Страница 14 из 71
Wlepianie wzroku w monitor przyniosło nieoczekiwany skutek. Dostrzegłem pewną prawidłowość pomiędzy wyróżnionymi kolorem fragmentami kodu. Pojawiały się cyklicznie tylko w kilku określonych miejscach. Ciągi znaków były różne za każdym razem, lecz lokalizacja okazała się powtarzalna. Na dodatek to, co wydawało się jedynie bohomazami wysprayowanymi na krawędziach wyświetlacza, wskazywało dokładnie te punkty. Odczekałem do najbliższej zmiany, po czym szybko wystukałem na klawiaturze odczytany kod. W głębi maszyny coś zapiszczało atonalnie. Cały multiterminal drgnął i z cichym sykiem kompresorów zagłębił się w ścianie budynku, odsłaniając wejście. Wyglądało na to, że cyfrak namieszał coś w dostępach, odcinając tym samym dojście Chińczykom. Sam przyczaił się i atakował każdego, kto próbował dostać się przez port. Moja karta wymusiła na nim współpracę (oczywiście w ograniczonym zakresie), ale mafiosi pewnie nie dali nawet rady uruchomić ekranu. Schody tonęły w ciemnościach. Gdy tylko na nich stanąłem, terminal wsunął się na swoje miejsce. Nieco przypominało to scenę z marnego horroru: zatrzaskujące się za plecami drzwi do ciemnej piwnicy. Wyjąłem z kieszeni latarkę i omiotłem przestrzeń snopem światła. Kilkanaście stopni w dół, prowadzących wprost do kolejnych drzwi. Stalowa gródź nie miała klamek, za to z boku w ścianie zobaczyłem konsolę z małym monitorem. Klawiatura nie reagowała, na ekranie widniał kod błędu. Nie znałem jego oznaczenia, poza tym wyglądał dość podejrzanie. Lekko przechylone logo, literówka w enigmatycznym opisie: WYJĄTEK KYRTYCZNEGO PRZERWANIA ZABLOKOWANY. Może było to dzieło jakiegoś domorosłego programisty-dysgrafika, ale niekiedy takie dziwactwa były robotą cyfraków. Niewykluczone, że stwory w ten sposób zniechęcały do grzebania w urządzeniach, gdy zgromadziły sporo danych i chciały je przeprocesować.
Nie zauważyłem szczeliny na kartę, z boku ział czernią otwór portu bezpośredniego. Wyglądało na to, że aby wejść dalej, należało podpiąć się kablem. Miałem silne przeczucie, że stwór, który zagnieździł się w terminalu wejściowym, będzie czyhał także tutaj. Był agresywny, prawdopodobnie samoświadomy, więc było całkiem możliwe, że przejął wszystkie systemy tajnego laboratorium. Dziwny błąd na ekranie konsoli zadrżał i zamigotał, upewniając mnie o obecności cyfraka.
Wziąłem głęboki wdech, jakbym zamierzał zanurkować, po czym wetknąłem wtyczkę w port. Odruchowo zacisnąłem zęby, spodziewając się ataku, ale ten nie nastąpił. Przymknąłem oczy i rozejrzałem się w systemie. Zwykła blokada, można powiedzieć: prymitywna. Wplecione w kod elementy, które nie należały do tego języka programowania, skutecznie zawiesiły konsolę. Bez wątpienia robota cyfraka, ale dość kiepska. Szybko usunąłem zbędne fragmenty i przywróciłem funkcjonalność. Cały czas spodziewałem się ryku bestii i bólu eksplodującego pod czaszką, ale nic takiego się nie stało. Odblokowałem drzwi i z westchnieniem ulgi wypiąłem przewód. Gródź opadła w dół, ukazując korytarz oświetlony awaryjnymi pomarańczowymi lampkami umieszczonymi przy podłodze. Już na pierwszy rzut oka było widać, że Chińczycy włożyli w ten obiekt sporo czitów. Podziemie kamienicy zostało całkowicie przebudowane. Wyłożone jasnymi kafelkami posadzki, ściany z olejną lamperią do połowy wysokości – nic z tego nie przypominało obskurnej piwnicy, którą mimo zapewnień Wiz.una spodziewałem się tu znaleźć. Drzwi zamknęły się za mną z cichym stuknięciem, a kilka sekund później rozpętało się piekło.
