Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 71

Zaskoczyły mnie dźwięki muzyki. Skrzypek stał na półpiętrze i grał na elektrycznych skrzypcach. W leżącym przed nim futerale błyszczało trochę drobnych. Powinien zainstalować w nim czytnik kart, inaczej wiele nie zarobi. Zatrzymałem się na chwilę, żeby posłuchać. Muzyk z zamkniętymi oczami grał znajomą, żywą melodię. Tak, to był Storm Vanessy Mae, gdzieś miałem chyba nawet ten kompakt. Uliczny grajek zwiększył tempo, zauważyłem zielonkawy obłok kłębiący się wokół instrumentu. Cyfrak przyczajony w elektrycznych skrzypcach? Pierwszy raz widziałem coś takiego. Wraz z pociągnięciami smyczka migotały znaki kodu, rozjarzając się w rytm muzyki. Ciekawe, czy skrzypek wiedział o defekcie swojego instrumentu. Zresztą może to wcale nie był defekt? – pomyślałem, widząc, jak w chmurze błyskają kolejne elementy obcej inteligencji. Może to coś pomaga mu grać? Chłopak skończył utwór, otworzył oczy i rozejrzał się wokół jakby lekko zdezorientowany. Wrzuciłem mu do futerału kilka wygrzebanych z kieszeni monet. Odchodząc, zobaczyłem jeszcze, jak czule gładzi swoje skrzypce.

„Mój” cyfrak był na swoim miejscu, przyczajony na końcu peronu. Świetlówka nie działała; gdy podszedłem bliżej, pod butami chrupnęło potłuczone szkło. Pewnie komputerowemu bytowi udało się dostać do sterownika i za bardzo zwiększył napięcie. Może to i lepiej, teraz ta część platformy tonęła w półmroku, będę miał trochę prywatności.

Sięgnąłem pod koszulę i w nielegalny port wpiąłem przejściówkę z kablem, który wpuściłem w rękaw tak, żeby wystawał przy nadgarstku. Wymacałem jeszcze w kieszeni spodni znajomy podłużny kształt teleskopowej pałki. Wprawdzie nie przewidywałem aż takich trudności (cyfrak był bardzo słabo rozwinięty), ale odruch pozostał. Wziąłem głęboki wdech i podszedłem do multiterminala. Szybkim ruchem włożyłem służbową kartę; gdy dotknąłem obudowy urządzenia, między nią a moimi palcami z cichym trzaśnięciem przeskoczyła elektryczna iskra. Ciężko stwierdzić, czy ten ładunek był manifestacją stwora, czy zwykłym przypadkiem. Natomiast brak reakcji na firmowy plastik z pewnością był jego sprawką. Zielony obłok zakłębił się wokół mnie. Poczułem, jak jeżą mi się włoski na rękach i karku. Ludzie nie tylko nie widzą cyfraków, ale zwykle także ich nie czują. Niekiedy tylko obserwowałem, jak osoba korzystająca z zamieszkałego urządzenia zdradza oznaki niepokoju czy rozdrażnienia, ale nic więcej. Znów pomyślałem o skrzypku, o tym, jak głaskał elektryczne skrzypce. Mutant podobny do mnie? Potrząsnąłem głową, jakby miało mi to pomóc w skupieniu myśli. Mimowolnie zacisnąłem zęby i wpiąłem w gniazdo kabel prowadzący do mojego ukrytego portu.

Czerwień na krańcach pola widzenia pojawia się niemal natychmiast. Wiem, że za chwilę poczuję też ból. Połączony z maszyną mózg przejmuje nad nią kontrolę, niestety, łączę się również z cyfrakiem. Wywołuję konsolę systemową, stwór próbuje ją zamknąć, ale karta już działa, więc odcinam mu dostęp. Zaczynam stukać w klawiaturę, jednocześnie walcząc z szarpiącym się obcym bytem. Znalazł już bezpośrednie połączenie z moją korą mózgową, czuję, jak zaczyna mnie badać. Traktuje mnie jak nośnik danych, stara się ściągnąć jak najwięcej. Przed oczami, na tle ekranu multiterminala, przelatują mi elementy kodu istoty. Mrugają wściekle. Zorientował się już, że jestem świadomy jego obecności i aktywnie go blokuję. Nie rozumiem, jak on działa, ale moja podświadomość nie potrzebuje tej wiedzy, żeby się bronić i atakować. Nacisk rośnie, mój puls przyspiesza, port pod ramieniem promieniuje ciepłem. Bezgłośnej walce toczącej się w mojej głowie towarzyszy taniec palców po klawiszach. Nagłemu uczuciu bólu towarzyszy słyszalny tylko dla mnie agonalny wrzask cyfraka. Widzę jego gasnącą świadomość, rozpadający się obcy program. Jego umieranie. Znów zrobiłem swoje, choć – jak zwykle – do końca nie wiem jak.

