. – Potrzebuję takich.
– Tak jest! Proszę pani – wrzasnęła oszołomiona żołnierz. A później zupełnie nieregulaminowo odwróciła się do swoich koleżanek i pokazała im język.
Stojąca z boku Ar
Achaja podeszła do sierżant górskiej dywizji. Zdjęła z uszu swoje ciężkie od szlachetnych kamieni zausznice i podała tamtej.
– To była wzorowa akcja, sierżancie.
– Tak jest, proszę pani! Dziękuję, proszę pani!
– Kup swoim żołnierzom coś do picia. Niech się nie poprzeziębiają.
– Tak jest, proszę pani!
Biafra przestępował z nogi na nogę.
– Może byśmy już poszli? – mruknął.
Achaja skinęła głową i ruszyła za nim. Słyszała, jak Shha z tyłu ryczy coraz głośniej:
– Bei, Sharkhe! Najmłodsze dupy jesteście. Macie nauczyć nową co i jak, bo inaczej wstyd nam zrobi! Co kapral, co kapral??? – odkrzykiwała na czyjąś cichą uwagę. – Mi się tu majorówna nie będzie w moje sprawy mieszać. Zanim ją mianuję kapralem, swoją, kurwa, szkołę musi przejść! Dobrze, że chociaż z górskiej dywizji cielę do nas przyszło. To się przynajmniej nie zesra na sam widok wroga.
Ar