Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 71

W kierunku Przymurza metro nie jeździło. Prowadziła tam wprawdzie linia, były nawet dwie stacje, ale tuż za Wrzaskami tunele zostały zamknięte hermetycznymi grodziami. Do tej owianej złą sławą dzielnicy można się dostać jedynie pieszo. Żaden z krążących po Mieście taksówkarzy nie zgodzi się tam wjechać nawet za podwójną stawkę, i nie tylko dlatego, że wśród mieszkańców tego dystryktu mało kogo stać na taryfę.

Głęboko odetchnąłem wieczornym, odświeżonym zraszaniem powietrzem i ruszyłem w stronę majaczącego w oddali Muru. Szedłem szybko, wsłuchując się w odgłosy Miasta oraz rytm własnych kroków. Żółtawy pył ściekał wraz z wodą do studzienek, blask nielicznych latarni ulicznych odbijał się w mokrym asfalcie. Coraz dalej od centrum ulice stawały się coraz ciemniejsze. Przymurze nie było odcięte od zasilania, ale ekipy remontowe zapuszczały się tam raczej rzadko, więc znaczna część świateł czy i

Władze RepTeku co jakiś czas zapewniały, że zajmą się problemami tej dzielnicy oraz że nie można zmniejszać powierzchni zdatnej do zasiedlenia. Nie wiedziałem, czy ktokolwiek wierzył w tę propagandę. Ludzi w Mieście było coraz mniej, raporty o przyroście naturalnym nie napawały optymizmem. Nasza matczyna korporacja dla uspokojenia nastrojów wysyłała czasem kilku pracowników za płot. Pod silną ochroną oczyszczali blok czy dwa, naprawiali trochę sprzętu, a w krótkim czasie sytuacja i tak wracała do poprzedniego stanu. Przymurze niszczało spokojnie w cieniu bariery odgradzającej nas od Pustyni. Pozostawione samo sobie tuż po Błękitnej Pladze, stało się siedliskiem bioćpunów, mutantów i różnej maści degeneratów, którymi nikt się nie interesował, dopóki siedzieli u siebie. RepTekowi wiecznie brakowało środków i ludzi, żeby zrobić tu porządek.

Potencjał tego miejsca zaczęły wykorzystywać organizacje przestępcze. Trudno się dziwić, że Chińczycy właśnie tam postawili swoją tajną placówkę. Nie dość, że zagrożenie nalotem służb porządkowych było właściwie zerowe, to jeszcze gdyby potrzebowali ludzi do testów biośrodków, ćpuny ustawiałyby się w kolejce.

Strażnik miejski stojący przy jednej z mniejszych furtek wyglądał, jakby był tu za karę, co w sumie mogło być prawdą. Jego postawa wyrażała zniechęcenie, myślami był pewnie gdzieś daleko. Mimo to wyglądał groźnie w czarnym kevlarowym kombinezonie. Obrócił się w moją stronę, w przyciemnionym wizjerze hełmu zobaczyłem swoje odbicie. Pewnie robiło to wrażenie na bioćpunach (tych wystarczająco świadomych, żeby w ogóle myśleć), ale ja wiedziałem, że wystarczy mocno uderzyć teleskopową pałką pod kolanami lub wbić ostrze tuż pod pachą, żeby wartownika całkowicie unieszkodliwić.

– Wchodzisz na teren Przymurza. – Głos strażnika był zniekształcony przez zintegrowany ze strojem głośniczek, ale i tak dało się w nim usłyszeć znudzenie. – Czas reakcji służb publicznych może być tu wydłużony – kontynuował wyuczoną formułkę.

– Jaki czas reakcji? Przecież i tak nikt nie zareaguje – burknąłem, mijając go.

– Dostęp do miejskiej sieci komunikacyjnej może być utrudniony – dokończył, odsuwając się na bok i otwierając bramkę.