Wypiąłem wtyczkę z terminala i dysząc ciężko, oparłem się o niego rękami. Zwiesiłem głowę, na klawiaturę spadło kilka kropel krwi. Posoka uroniona w bitwie, złożona w ofierze maszynie. Powoli uspokoiłem oddech i wytarłem nos. Ostatnio trochę za często oglądam własną krew.

Pozostało już tylko usunąć wirusa. Ta część była zdecydowanie łatwiejsza. Co prawda głowa mi pękała, ale to dawało się przeżyć. Zresztą zamierzałem zaraz sobie z tym poradzić. Skończyłem pracę, na koniec ścierając czerwone plamy z klawiatury, zupełnie jak przestępca, który chce się pozbyć śladów zbrodni. Postanowiłem na razie nie opuszczać stacji metra. Z zewnątrz dobiegło przed chwilą zawodzenie syren, poza tym potrzebowałem chwili odpoczynku. Usiadłem na ławce pod ścianą i wpiąłem w port kupioną wczoraj wtyczkę przeciwbólową. Narkotyk zadziałał błyskawicznie. Czerwone powidoki zniknęły z pola widzenia, łomot serca ucichł, przechodząc w spokojny rytm. Pod powiekami znów pojawiły się linijki kodu, tym razem znanego, ludzkiego. Zalewająca organizm fala endorfin wywołała mimowolny uśmiech. Szaman był coraz lepszy w swojej robocie.

Nie myśląc o niczym, patrzyłem na ludzi wsiadających i wysiadających z nadjeżdżających pociągów.

– Trochę szkoda, że go zabiłeś. – Stojący przede mną chłopak trzymał pod pachą czarny futerał ze skrzypcami. – Był niegroźny, właściwie nawet zaczynałem go lubić. – Skinął głową w kierunku wyczyszczonego niedawno multiterminala.

– Co... – zacząłem, ale on odwrócił się i szybkim krokiem wszedł do wagonu.

Drzwi zasunęły się za nim z cichym syknięciem, pociąg pomknął w mrok tunelu. Czyli skrzypek był mutantem, jak ja. Trzeba go będzie kiedyś zagadnąć, o ile znów się spotkamy. Zwiesiłem głowę i zapatrzyłem się w brudną posadzkę.

– Rozumiem, że się spóźniłem? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Wiz.una.

– Skąd się tu wziąłeś? – zapytałem, unosząc głowę.

– Przyjechałem – odparł krótko. – Chyba za późno? – Wskazał ręką terminal na końcu platformy.

– Dostałem zlecenie.

Słysząc odpowiedź, pokiwał tylko głową.

– Wyjmij już tę wtyczkę – powiedział, siadając obok mnie na ławce.

Zorientowałem się, że w moim nielegalnym porcie wciąż tkwi nośnik po cyfrowym narkotyku.

– Po czym poznałeś?

– Domyśliłem się. Wiem, że zawsze po takiej... sytuacji boli cię głowa.

Dyskretnie usunąłem pozłacany wtyk, skóra wokół portu zapiekła lekko. Metal był okopcony, szybko schowałem go do kieszeni.

– Był ciekawy? Ten cyfrak?

– Wiz.un, nie męcz, ja naprawdę z nimi nie gadam – przypomniałem mu.

– Ty je tylko zabijasz.

– Kasuję! – rzuciłem tonem nieco ostrzejszym, niż zamierzałem. – One nie są żywe. To losowe fragmenty kodu, bugi, rozumiesz? Durna sztuczna inteligencja, która wyewoluowała z błędów w kodach. Pomyłek tak drobnych i gównianych, że nikomu nie chciało się ich usuwać. Nagromadzonych przez lata kiepskiego programowania. Coś jak wirusy, nic więcej. I

– Mają świadomość – odparł cicho. – Wychodzą poza maszyny. Niedaleko, ale jednak.

