Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 54

Nazwiska podejrzanych musiałam przeliterować, a i to Bóg raczy wiedzieć, jak je Martusia odczytała, a Małga powtórzyła, ale rezultaty były rewelacyjne. Martusia wystrzeliła emocjami.

– No więc słuchaj, ta ze Stuttgartu nazywa się Natalia Sterner, ona poszła za Niemca, i mieszka… zaraz… przy takiej ulicy…

– Lepiej to napisz i przyślij mi faksem od Jolki – poradziłam.

– Może masz rację, napiszę. Ręcznie, bo tu są te różne umlauty. No i ona, ta Natalia, zna osobiście jednego, tego, czekaj, Dekkera de coś tam na samo h. To znaczy jej maż zna, bo jakieś komplikacje z ubezpieczeniami mieli, rozwalił im się cały transport samochodów, w katastrofie, same mercedesy, i ten Dekker tam był, on jest od ubezpieczeń, poznali się wszyscy razem i prawie zaprzyjaźnili. Możliwe, że ona z nim kręci, Natalia z Dekkerem, bo jej się wyrwało, że szatan, nie kogut…

– Skąd to wszystko tak od razu wiesz…?

– Przy mnie Małga do niej dzwoniła, nie żadne tam esemesy i małpie poczty, tylko twoją metodą, zwyczajnie, przez telefon. Wieczorem, więc taniej. Pogadały sobie od serca i samo im wyszło. Ale o Ewie Thompkins przysięga, że Dekkerowi nie mówiła, nie mogła mówić, bo od czerwca go na oczy nie widziała. Ale mówiła jednej takiej przyjaciółce, Hilda Markwart się nazywa, tyle że bez nazwisk, bo zapomniała, jak się nazywa Ewa Thompkins, a komu mogła nakablować Hilda, to już nie wie…

– Adres Hildy masz?

– O Boże! Czy ja mam ci przepisać całą książkę telefoniczną Stuttgartu?! Hilda też ze Stuttgartu!

Odpuściłam jej Hildę.

– No dobrze, jakoś ją tam znajdą, niech się martwi Ryjek-Wagon. Tych pozostałych Natalia nie zna?

– Nie, żadnego. Zna rozmaitych, ale więcej Holendrów akurat nie.

– To teraz ta z turystyki. Ona co?

– No właśnie! – podchwyciła żywo Martusia. – Ta od turystyki, Malwina Dwernik, ona z Warszawy, mogłabyś ją sama łapać…

– Puknij się – poprosiłam energicznie. – Pójdę do obcej facetki i zacznę ją wypytywać o intymne konwersacje…

– A ja mogę?

– Ty musisz. Przez psa.

– No wiesz…! Ale i tak nie pójdziesz, bo ona w tej chwili jest w Egipcie.

– Ale wróci?

– Do tej pory zawsze wracała, więc chyba wróci. Ale Małga zdobyła jej komórkę i zadzwoniła z rozpędu…

– To po cholerę ja bym ją miała łapać?

– Bo dosyć krótko rozmawiały. Ale, wyobraź sobie, ona zna tego Fryderyka de Ros!

– On jest przez dwa o – poprawiłam, chociaż też poczułam się przejęta.

– No jest – zgodziła się Martusia ze skruchą – ale ja nie wiem, jak się czyta dwa o po holendersku. I

– Jestem pewna, że mówiła, tylko pytanie komu, Fryderykowi czy komuś i

W pół godziny później wszystkie te informacje, poprzez Roberta Górskiego, dotarły do inspektora Rijkeveegeena.

Soames Unger zaczął się nieco denerwować. Wygospodarował sobie czas na załatwienie tej irytującej sprawy i coś mu zaczęło kuleć. Zmora była w Warszawie, tak wynikało z telefonów, dlaczego zatem nie wracała do domu? W kilku punktach obserwacyjnych spędził okrągłą dobę i nie zobaczył jej ani razu, gorzej, nie dostrzegł także jej samochodu. Mogła go trzymać w jakimś garażu, ale gdzie, do diabła, podziewała się sama, skoro nie było jej w domu? Dzwonił do drzwi w postaci, której nie dałaby rady rozpoznać, nikt nie otwierał, puste mieszkanie, co to miało oznaczać?

Wchodził tam facet, nawet dwóch różnych facetów, widział ich na balkonie, każdego oddzielnie, widział światło w oknach, a obrzydłej suki ani śladu. Sprawdził skrzynkę listową, zgadzało się, przychodziła do niej korespondencja, wpatrzony w oświetlone okna zadzwonił pod domowy numer, jeden z owych dwóch facetów odebrał, powiedział, że jej chwilowo nie ma i nie wie kiedy będzie, ale owszem, jest w Warszawie, po czym znów podał numer komórki. Soames Unger zadzwonił na komórkę i zaryzykował dłuższą rozmowę.

