Страница 54 из 71
– Co to? Masz samych „młodych”? – wskazała na świeżutkich medyków przysłanych przez komisję uzupełnień.
– No.
– Nauczyłeś ich czegoś?
– No pewnie. Ale jakby pani Achaja powiedziała do nich choć słowo, to może nie zesrają się na sam widok ciężko ra
Uśmiechnęła się. Tuż obok zauważyła szesnastoletnią kapłankę w mundurze chorążego patrzącą na wszystko wokół rozszerzonymi oczami. Kapłani zawsze mieli lepiej. Szesnastoletni chorąży, psiamać.
– Medycy, sanitariusze – krzyknęła. – Wiem, że to wasz pierwszy raz, ale… ufajcie swojemu dowódcy. I pamiętajcie o jednym. Jesteście ostatnią nadzieją dla wielu ludzi. Za wami… za waszymi plecami nie ma już nic. Tam z tyłu stoi już tylko ta kapłanka, która ich odprowadzi do krainy śmierci. Ludzie! Wy jesteście ostatnią linią obrony naszych biednych żołnierzy na tym świecie. Ich ostatnią nadzieją. Więc zróbcie swoje dobrze! Niech każdy wypełni swój obowiązek.
Medycy i sanitariusze z uzupełnień patrzyli na nią jak cielęta na malowane wrota.
– Słuchajcie, chłopcy… Jeśli się naszym żołnierzom nie uda, to pozostaniecie im tylko wy. Wiecie, co to jest życie? Dla żołnierza, któremu się nie udało… życie to wy. Za wami już tylko ta kapłanka w mundurze chorążego. Jak wy skrewicie, ona odprowadzi ich do krainy śmierci. Ale póki co… Na tym świecie nasz żołnierz ma już tylko was. Nie zawiedźcie go. Proszę!
Podeszła do kapłanki, która wyprężyła się na baczność.
– Pierwszy raz w bitwie?
– Nie, pani major! – dziewczyna była przejęta swoją misją. – Już byłam w bitwie. Tuż pod murami Syrinx ktoś z lasu zaczął strzelać z kuszy. I musiałyśmy się wszystkie ukryć za wozami! I ten ktoś, kto strzelał, o mało co nie trafił muła, pani major.
Achaja położyła jej rękę na ramieniu.
– Słuchaj, dziecko. Dzisiaj musisz dać z siebie wszystko. Musisz modlić się do swoich Bogów, żeby dali ci siłę.
– Mam nadzieję, że to są również pani Bogowie, pani major.
Achaja uśmiechnęła się lekko.
– Już za chwilę będziesz mniej harda – powiedziała. – Tylko pamiętaj, dziecko, o jednym. Wymiotuje się poza zasięgiem wzroku ra
– Pani! Ja nigdy!…
– Zamknij się, dziecko. I zrób swoje, tak jak cię nauczono – Achaja odwróciła się w stronę formowanych właśnie oddziałów. – Współczuję ci, mała, dzisiejszej nocy. Zapamiętasz ją do końca życia.
Liniowcy Troy już ruszali. Biafra obsobaczył panią pułkownik piechoty. Szybko sformowano dwa bataliony, ale nie udało się ich porządnie ustawić. A
Biafra kazał ruszać, bo czołówki Troy oddaliły się za bardzo. Dwa bataliony nie były jeszcze gotowe. Dahmeryjczycy tłoczyli się, uniemożliwiając im koncentrację i formowanie szeregów marszowych.
– No dobra, chodźmy – mruknęła Achaja, wskakując na swojego konia. – Tu jest za dużo wojska.
Przygalopował książę Sirius. Sam, bez obstawy. Był naprawdę odważny.
– Nikt, szlag, nie słyszał o rycerzach Zakonu – splunął na ziemię. – Mój zwiad niczego nie wykrył.
– Dotarli do przystani? – spytał Biafra.
– Nieeee… No ale nie mogę sobie wyobrazić wojska, które wyładuje się z barek i czeka tylko na to, żebyśmy je dopadli w tym samym miejscu.
– Fakt – potwierdziła Achaja. – Takiego prezentu raczej nam nie zrobią.
– Ruszać! Ruszać – krzyknął Biafra. – Zwiad na boki!