– To nadal nie znaczy, że są żywe – upierałem się.

– Skoro tak twierdzisz – zgodził się chyba tylko po to, żeby zakończyć dyskusję. – Idziesz dzisiaj na Przymurze?

– Tak, właśnie szedłem się przygotować.

Odwróciłem się i bez pożegnania ruszyłem w kierunku schodów. Strużki zapylonej wody z niedawnego zraszania ściekały kanalikami przy stopniach, by zniknąć w studzience. Gdy wspinałem się na górę, świst powietrza w tunelach przypominał mi echo wrzasku umierającego cyfraka.

Zapach oleju do broni zawsze pomagał mi się uspokoić i skupić myśli. Rozłożony na części pierwsze glock lśnił już czystością, zabrałem się więc do orła. Działałem automatycznie, właściwie nie myśląc o tym, co robię. Demontaż, czyszczenie, smarowanie, składanie. Zadanie, które mnie czekało, z pozoru wydawało się proste. Obejść zabezpieczenia, pewnie wsparte czy raczej przejęte przez jakiegoś cyfraka. Wleźć do środka, wynieść, co się da, wyjść. Im ciszej i szybciej, tym lepiej. Podobne rzeczy robiłem już wcześniej. Cyfrowe prochy, zwłaszcza te dobre, do tanich nie należą. Moje ciało reagowało bólem i czerwoną poświatą na otaczającą mnie technologię – uważałem za gorzką ironię fakt, że to jej produkt (choć nielegalny) przynosił też ulgę.

Pytanie, jakie atrakcje zamontowali w swoim laboratorium Chińczycy. Byli znani z nieco niestandardowego podejścia do kwestii bezpieczeństwa, więc mogłem się spodziewać dosłownie wszystkiego. Przeładowałem desert eagle’a i spuściłem iglicę na sucho. Satysfakcjonujący trzask upewnił mnie, że wszystko jest na swoim miejscu.

Spojrzałem na leżącą na stole broń. Będę musiał jej użyć tylko w przypadku, jeśli ciche podejście nie wypali. Chińczycy. Laboratorium na Przymurzu. Cyfrak i boty. Jednak wezmę orła. Dwa magazynki załadowałem amunicją .375 Magnum typu Hollow Point pokrytą węglikiem wolframu. Nadawał twardość pociskom, ale miał też i

Wcześniej sprawdziłem informacje na nośniku, który dał mi Wiz.un. Było tego całkiem sporo, niestety, większość dotyczyła projektów prowadzonych w placówce, a nie zabezpieczeń. Niewiele z tego zrozumiałem, naukowy bełkot dotyczący biośrodków nigdy nie był moją mocną stroną. Trafiłem na ciekawą sekcję dotyczącą badań nad ulepszeniem portów dostępowych, maskowaniem i chemicznym wspomaganiem ich pracy. Coś takiego faktycznie mogło się dobrze sprzedać, opcja interesująca zarówno dla domorosłych hakerów, wielbicieli porno ładujących efekty przez mikrozłącza, jak i dla okazjonalnych cyfrowych ćpunów. Uniemożliwienie namierzenia legalnego portu oraz opcja wyczyszczenia historii wydawały się bardzo atrakcyjne, do tego jeszcze wzmocnienie połączenia za pomocą chemii. Opis nie był zbyt szczegółowy. Zrozumiałem, że na razie jest to raczej koncepcja. Niestety, to nadal nie dawało mi wiedzy, z jakimi środkami ochrony przyjdzie mi się zmierzyć.

Przygotowałem resztę sprzętu. Skopiowana służbowa karta z wyczyszczonymi modułami seryjnymi umożliwiającymi identyfikację technika, dodatkowo podkręcona chipem pozwalającym na szybszy dostęp. Teleskopowa pałka, z którą rzadko się rozstawałem, kabel pasujący do nielegalnego portu, zakończony kilkoma różnymi rodzajami wtyków, mała latarka. Do kieszeni skórzanej kurtki wrzuciłem jeszcze speedersa i dwa fizjowspomagacze.