Ma przesyłkę z DHL i kiedy może dostarczyć, czy pani jest w domu…





Nie, pani nie ma w domu, jest na mieście, ale będzie jutro rano. Co najmniej do południa. Ewentualnie wieczorem, bo dziś jej nie ma, ale jutro będzie.

Udzieliłam jakiemuś obcemu facetowi tej kłamliwej informacji i wyłączyłam komórkę. Nie musiałam koniecznie przyznawać się, że właśnie siedzę w kasynie.

Nic podobnego, Soames Unger sprawdził, nie wróciła ani wieczorem, ani w nocy i rano jej nadal nie było. Zaraz, komórka…

Nie darmo elektronikę miał w małym palcu. Zły na siebie, że nie uczynił tego wcześniej, błyskawicznie dotarł do właściciela komórki i okazało się, że jest to jakaś Małgorzata Konopacka, zamieszkała całkiem gdzie indziej, na Czerniakowskiej.

Zatem pełny kamuflaż. Zmora się ukrywa? W tym kraju nie ma programu ochrony świadków, ukrywa się we własnym zakresie, na wszelki wypadek? Ale gdzieś przecież, do pioruna, mieszkać musi, hotele mu odpadły, też sprawdził, może właśnie u tej Małgorzaty Konopackiej…?

Brzęknął gong u furtki, podkradłam się pod drzwi bez mała na czworakach i ostrożnie spojrzałam przez szybę. Tadzio, chwałaż Bogu! Wyprostowałam się i nacisnęłam prztyczek.

– Cześć, Tadziu – powiedziałam z ulgą, otwierając drzwi. – Zatrzaśnij furtkę za sobą, bo się okropnie boję.

Tadzio zdziwił się i zainteresował ogromnie.

– Czego się pani boi? Pierwszy raz coś podobnego słyszę.

– Tych od drewna i tych od ziemi. Już kupiłam wszystko, drewno do kominka, ziemię i korę, i nawet krowiak, sam widzisz, pomyliły mi się worki i mam dodatkowe obawy, że znów rozsypię krowiak po wierzchu i będzie śmierdziało w całej dzielnicy. Sięgnij po piwko, ja tu mam szklanki.

Usiedliśmy w salonie.

– Nic nie rozumiem – wyznał Tadzio. – To przez ten krowiak boi się pani furtki?

– Nie, przez ludzi. Dzień w dzień przyjeżdżają następni i pchają mi towar. Nie mam już siły im odmawiać i tłumaczyć, że lada chwila musiałabym chyba spać na tej ziemi i drewnie, cały dom mam zapchany z garażem włącznie. A oni się upierają. No więc zaczęłam się przed nimi ukrywać i udawać, że mnie nie ma, bo przez te protesty tylko sobie wrogów narobię. Ziemi jeszcze się trochę rozsypie, kora też pójdzie, ale drewna w żaden sposób nie spalę, skoro wyjeżdżam.

– Do Piasków pani jedzie?

– Do Piasków. Listopad to piękny miesiąc nad morzem, a może bursztyn podejdzie…? Poza tym, może bym tak mogła popracować trochę w spokoju?

Tadzio wydawał się jakiś zakłopotany.

– No tak. A tu ciągle coś… No, głupia sprawa i sam nie wiem, jak pani powiedzieć…

– A co się stało?

Tadzio westchnął i napił się piwa.

– Nie wiem, czy to szwagier, czy ja, czy jakiś głupi chuligan…? No już powiem, trudno. Zginęła pani korespondencja.

Zdziwiłam się.

– Jak to? Cała? Jak zginęła?

– Ze skrzynki. Wie pani, ciągle coś przychodzi, ja tak co dwa, trzy dni wyjmuję, ostatnio coś tam było, szwagier widział, ale do pracy leciał, więc zostawił, a jak wczoraj wieczorem przyszedłem, pusto. A musiało być. I diabli to wzięli, nie wiem jak i dlaczego. Skrzynka zamknięta, a nikt i

Przejrzałam plik, który położył na stole, normalka, zaproszenia, zawiadomienia bankowe, jakieś tam i

Wzruszyłam ramionami.

– Nie masz się czym przejmować, chociaż głupio. Ale może zmień zamek?

– Też już o tym pomyślałem i zmienię. Tyle że dla takiego, co się chce włamać, zamek to małe piwo, ale tu się nikt nie włamał, nic nie uszkodzone, no, skrzynka listowa to nie skarbiec, byle czym otworzy. Pierwszy raz coś podobnego się zdarzyło.