Страница 55 из 71
– „Ołowiany żołnierzyk” – uśmiechnęła się, ocierając ukradkiem twarz. – Mamo… A później takie gówno…
– Nie bój się – szepnął. – Tę opowieść o żołnierzyku znało ze sześćdziesięciu galerników na okręcie Symm.
Ale nikt z nich nic nie powie, bo leżą od dawna na dnie morza.
Tym razem ona pochyliła się w siodle i pocałowała go w policzek.
Dziewczyny z oddziału zaczęły wyć. Teraz Arkach na Troy. I pierwsza bitwa od razu wygrana przez panią major. Sirius odwrócił się w kulbace.
– Siksy… Wasz oficer wydał wam chyba rozkaz. Odwróciły posłusznie głowy. Na krótką chwilę. Niestety, Sharkhe, na spienionym wierzchowcu zaryła tuż obok sztabu.
– Mamy skręcać w prawo! – krzyknęła. – Wojsko Troy nawiązało łączność z przeciwnikiem. Nasza piechota robi głębokie obejście w lewo, żeby wyjść na ich tyły. Dahmeryjczycy z tyłu robią stop i przechodzą do odwodu.
– Ilu ich jest? – spytał Biafra wściekły nagle, aczkolwiek tym razem nie przejmowała go liczebność nieprzyjaciela, ale głupawy romans księżniczki z Siriusem. On miał wobec dziewczyny i
– Niewielu, panie generale.
– To skąd te dziwne manewry?
– Ja tam nie wiem. Może jeszcze podpłyną barkami.
– Dobra. La
– Tak jest!
Ruszyli w prawo wąską uliczką prowadzącą do jednego z rzecznych portów. Shha, wykorzystując fakt, że żadna poważna rozmowa nie mogła się toczyć w tych warunkach i to, że była teraz panią chorąży, podjechała do Siriusa.
– Książę! – krzyknęła. – Proszę o pozwolenie zwrócenia się do Waszej Książęcej Mości!
– Znaczy… do mnie? – Sirius uśmiechnął się nagle.
– Tak jest!
– To zwracaj się, śliczna pani chorąży.
– Czy… – Shha zagryzła wargi. – Czy pamięta pan swoją wizytę w garnizonie w May Lee? Powiedział pan coś do porucznika, pierwszego w szeregu, a potem… potem różne legendy o tym krążyły, każda mówiła co i
– Powiedziałem: „Czy prześpisz się ze mną, mała?” – odparł książę.
Shha zachichotała.
– Dziękuję, Wasza Książęca Mość – chorąży pogoniła swojego konia, wysuwając się naprzód. Zdaje się, że miała na pieńku z porucznikiem, która wtedy stała na czele reprezentacyjnego oddziału, a obecnie służyła jako kapitan zwiadu w Trzeciej Dywizji Piechoty. A teraz… Sirius dał chorążemu do ręki straszną broń przeciwko pani kapitan.
Biafra zbliżył się również, odpowiednio powodując wierzchowcem.
– Książę…
– Panie generale?
– Myślę, że powinien udać się pan do swoich oddziałów – desperacko usiłował przerwać romans między nim a swoim majorem. – Zaraz bitwa.
– Ma pan rację, panie generale.
– Dam panu kilka dziewczyn do ochrony.
– Nie potrzeba. Spróbuję podejść z boku, jeśli informacje pańskiego zwiadu są ścisłe.
– Nalegam na ochronę. Muszę…
– Proszę się o mnie nie martwić.
Biafra podał mu podłużny kształt.
– W takim razie proszę choć przyjąć to.
Sirius zerknął na inkrustowaną metalową rurę z drewnianym uchwytem.
– Co to jest?
– Pistolet.
– Co?
– Taki mały karabin – Biafra sam niezbyt dobrze wiedział. – Wystarczy odciągnąć kurek i przycisnąć tutaj. Dostałem dwa od Chorych Ludzi.
Sirius uśmiechnął się. Skinął głową i spiął konia. Pogalopował w boczną uliczkę, chcąc wyprzedzić służbowy pluton i szybciej dostać się do swoich oddziałów. Był odważnym człowiekiem i Biafra zazdrościł mu tego jak niczego w życiu.
Chwilę później napotkali dwie kompanie własnej piechoty cofające się pod naporem jakiegoś oddziału Luan, który najwyraźniej nie wiedział o śmierci cesarza. Żaden z poruczników niczego nie słyszał o rycerzach. Obiecano im wsparcie, jak tylko sytuacja się wyjaśni.
Sirius kłusował wzdłuż płonącej ulicy. Wokół nie było nikogo. No może gdzieś tam… Ktoś coś kradł, ktoś kogoś ratował z pieca, w który zamieniły się domy. Żadnego wojska. Do momentu kiedy, walcząc o odzyskanie oddechu, nie wypadł na mały placyk. Zauważył dziwnego rycerza z sumiastymi wąsami, siedzącego na… Bogowie! Na drewnianym koniu!
