Страница 11 из 71
Taka procedura jest skuteczna w przypadku złośliwego błędu w kodzie albo wirusa napisanego przez jakiegoś domorosłego hakera. Problem nie rozprzestrzenia się i mamy czas go usunąć. Cyfraki natomiast nic sobie z tego nie robią. Z jakiegoś powodu nie wędrowały po miejskiej sieci. Zdaje się, że były skrajnie terytorialne. Nigdy nie widziałem też, żeby występowały w dwóch urządzeniach znajdujących się blisko siebie. Odłączenie zasilania może czasem pomóc, słabsze stwory pozbawione prądu giną, te nieco silniejsze są bardziej oporne, choć odcięcie mocy może cofnąć je trochę w rozwoju. Te najlepiej wykształcone, potrafiące do pewnego stopnia kanalizować energię, cóż... one wymagają nieco bardziej... bezpośredniego podejścia.
– Koszmarnie to polutowałeś – skarciłem Borsa. – Człowieku, z tym trzeba ostrożnie.
– Dobra, nie mędrkuj już, tylko popraw – odparł zrzędliwie.
– Chyba raczej „uratuj” – postanowiłem podręczyć go jeszcze trochę.
Lutownica rozgrzała się i oznajmiała to światu, wydzielając lekki zapach przypalającej się kalafonii. Ostrożnie zebrałem rozpaćkaną wokół układu cynę, przesunąłem chip i poprawiłem ścieżki. Widziałem, że mój kolega próbował też zwiększyć napięcie, więc dołożyłem niewielki mostek między źródłem zasilania a nowym elementem. Styki kontaktowe z przodu karty też wymagały uwagi, odruchowo przeczyściłem je i poprawiłem luty.
– Masz, powi
– Pojęcia nie mam – odparł, oglądając swoją kartę. – Kompa odpaliłem dopiero rano, spodziewałem się raczej roboty w terenie.
Nasze służbowe terminale zabrzęczały właściwie jednocześnie. Sygnały przychodzących wiadomości rozległy się także na wielu sąsiednich biurkach. Szykowało się jakieś zebranie, czyli pewnie mamy grubszą awarię. Wymownie spojrzałem na Borsa i wstałem z krzesła. Wszystko wskazywało na to, że z obijania się dzisiaj nici.
W pokoju odpraw zebrał się już spory tłumek. Pozdrowiłem kilka osób zdawkowym skinieniem głowy. Spotkanie miał prowadzić Regis, kierownik naszego oddziału techników. Zbyt szczupły, wysoki facet, który tonął w za szerokich i zbyt luźnych ubraniach. Okulary w drucianej oprawie co chwila zjeżdżały mu z nosa, poprawiał je nerwowym ruchem, by zaraz potem przeciągnąć dłonią po przetłuszczających się włosach. Zawsze sprawiał wrażenie podenerwowanego, ale dziś pocił się wyjątkowo obficie.
Mógł mieć ku temu dwa powody. Falująca za jego plecami holomapa była upstrzona czerwonymi punkcikami oznaczającymi awarie multiterminali i i
– Wszyscy już są? – Głos Regisa brzmiał bardziej piskliwie niż zwykle. Kierownik chrząknął, kolejny raz poprawił zjeżdżające bryle i przeczesał włosy. – To zaczynamy. Jak widzicie, mamy sporą awarię multiterminali. Zaczęło się w sobotę, ale z początku tego nie wyłapaliśmy. – Spojrzał przelotnie na „garniturka”, szybko odwrócił wzrok. – Myśleliśmy, że to problemy sprzętowe, coś związanego ze skokami napięcia. Terminale były online, mieliśmy tylko trochę zgłoszeń utraty danych. W nocy z niedzieli na poniedziałek nastąpił lawinowy wzrost. Okazało się też, że nie chodzi tu o utratę w wyniku błędu, tylko zaplanowaną kradzież. Dane dostępowe, niewielkie sumy z kont. Drobne sprawy, za to w ogromnej liczbie.
– Podejrzewamy skoordynowany atak? – Bors przerwał mu bezceremonialnie. – Coś zorganizowanego?
Gość z wyższego szczebla uważnie popatrzył na Regisa. Zmrużył oczy i czekał, co tamten odpowie. Zdenerwowany chudzielec kolejny raz poprawił okulary i przesunął dłonią po włosach. Nerwowy tik chyba dodał mu odwagi, bo gdy się odezwał, mówił już pewnym głosem:
– Myślimy, że to wirus. Komuś udało się, zapewne przypadkiem, złamać lub obejść zabezpieczenie. – Zauważyłem, że pan korporacyjny skinął lekko głową, jakby z zadowoleniem. – Dużych szkód nie wyrządził, ma dostęp do bardzo niewielu funkcji systemu. Sądzimy, że uaktywnia się przy konkretnych transakcjach i kradnie dane i środki. Wszyscy pracujecie dziś w terenie. Terminale wyczyścić, o ile to możliwe, wyśledzić źródło wirusa. Listę przydziałów macie już na biurkach.
Cichy szmer rozległ się po sali, kilka osób uznało, że to koniec odprawy, i ruszyło do wyjścia.
– Zaczekajcie, jest jeszcze jedna sprawa – powiedział Regis, zatrzymując techników. – Pan Harmond z centrali ma dla was informacje.