Szum serwomechanizmu dobiega gdzieś z głębi laboratorium, odwracam się w tamtym kierunku i widzę wysuwającą się z panelu sufitowego wieżyczkę automatycznego działka. Lufa pły
Wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Na podłodze twarzą do ziemi leżało ciało niskiego mężczyzny ubranego w laboratoryjny fartuch. Kitel miał na plecach duże logo chińskiego wydziału naukowego. Wpisany w zębate kółko mikroprocesor opleciony spiralą DNA był przestrzelony w trzech miejscach, wokół dziur zastygła ciemna krew. Wyposażenie pomieszczenia stanowiły dwa biurka, szafka na dokumenty i jeden zniszczony komputer. Konkretnie: rozstrzelany – w obudowie ziały otwory po kulach średniego kalibru. Nie miałem czasu zastanawiać się, co tu zaszło, ważniejsze było to, że nie znalazłem konsoli systemowej. Bez niej nie wyłączę tej cholernej sufitowej pukawki. Swoją drogą, ciekawe, czy aktywacja systemów obro
Rozważania dotyczące wyjścia z sytuacji przerywa nowy dźwięk. Miarowy chrzęst dobiega gdzieś z głębi korytarza, wyraźnie się zbliża. Czuję, jak oblewa mnie zimny pot, wiem już, co zmierza w moją stronę. Bezpieczny dotąd pokój właśnie zamienił się w śmiertelną pułapkę. Gąsienicowy bot wjedzie tu i zwyczajnie mnie rozstrzela. Wyjmuję orła z kabury, rozkładam teleskopową pałkę i przypinam ją do pasa. Nie sądzę wprawdzie, żeby miała mi w czymkolwiek pomóc, ale sprawia, że czuję się nieco pewniej, czekając na śmierć. Staję obok drzwi z bronią gotową do strzału. Opancerzony? Jakie uzbrojenie? Strzelać w korpus czy w moduł regulatora? Chrzęst narasta, bieleją knykcie palców zaciśniętych na broni. Bot staje przed wejściem, zupełnie jakby się wahał. Do pomieszczenia wnikają eteryczne zielonkawe macki, migoczące w nich strzępy kodu wyglądają na mocno zaawansowane. Czyli bot opanowany przez cyfraka, świetnie. Pewnie tego samego, który dał mi popalić przy wejściu. Błyskawicznie uznaję, że nie ma już na co czekać. Szczęknięcie bezpiecznika, wypadam na środek pomieszczenia, podrywam broń. Otoczony poświatą stwora bot unosi sprzężone karabinki, w ułamku sekundy podejmuję decyzję. Strzelam w łączenie między regulatorem a korpusem, tam gdzie pancerz powinien być najsłabszy.
Desert eagle ma koszmarny odrzut, trzeci strzał poszedł za wysoko, ale pierwsze dwa trafiły chyba całkiem nieźle. Reszty dokonał duży kaliber i ogromna moc pocisku. Bot zaiskrzył i zamarł, dwie sekundy później eksplodował sterownik. Opuściłem broń, lecz w tej samej chwili stało się coś, czego nie przewidziałem.
Od zniszczonego robota odrywa się ogromny kształt, rzuca w moją stronę. Przez sekundę widzę łapy wyglądające jak sękate gałęzie, podłużną głowę i... rogi? Skoncentrowana energia ciska mną o ścianę, w głowie wybucha ból i ogłuszający ryk, po czym świadomość gaśnie.
Przytomność wracała powoli, wraz z docierającym do mnie swądem tlącej się izolacji. Leżałem na podłodze i gdy otworzyłem oczy, dymiący wrak robota stojący przy wejściu był pierwszym, co zobaczyłem. Usiadłem, opierając się o ścianę, i potrząsnąłem głową. Czerwona poświata nie zalegała na obrzeżach pola widzenia, lecz przysłaniała je całkowicie. Ból koncentrował się w głowie, ale ostro promieniował też na resztę ciała. Z jakiegoś powodu kontakty z cyfrakami tak się właśnie dla mnie kończą, a to spotkanie było zdecydowanie bliższe, niżbym sobie życzył. Drżącymi rękami wymacałem w kieszeni wtyczkę fizjowspomagacza. Musiałem trzy razy próbować, zanim udało mi się wcisnąć ją w wystający z nielegalnego portu przedłużacz. Gdy wreszcie trafiłem, zalała mnie fala błogości. Narkotyk wszedł w cyfrową fazę, pod powiekami zabłysnęły elementy kodu, tak różnego od tego, który widziałem u cyfraka.
Cierpienie nie zagłuszało już myśli, zastanowiłem się, co właściwie zaszło. Rozwaliłem bota, głównie dzięki szczęściu, sporemu kalibrowi i węglikowi wolframu, którym były pokryte pociski. Niszczycielska siła była zwielokrotniona, bo maszynę opanował cyfrak. Stwór musiał być jednak bardzo mocno rozwinięty. Zdołał wyrwać się z konającej maszyny, ucieleśnić (co to właściwie było?) i walnąć mnie w postaci skondensowanej energii. Potem zapewne się rozproszył, chyba że zdołał wrócić do systemu. Miałem paskudne przeczucie, że wkrótce będę musiał to sprawdzić.
Spojrzałem na zegarek, okazało się, że byłem nieprzytomny zaledwie kilka minut. Wyciągnąłem wtyczkę cyfrowego dopalacza, zrobił już swoje. Ból zniknął całkowicie, czułem się wręcz napompowany energią. Stękając z wysiłku, wciągnąłem bota do pokoju. Pomajstrowałem chwilę przy górnej pokrywie, zdjąłem ją i rzuciłem okiem na uszkodzoną elektronikę. Plastik pokrywający przewody tlił się lekko, ale ja potrzebowałem nieco silniejszego płomienia. Odszukałem przewody zasilające i skręciłem je ze sobą, wywołując zwarcie. Szybko zaczęły się rozjarzać, więc wypchnąłem maszynę z pomieszczenia. Wystająca z sufitu wieżyczka namierzyła cel, ale jej termoczujnik nie był w stanie go zidentyfikować z powodu zbyt wysokiej i zmie