Rycerz podniósł swój drewniany miecz.
– Witaj, książę.
– Kim jesteś? – Sirius wstrzymał konia.
– To pułapka.
Drewniany koń nagle ruszył do przodu. Oczy Siriusa dosłownie wyszły z orbit. Puścił lejce i dotknął swojego amuletu zawieszonego na szyi.
– Nie jestem czarownikiem – powiedział rycerz – ale, jeśli drażni cię mój wygląd, to… – zamienił się nagle w tak piękną dziewczynę, że nawet A
– Kim jesteś? – wyszeptał Sirius.
– Mam na imię Wirus – powiedziała dziewczyna. – Ale to najmniej istotne w tej chwili.
Książę wycelował w nią z pistoletu.
– Szkoda kuli – powiedziała dziewczyna. Podniosła dłoń i dosłownie przepołowiła się jakby mieczem. Choć dłoń przeszła przez ciało, nie widać było najmniejszej rany. – Jestem twoim sojusznikiem, a nie wrogiem – wyjaśniła.
– Co mówiłeś… mówiłaś o pułapce? – Sirius z trudem przełknął ślinę. Miał spierzchnięte usta.
– W plutonie służbowym Achai jest zdrajca. Rycerze otaczają was właśnie, a piechota została odesłana w przeciwnym kierunku. Powiedziałabym, że to patowa sytuacja, ale… Na szczęście ja jestem po waszej stronie.
– Kim ty jesteś?
– To w tej chwili najmniej istotne. Skup się! – dziewczyna uśmiechnęła się, odsłaniając olśniewająco białe zęby. – Musimy…
– Kim jesteś? – powtórzył Sirius.
– Puuuuuuuu… Jestem Wielkim Kłamcą. Jestem Tym, Który Przychodzi we Śnie.
– Chyba „tą”, a nie „tym”.
Dziewczyna uśmiechnęła się znowu. Zmieniła się w chłopaka z tobołkiem na plecach. Sirius poczuł dreszcze.
– To zupełnie nieistotne – powtórzył chłopak. – A teraz słuchaj mnie uważnie, bo wpakowałeś się w sam środek zaplecza zako
– Mam wracać do sił Arkach?
– To już niemożliwe. Tam poszły właśnie dwie setki interwencyjnej piechoty. W lewo też nie, bo tam szturmowcy. Przed tobą rycerze na koniach. Jedyna szansa to zbliżyć się do przystani, tam tylko służby i zaopatrzenie, ale, niestety, ochraniane. I dybią na ciebie, Sirius.
– Nie mogłeś wcześniej ostrzec?
– Nie mogłem, Sirius. Jakbym był wszechmocny, to byłbym chyba Bogiem, nie? – chłopak uśmiechnął się smutno. – Musiałem doprowadzić do spotkania dwóch czarowników, a to zabrało mi dużo czasu. Ale, masz jeszcze szansę.
– Co mam robić?
– Zejdź z konia. Spróbuję cię przeprowadzić.
Sirius, jakby wbrew sobie, zeskoczył z siodła. Pistolet przełożył do lewej ręki, prawą wyjął miecz.
– I pospiesz się – mruknął chłopak. – Mam makabrycznie mało czasu, muszę jeszcze szepnąć słówko do pewnych uszu.
Ruszył przodem, wskazując kierunek.
– I jeszcze jedno… – powiedział. – Wybacz.
– Wybacz? Co?
– Nie mogłem was wcześniej ostrzec – chłopak wykonał przepraszający gest. – Jakbyście wiedzieli o pułapce, to byście nie poszli. A jakbyście nie poszli, to nie doszłoby do spotkania czarowników. A dla mnie tylko to się liczy. Nie mogłem wam powiedzieć wcześniej.
– No to sprowadź nasze wojska.
Chłopak zaprzeczył ruchem głowy.
– Czarownik Wyspy nie jest urodzonym idiotą. Jak coś nie potoczy się po jego myśli, wsiądzie na swój śliczny okręcik i odpłynie w dół rzeki. A na to nie mogę pozwolić.
– Kim ty jesteś?
– Jeśli przeżyjesz, to wyjaśni ci Meredith. Jeśli nie przeżyjesz, to rzecz będzie bez znaczenia, co?
Chłopak uśmiechnął się i zamienił się w węża. Małe, giętkie ciało wiło się na bruku na tyle szybko, żeby zmusić Siriusa do truchtu.
– Uważaj. Za załomem muru czai się dwóch na ciebie.
– Możesz mówić jako wąż???
– Cicho, durniu! Słyszysz i widzisz mnie tylko ty. Ale ciebie słyszą i widzą wszyscy!