Wzruszyłem ramionami, nie odwracając się nawet. Miałem poważne wątpliwości, czy strażnik pomógłby mi, gdyby ktoś chciał mnie napaść już po drugiej stronie ulicy.

Przymurze powitało mnie mrokiem. Blask nielicznych działających tu latarni tworzył wyspy światła topiącego się w szybko znikających kałużach. Te oazy jasności potęgowały tylko ciemność wokół. Opuszczone budynki wpatrywały się w czerń nocy oknami wyglądającymi jak puste oczodoły.

Instynktownie przyspieszyłem kroku, kierując się w stronę lokalizacji, którą podał mi szaman. Laboratorium miało mieścić się niemal na skraju dzielnicy, w bezpośrednim sąsiedztwie Muru. Minąłem pozostałości skweru będące dziś jedynie pustym placem, na którym z ziemi sterczały sczerniałe i powykręcane łodygi czegoś, co kiedyś było chyba krzewami. W tunelowym przejściu pomiędzy kamienicami zauważyłem grupkę ludzi. Postacie oparte o ściany, migoczące w cieniu czerwone ogniki papierosów, głośny gardłowy rechot. Zamierzałem tamtędy przejść, ale szybko zmieniłem plany. Spotkanie z autochtonami Przymurza mogło się źle skończyć, więc obszedłem blok dookoła.

Mur zdawał się rzucać cień nawet nocą. Wysoka na ponad pięćdziesiąt metrów konstrukcja ze stali i betonu dodatkowo oddzielona była od Miasta dwuipółmetrowym płotem zwieńczonym drutem kolczastym. Pas pomiędzy siatką a ścianą miał szerokość trzydziestu metrów i stanowił swoistą ziemię niczyją. W okolicy panowała cisza, mącona tylko szumem piasku uderzającego od strony Pustyni. Na szczycie Muru błyskały rozmieszczone w równych odstępach czerwone światła. Nie bardzo wiedziałem, czemu miałyby dziś służyć. Samoloty od dawna nie latały, więc lampki miały chyba jedynie historyczne znaczenie. Dawno temu w porywie młodzieńczej fantazji udało mi się dostać na górę. Widok rozciągający się stamtąd na okolicę Miasta nie był może optymistyczny, ale majestatu mu nie brakowało.

Przemykałem ostrożnie wzdłuż bloków, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Według oficjalnych statystyk nie mieszkało tu zbyt wielu ludzi, ale te dane nie zawsze były precyzyjne. W końcu to od RepTeku zależało, kogo właściwie uznaje za człowieka. Lista akceptowalnych mutacji wciąż się zmieniała. Tak czy inaczej, byłem zdania, że lepiej pozostać niezauważonym.

Wejście do laboratorium Chińczyków było dobrze zakamuflowane, choć położone przy szerokiej ulicy, gdzie bez problemu można podjechać samochodem. To ciekawe, że w RepTek Polis tylko najbogatszych było stać na te elektryczne zabawki, więc po ulicach jeździły właściwie wyłącznie taksówki będące własnością korporacji, wysoko postawieni oficjele (również własność korporacji) oraz mafiosi (reprezentujący dla odmiany sektor prywatny).