Meredith nie mógł dosiąść przydzielonego mu konia. Trzeba było podsadzać. Dziewczyny z plutonu służbowego o mało nie turlały się ze śmiechu, bo kiedy już wsiadł, wierzchowiec czarownicy Ar
Nareszcie ruszyli. Z ogromną luką przed nimi, bo oddziały Troy maszerowały szybko. Achaja miała wrażenie, że wszystkie armie świata maszerują szybciej od Arkach. Te pieprzone buty z twardej skóry, tak skuteczne w górskim lesie, tutaj, w upale, na brukowanych drogach sprawiały tylko ból, odparzenia i pękające krwią bąble. Pluton służbowy na koniach miał się jeszcze dobrze, podobnie jak medycy i kapłanka, bo ktoś im poradził, żeby maszerowali boso, ale już regularna piechota nie mogła chodzić bez butów. Dziewczyny zaciskały zęby, musząc iść „w nogę” i mając na sobie te koszmarne narzędzia tortur.
– Wolniej – zakomenderowała Achaja ludziom na koniach. – Dwójkowy zwiad na równoległe ulice. Ktoś na szpicę, żeby nawiązać łączność z oddziałem Troy.
– Ja pójdę! – Sharkhe szybko zgłosiła się na ochotnika. Czyżby już zdążyła przygruchać sobie jakiegoś liniowca z Troy?
Do Achai podjechał Sirius.
– Cześć, koleżanko – uśmiechnął się sympatycznie. – Nareszcie możemy zamienić choć słowo. Bo w pałacu… – usiłował być delikatny i nie dokończył.
– Cześć, Sirius.
– Buty mi spadły, kiedy się dowiedziałem, kim jesteś. Komu zawdzięczam życie – przeciągnął palcem po tatuażu na jej policzkach. – Kocham cię, głupia babo!
Spojrzała zaskoczona. Najwyraźniej mówił poważnie.
– Kocham cię – powtórzył. – Nie masz przypadkiem jakichś sprecyzowanych już planów małżeńskich?
Zagryzła wargi. Jako księżniczka Arkach, operacyjny dowódca zwiadu, nie była panią samej siebie. Jeśli już mowa o małżeństwie, to groził jej raczej ojciec Siriusa, Orion. To była polityka na szczeblu królestw i nie miała wiele do gadania.
– A pamiętasz, jak cię podrapałam po twarzy podczas przyjęcia na dworze, jak powiedziałeś, że jestem za gruba? – desperacko usiłowała zmienić temat.
Uśmiechnął się, tym razem jakoś tak smutno.
– Nie jesteś gruba – mruknął. – Jesteś piękna. Nagle stanął w jednym strzemieniu, chwycił się kulbaki, przechylił i pocałował ją w policzek.
Dziewczyny z plutonu służbowego zaczęły bić brawo. Rozległy się okrzyki: „Yyyyyyaaaaaaaaa!” albo: „O żesz ty… Dawaj! Dawaj dalej!”. Shha jadąca tuż obok pokazała gestami: „Bierz go! Bierz go!”
La
– Dziewczyny… patrzeć w bok!
Achaja zarumieniła się nagle. Szlag, młodzieńcza miłość… Przecież mieli wtedy po pięć lat. W ogóle nie mogła sobie przypomnieć jego twarzy z tamtego okresu. Nie było nic poza zamazanymi wspomnieniami.
– A pamiętasz, jak mnie kopnąłeś w tyłek, kiedy śpiewałam przed królem piosenkę o głupim pasterzu?
– To była piosenka o głupim pasterzu? – zamyślił się. – Nie pamiętam.
Roześmiała się.
– Myślałam wtedy, że już nikogo nie można bardziej nienawidzić niż ciebie. Nawet król zachichotał. Choć później cię obsobaczył. A potem zrozumiałam, że byłeś moim najlepszym kolegą. Potem…
– Potem zaszły rzeczy, które obydwoje wolelibyśmy wymazać z pamięci – powiedział. – Kocham cię, gruba, śliczna dziewczynko!
– Nie jestem gruba! – niby to oburzyła się. – Przecież sam tak powiedziałeś.
– Jesteś śliczna z tym swoim tatuażem, w tym twoim mundurze, który ledwie zakrywa ci tyłek. Jesteś przepiękna, moja mała Achajko. Mój „ołowiany żołnierzyku”.
– O mamo – coś jej zaszkliło się pod powiekami. – Tak mnie nazywałeś po tym, jak wystrzeliłam do ciebie z procy zgniłym jabłkiem – usiłowała się nie rozpłakać. – Teraz sobie przypomniałam. Byłeś… Byłeś jednym z piękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Bogowie, a potem naprawdę zostałam żołnierzem. Na moje nieszczęście, psiamać.
Znowu pochylił się i pocałował ją, a potem chwycił jej rękę. Żołnierze z plutonu służbowego, które śledziły z uwagą całą scenę (nikt bowiem nie spełnił rozkazu La