Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 44

Pani Eltzner ożywiła się jeszcze bardziej. Na jej mlecznej twarzy pojawił się rumieniec. Teraz poczuła, że wszystko może się zmienić, nabrać sensu. Ciągnące się w nieskończoność zimowe wieczory nabiorą treści, znowu w domu pojawią się ludzie, mało ważne staną się rachunki, zakupy, choroby dzieci i menu na następny dzień. Pani Eltzner była zmęczona codzie

– Ale z drugiej strony – ciągnął Frommer, jakby fakt wznowienia seansów był już oczywisty – to jest poważna sprawa. Ogromny wysiłek dla organizmu tego dziecka, obce siły, które przejdą przez to młode, niewi

Pani Eltzner zerwała się z kanapy.

– Nie mówmy już o tym, proszę – powiedziała szybko. – Może czekolady? Ach, pan nie pija. Może ciasteczko? Piekły dziewczynki. Same zagniotły ciasto.

Frommer zrozumiał, że powiedział rzecz niepotrzebną. Nie przewidział takiej reakcji. Podszedł do pani Eltzner i po krótkim wahaniu dotknął jej ramienia. Podniosła głowę. Płakała. Frommer stał, z ręką uniesioną w powietrzu, nie mogąc uwierzyć w te łzy. Oczy Frommera nie pamiętały łez, a jego temperament nie znał tak nagłych zmian nastroju. Miał wrażenie, że stoi przed czymś, co jest mu zupełnie obce, a czego perwersyjnie pragnie. Ich spojrzenia spotkały się i zaraz uciekły od siebie.

– Przyślę ją panu z tymi ciastkami. Niech pan z nią porozmawia. Sama nie wiem, co robić – szepnęła pani Eltzner i szybko wyszła.

Po chwili Erna stanęła w drzwiach. Frommer zdał sobie sprawę, że w pewnym sensie widzi ją po raz pierwszy. Zawsze, kiedy przychodził do Eltznerów, spostrzegał dzieci jako całość, jako jeden organizm, który zajmował czas pani domu, organizm wprawdzie o wielu imionach i twarzach, ale mało między sobą zróżnicowanych. Pamiętał tylko Bertę, bo była najstarsza i często brała już udział w herbatkach, a raz chyba nawet w seansie. Ernę widywał, ale gdyby mu ktoś kazał ją opisać, wziąłby cechy ze wszystkich dzieci Eltznerów i próbowałby skleić je w jedno.

Erna nie miała do tej pory własnego istnienia. Była dziećmi, “dziewczynkami”, których jasne sukienki migały w korytarzu, była rozszczebiotanymi głosami, które trzeba było uciszać przez służącą. Była człowiekiem niedoskonałym, bez prawa przebywania w salonie z dorosłymi, wychodzenia samej z domu, odzywania się nie pytana. Gdy Frommer rozmawiał o niej z panią Eltzner, udawał, że wie, o kogo chodzi. Teraz uświadomił sobie, że nigdy nie istniała dla niego jako osoba. Musiał ją zobaczyć na nowo.

Była drobna i niewysoka. Miała na sobie seledynową sukienkę luźną w talii i lekko opinającą się na rozkwitających piersiach. Kolor ubrania podkreślał żółtawy odcień jej skóry i ciemne sińce pod oczami. Spojówki były spuchnięte i lekko zaczerwienione. Włosy miała splecione w cienkie, połączone na karku warkoczyki. Patrząc mu w oczy uśmiechnęła się i postawiła tacę z ciastkami na stoliku.

Powinien był ją jakoś przywitać czy zapytać o coś, ale Frommer zapatrzył się w Ernę – ze zdumieniem, z szacunkiem, z powagą i z niecierpliwością. Podziwiał ją i nie ufał jej. Zobaczył w niej mądrą starą kobietę i naiwną małą dziewczynkę.

– Pan chciał ze mną rozmawiać. Mama mnie przysłała.

– Usiądź – powiedział Frommer. – To prawda, chcę z tobą rozmawiać z powodu tego, co stało się wczoraj przy obiedzie…

– Widziałam ducha – przerwała mu dziewczynka głosem tak obojętnym, że aż się wzdrygnął.

– Skąd wiesz, że to był duch?

Teraz ona wyglądała na zdziwioną.

– Mama mówiła, że wyglądał jak dziadek.