Podszedłem do multiterminala wpuszczonego w ścianę budynku. Urządzenie miało pęknięty ekran i było pobazgrane farbą w sprayu, ale według informacji Wiz.una to właśnie ono służyło jako pierwsza kontrola dostępu. Obejrzałem je dokładnie, ale nie zauważyłem żadnych konkretnych modyfikacji. Port dostępu bezpośredniego i czytnik kart wydawały się nieuszkodzone, postanowiłem najpierw spróbować z plastikiem. Karta gładko weszła w szczelinę, usłyszałem cichy szum startujących wiatraków w trzewiach maszyny. Monitor rozjarzył się błękitnym światłem, lecz zaraz potem zgasł. Zakląłem pod nosem i wetknąłem kabel w nielegalny port pod pachą. Wybrałem odpowiednią końcówkę, podłączyłem się do terminala. Zamknąłem oczy i nie dotykając na razie klawiatury, szybko sprawdziłem, co jest nie tak. Zdążyłem zobaczyć jedynie strukturę menu i system znów mnie odłączył. To nie wyglądało na działanie cyfraka, raczej zaprogramowane zabezpieczenie. Wszystkie multiterminale mają zaimplementowane sprzętowo bramki awaryjnego odblokowania. Żeby z nich skorzystać, konieczna jest służbowa karta technika, legalny port z numerem zapisanym w bazie RepTeku oraz odpowiednie umiejętności. Problem w tym, że każde takie logowanie jest automatycznie odnotowywane w bazie, wraz z godziną, lokalizacją i danymi pracownika.

Chińczycy nie mogli korzystać z legalnych metod, co oznaczało, że wprowadzali jakiś konkretny kod czy kombinację lub mieli odpowiednie urządzenie. Nie mogłem użyć ich metody, więc spróbowałem po swojemu.

Dawno temu zgłosiłem zaginięcie mojej służbowej karty i otrzymałem duplikat. Stary plastik długo modyfikowałem. Usunąłem moduł lokalizacyjny, dołożyłem nowy chip i źródło zasilania, wyczyściłem wszystkie numery identyfikacyjne. Przeprogramowałem kartę tak, żeby dało się ją aktywować prostym kodem, bez konieczności pełnego dostępu do systemu. Klawiatura terminala była sprawna, więc uruchomiłem odpowiednią sekwencję.

Mój nielegalny port ma specjalne maskowanie, a do tego może pełnić wszystkie funkcje tego zwykłego. Jego numer nie figuruje oczywiście w rejestrach RepTeku, ale wyposażyłem go w funkcję szybkiego generowania identyfikacji, więc to nie stanowi problemu.

Terminal wystartował w trybie awaryjnym, a przynajmniej w czymś, co go przypominało. Popękany ekran zabłysnął ponownie, ale niebieskie tło było jedynym znanym mi elementem. Monitor wypełniały bezładne ciągi cyfr i znaków, zmieniające się co około piętnaście sekund. Spróbowałem dostępu przez kabel i wtedy zobaczyłem cyfraka. Musiał siedzieć głęboko ukryty w maszynie, a teraz zaatakował. Pod powiekami mignął mi obraz, emanacja tego, jak stwór widział sam siebie. Zapamiętałem kopyta, rogi i paszczę pełną zębów, potem usłyszałem ogłuszający ryk i poczułem ostry ból eksplodujący od ramienia aż do nasady czaszki. Prymitywna skuteczność ataku zmusiła mnie do odłączenia kabla. Zatoczyłem się w tył, potrząsając głową, ale to nie pomagało w pozbyciu się dzwonienia w uszach.

– Ostro pogrywasz... – mruknąłem, ponownie zbliżając się do urządzenia. – Spróbujemy inaczej.

Wklepałem jeszcze kilka kodów uruchamiających dodatkowe funkcje karty. Udało mi się jedynie osiągnąć zmianę kolorów niektórych fragmentów wyświetlanego na ekranie bełkotu. Patrzyłem na to przez chwilę, nie wiedząc, co robić dalej. Mógłbym spróbować wykończyć cyfraka, ale czułem silny wewnętrzny opór przed ponownym włożeniem wtyczki do portu. Uznałem, że jeśli uda mi się pokonać bardziej tradycyjnymi metodami pierwsze zabezpieczenia, ze stworem pójdzie nieco łatwiej. Jeżeli będę miał lepszy dostęp, może zdołam uniknąć kolejnego frontalnego ataku. Przyszło mi do głowy, że powinienem więcej skasować Wiz.una za tę robotę. Tyle problemów z otwarciem drzwi, nie chciałem nawet myśleć, co znajdę za nimi.