Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 44

– Co to było? – pytała półprzytomnie.

– Nic, nic – odpowiadał i wstawał od stołu.

Frommer wiedział, że wszystko, co Prawdziwe i Znaczące, zaczyna się i kończy we śnie jego siostry. Wierzył, że ma ona dar kontaktu ze światem zmarłych, ale i ubolewał, że dar ten dostał się tak ułomnemu ciału i umysłowi. Teresa Frommer, starsza od brata o pięć lat, miała wygląd pomarszczonego ze starości dziecka, garbatego gnoma z bajki. Z trudnością nauczyła się czytać, ale dzielnie wykonywała wszystkie domowe obowiązki. Mówiła niewyraźnie i chaotycznie, a jednak, kiedy opowiadała swoje sny, wydawały się one bardziej realne niż rzeczywistość. Zajmowała się powolnym krzątaniem po kuchni, kilkudniowymi porządkami w jednej szafie, nigdy nie kończonymi robótkami na drutach i spaniem. Kiedy udawało mu się skłonić ją do opowiedzenia snu, odkrywał z zaskoczeniem w jej rojeniach te same zdarzenia, które działy się w rzeczywistości, niektóre ważne, jak rozgrywki polityczne, katastrofy, konflikty, i

Frommer należał więc do tych błogosławionych, którzy nie widzieli, ale uwierzyli. Błogosławieni byli też ci, co przeczuwali i wierzyli. Jego siostra, robiąc na drutach i śniąc, widywała duchy. Mówiła, że wyświetlają się na ścianach jak postaci z magicznej latarni. Bardzo dawno temu, kiedy była medium na seansach, rozmawiała z duchami, ale ten dar został jej odebrany.

Frommer wiedział, że drogą do pojęcia takich fenomenów jest poznanie i zrozumienie siebie samego, swojej przeszłości i strumieni, którymi płynie ona w teraźniejszość. Lecz Frommer nie potrafił znaleźć żadnego ukrytego porządku w swoim życiu.

TERESA I WALTER

Teresa i Walter byli dziećmi pruskiego lekarza, dyplomaty i podróżnika, człowieka niepospolitego, oraz A

A

– Ona ma za dużą duszę, ogromną, przygniatającą ciało duszę – powiedziała.

Wkrótce potem mała Teresa poważnie zachorowała. Była umierająca i chyba tylko ta “ogromna dusza” pozwoliła jej znieść ciągłe ataki konwulsji i wyniszczającą organizm wysoką gorączkę. Leczenie i rekonwalescencja kosztowały. Rodzina A

Kiedy bilety na statek były wreszcie kupione, a rzeczy spakowane, A

Dzieci przechodziły teraz z rąk do rąk i w końcu za pośrednictwem ambasady niemieckiej wróciły do Europy, na Śląsk. Zajęła się nimi chłodna i wyniosła babka, która natychmiast poumieszczała je zresztą w stosownych szkołach z internatami, które tym się odznaczały, że położone były daleko od jej domu.

Rodzeństwo spotykało się tylko w czasie świąt i były to jedyne chwile radości i szczęścia. Zachła

– Boże, jakie życie jest okrutne – słyszeli, jak powtarzała te słowa wielokrotnie.

Posiadłość babki von Hochenburg leżała w melancholijnej okolicy niedaleko Schweidnitz. Dwupiętrowy pałac stał dokładnie na granicy równiny i pogórza: z okien południowych i zachodnich widziało się góry, ze wschodnich i północnych – rozścieloną jak obrus równinę. Mieszkał tu jeszcze brat babki, zdziwaczały i kompletnie podporządkowany siostrze staruszek, oraz kuzyn, Rainer, który brał nikły udział w życiu pałacu, ponieważ pisał podobno książkę filozoficzną, a może powieść.