– Czy mama go widziała?

– Nie. Opowiedziałam jej, jak wyglądał.

– A więc jak wyglądał?

Frommer wypytywał o wiele szczegółów, nie dlatego, że szukał jakichś niespójności czy śladów kłamstwa, ale dlatego, że usiłował sobie wyobrazić tę dziwną postać stojącą wśród ludzi jedzących z apetytem zupę. Było w tej wizji coś groteskowego.

– Czy widziałaś go już przedtem?

– Nigdy.

– A potem?

Erna zawahała się.

– Nie, ale słyszałam różne głosy…

– Czyje to były głosy?

– Nie wiem, może i

– Co mówiły, pamiętasz?

– Czasem to rozumiałam, a czasem nie. Teraz nie pamiętam.

Frommer milczał przez chwilę, patrząc w podłogę.

– Powiedz mi, Erno, rzecz bardzo ważną… Czy możesz to wszystko widzieć, kiedy zechcesz, czy musisz czekać, aż… to samo przyjdzie. Zastanów się, jak to jest – zapytał w końcu głosem pełnym wahania, bojąc się, że w tym pytaniu odkrywa zbyt wiele.

Ku jego zaskoczeniu Erna odpowiedziała natychmiast.

– Sądzę, że już wiem, gdzie są drzwi.

– Drzwi? – zdziwił się Frommer.

– Tak tylko mówię, bo to jest tak, jakbym szła korytarzem i widziała drzwi, którymi można wejść do i

Frommer zamrugał oczami.

– Nie mogła. Nie czuła się dobrze.

Nie odezwała się więcej. Zaczęła machać chudymi nogami w białych pończochach.

Nie był pewien, czy słuchała, gdy opowiadał jej, czym jest medium i w jaki sposób istoty duchowe, tak właśnie powiedział: “istoty duchowe”, a nie “duchy”, komunikują się z medium. Mówił, że te istoty są duszami zmarłych albo jeszcze nie narodzonych ludzi, ludzkie ciało bowiem służy tylko za tratwę do przepłynięcia rzeki życia. Wędrówka przez życie wzbogaca i oczyszcza duszę, której celem jest dotarcie w końcu do Boga. Są dusze czyste, wysoko rozwinięte, bliskie boskiej światłości, które pojawiają się w świecie ku pomocy i dla nauczania. Ale są też dusze unurzane w błocie pożądań – i te mogą być złośliwe. Powiedział jej też uczciwie o wszystkich niebezpieczeństwach – opętaniu, szaleństwie, chorobie fizycznej, smutku, który pozostaje na całe życie. Mówił tak, jakby była dorosłą kobietą, i dziwił się, że nie reaguje, że wyraz jej twarzy się nie zmienia.

– Rozumiesz, Erno? Czy rozumiesz, co mówię?

Kiwnęła głową, uśmiechając się znowu.

– To jest dar. Zostałaś obdarzona jako jedna z niewielu. Ale ten dar nie daje lekkiego życia, dlatego możesz, o ile nie jest już za późno, podjąć decyzję. Jeżeli się zgodzisz przyjąć to, co niespodziewanie dostałaś, oboje z twoją matką wykorzystamy te zdolności. Wiesz, jak wygląda seans? Jeżeli nie chcesz, możesz się jeszcze od tego wszystkiego odwrócić w sobie, zamknąć. I wszystko przejdzie jak sen. Jestem tego pewien.

Patrzył na nią z nagłym zatroskaniem, jakby dopiero poprzez wypowiadane słowa uświadomił sobie powagę sytuacji. Napotkał jej niezmie

Spuścił oczy i wstał.

– Możesz już iść i rozważyć sobie to, co ci powiedziałem.

Pani Eltzner wchodząc do salonu miała w oczach jedno wielkie pytanie. Wzięła Waltera Frommera za ręce i patrząc mu głęboko w oczy zapytała:

– l co? Co pan o niej myśli?

– No cóż… – zaczął Frommer, czując się nieswojo z tymi unieruchomionymi dłońmi. – Co mogę powiedzieć po pierwszym kontakcie? Ale jeżeli ona utrzymuje, że widziała go i słyszy głosy…

– Słyszy głosy? – zdziwiła się pani Eltzner. – Nie wiedziałam o tym.

– No właśnie, nie wiemy dokładnie, co się z nią dzieje.