Tamten wstał i powiódł po nas wzrokiem jak dowódca oceniający swoich żołnierzy. Inspekcja chyba nie wypadła do końca pomyślnie, gdyż jego twarz wykrzywiła się na moment w ironicznym uśmiechu.
– W przyszłym tygodniu prowadzimy nabór do oddziałów, które uruchomią wybrane multiterminale w rejonie Przymurza. Ochotnicy będą pracować pod ochroną naszych sił porządkowych, więc nie ma się czego obawiać. Udział w tym przedsięwzięciu kwalifikuje do dodatkowej premii i będzie brany pod uwagę przy rozpatrywaniu awansów. Szczegóły wkrótce.
W Mieście było dziś prawie przyjemnie. Słońce stało już wysoko na niebie, ale jego palącą moc osłabiały płynące leniwie rzadkie chmury. Lekki wietrzyk przesypywał po ulicach strużki pusty
Wypatrzyłem na mapie najbliższy przydzielony mi multiterminal. Zupełnie niedaleko, postanowiłem wiójść pieszo. Zainfekowane urządzenie było wpuszczone w ścianę budynku mieszkalnego. Na pierwszy rzut oka wyglądało zupełnie normalnie. Nie dostrzegłem śladów obcej sztucznej inteligencji, awaria nie była sprawką cyfraka. Aktywowałem panel i wyświetliłem listę komend. W głównym menu nie zobaczyłem niczego niepokojącego. Zdarzało się, że hakerzy (czy raczej uważający się za nich gówniarze z przerobionymi kartami) zostawiali widoczne ślady. Czasem umyślnie, na przykład chwaląc się wydumanymi ksywkami wyświetlanymi na ekranach, bywało również, że przypadkiem, przy podmianie interfejsu popełniali drobne, lecz zauważalne błędy. Tym razem sprawa wyglądała inaczej, można powiedzieć, koronkowa robota.
Włożyłem swoją służbową kartę, wywołałem konsolę systemową i wpisałem hasło. Pobieżnie przejrzałem konfigurację sprzętu. Ten publiczny multiterminal stanowił jednocześnie łącznik pomiędzy punktami dostępowymi w mieszkaniach a miejską siecią. Niedobrze, będzie trzeba jeszcze sprawdzić, czy wirus już przeniknął na prywatne łącza. Wstukałem kod zabezpieczający i uzyskałem pełną kontrolę nad urządzeniem. Uruchomiłem prostą diagnostykę, ale ten zabieg niewiele mi dał. System nie raportował błędów, jedynie nieco anormalną pracę głównego wiatraka chłodzącego, którego łożysko pewnie powoli zacierało się od pyłu. Nie było to jednak nic pilnego, a już z pewnością nie przyczyna zainfekowania. Pogrzebałem jeszcze chwilę w opcjach, ale nic nie rzuciło mi się w oczy. Wreszcie wyświetliłem historię zmian w głębokim kodzie. Aktualizacje oprogramowania, jedna zupełnie niedawno. Dokładnie w piątek. Od razu zrozumiałem, że idę dobrym tropem. RepTek zmiany w kodzie wprowadzał w konkretne dni tygodnia. Ta informacja nie była publicznie znana, haker najwyraźniej o tym nie wiedział. System działał rotacyjnie i zgodnie z ostatnimi wytycznymi poprawki i dodatki instalowano przez sieć w poniedziałki i środy, a to oznaczało, że piątkowy update był nielegalny.
Zagłębiając się w szczegóły nieautoryzowanej aktualizacji, zrozumiałem, że mam do czynienia z profesjonalną robotą. Żeby dokładnie przejrzeć zmiany, musiałem zejść do poziomu surowego kodu, konsola systemowa nie wystarczyła. W końcu znalazłem szkodliwy fragment. Sprawnie napisany, oszczędnie. Zdawało się, że namierzał losowe połączenia i transakcje, w dodatku jedynie te wykonywane bezpośrednio na multiterminalu. Wirus nie szukał danych w podłączonych do urządzenia prywatnych punktach dostępowych. Nie byłem też w stanie odnaleźć celu transferu ani źródła, jedynie to, że dostał się tu wraz z nielegalną aktualizacją. Ktokolwiek go napisał, nie był chciwy i dobrze zacierał za sobą ślady.
Zrzuciłem nielegalne dane na swój nośnik i przywróciłem poprzednią konfigurację terminala, usuwając wirusa. Połączyłem się z siecią, wysłałem krótką notatkę do centrali. Opisałem, jak poradziłem sobie z problemem, może dzięki temu i
Wylogowałem się z terminala, wyjąłem kartę. Sprawdziłem mapę i ruszyłem do kolejnego urządzenia. Wiatr znad Pustyni rozwiewał chmury, temperatura rosła powoli, lecz nieubłaganie. Ryk syren obwieścił zbliżający się cykl zraszania, schowałem się w bramie, żeby go przeczekać. Zapowiadał się długi dzień.
Z trzewi metra wiało przyjemnym chłodem. Było późne popołudnie, gdy schodziłem na peron stacji Wrzaski, ten sam, z którego wczoraj jechałem do Wiz.una. Czekała mnie naprawa ostatniego multiterminala. Zostawiłem go na koniec, bo wiedziałem, że będzie tu potrzebne nieco i