Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 44

– Ach, ty nic nie rozumiesz. Ona nie jest w ten sposób zdolna. To nie jest ani mój, ani jej wymysł. Te badania…

– I cóż wykazały?

Pani Eltzner nie była pewna, co wykazały badania. Umilkła obrażona. Żałowała, że w ogóle zaczęła o tym mówić. Jeżeli ktoś tu był nawiedzonym dziwakiem, to na pewno właśnie Gertruda, z tymi swoimi papierosami i przytułkiem dla psów. Wiejska sufrażystka.

– Ty się na mnie gniewasz… – odezwała się w końcu Gertruda tonem pojednania.

Pani Eltzner patrzyła na park, skąd zlatywały się do światła bezwolne ćmy.

– Było mi tak ciężko w tym roku… Czułam się tak samotna z tym wszystkim.

– Nic się nie zmieniłaś, Muszko. Ach, ta nasza pani Fryderykowa Eltzner… zawsze taka wrażliwa, zawsze tworząca nowe światy. Fryderyk umarłby z nudów, gdyby ożenił się z kimś i

Pani Eltzner, rozczarowana i wzruszona zarazem, pozwoliła popłynąć dwóm gorącym łzom.

ERNA ELTZNER

Park był zaniedbany i rozległy. Ernie wydawał się prawie nieskończony. Za symboliczną granicą zwalonego muru przechodził w wąski pasek pola, a potem w las, którym można było dojść do samej Odry.

Stawami, które oddzielały wysokie groble, nikt się nie zajmował. Woda była tu ciemna, choć przezroczysta. Stawy mogły być głębokie, mogły nawet sięgać do środka ziemi, tam, gdzie wszystkie morza, jeziora, stawy i rzeki łączą swoje wody w wielki podziemny ocean.

Erna starała się jak najczęściej przebywać w parku, to było bowiem jedyne miejsce, gdzie nikt jej się nie przyglądał, nie pouczał, nie współczuł. Katharine i Christine wolały buszować po zakurzonych zakamarkach domu. Odkryły wielki kominek z wiszącym nad nim lustrem i twierdziły, że to lustro jest w istocie ukrytymi drzwiami do skrytek, gdzie szalona Gertruda, jak mówiły o ciotce, trzyma ce

Erna wymykała się do parku zaraz po śniadaniu i zawsze spotykała to samo pytanie we wzroku matki. “Idę zobaczyć małe kaczki”, albo: “Znalazłam zupełnie białe fiołki”, albo: “Pójdę się troszkę przewietrzyć” – odpowiadała. Matka przymykała powieki w charakterystyczny sposób, jakby chciała powiedzieć: “Jesteś wolna”, i odwracała się zaraz do ciotki albo starszych córek. Park był więc przywilejem Erny, jej nagrodą, swoistą zapłatą za tygodnie siedzenia bez ruchu na parapecie, z którego świat wyglądał tak szaro.

Erna dość szybko zbadała swoje terytorium. Obeszła stawy, prześledziła bieg błotnistej rzeczki, znalazła pagórek zarośnięty kępkami białych, jakby osiwiałych fiołków. Potem zaczęła wychodzić poza park, poza ten pasek pola, do jasnego, młodego lasu, gdzie zwykle pod koniec lata znajdowało się wtulone w trawę prawdziwki. Potem stawała na ochro

Erna kiedyś tu zabłądziła. Miejsce, w którym poplątały jej się kierunki, było cyplem lądu otoczonym wodami starej Odry. Rosły tu krzaki dzikiego bzu, który łączył swoje gałęzie, tworząc prawdziwy labirynt. Światło, które się tam dostawało, zabarwiało się zielenią i cieniem liści. W labiryncie z czarnego bzu panował półmrok.

W czasie tych samotnych wędrówek Erna chłonęła świat z nową intensywnością. Jej zmysły dopiero teraz otwierały się na to, co jest na zewnątrz. Wszystko było teraz jasne i wyraziste, rzeczy przestały oszukiwać i zwodzić. Nie widziała już przez nie tamtych rozciągłych, hipnotyzujących przestrzeni i powoli przestawała słyszeć wewnątrz siebie podniecone głosy. Teraz było w niej cicho i nieruchomo. Każdy obraz wpadał jak kamień w studnię, odbijając się echami skojarzeń.

“Erna zdrowieje” – cieszyłby się doktor Löwe. Przestaje słyszeć głosy i nie widzi duchów. Psychiatria musi więc wycofać swoje najcięższe działo, zwane halucynacją.

Jeszcze raz tylko Erna zobaczyła coś dziwnego w drzewie obok placu zabaw, kiedy reszta dzieci bawiła się w chaotyczną grę, o ciągle zmieniających się regułach. Nie była to postać, ale jakaś rozkrzyżowana poczwórna figura, coś bezkształtnego, a jednak określonego przez zwielokrotnienie. Erna na moment poczuła zachwyt, który minął, gdy zabrakło jej słów, żeby to wrażenie utrwalić. Przyśnił jej się potem jedyny sen, jaki zdołała zapamiętać z tego pobytu w Kleinitz. Widziała w nim karła, który leżał na wznak, chory czy martwy. Dziwiła się, jak małe i dzieci

W jakieś dwa tygodnie po przyjeździe Ernie przydarzyło się to, co powi

Matka piła właśnie kawę z ciocią Gertrudą, dlatego Erna poszła do pokoju Berty i Marie. Nie rozumiała, dlaczego się ucieszyły. Berta przytuliła ją z nieoczekiwaną czułością, a Marie pocałowała. Śmiejąc się i żartując, wyciągnęły płócie

– Masz, te będą twoje – powiedziała Berta, wręczając jej różowe, podłużne poduszeczki, zakończone z obu stron trykotowymi pętelkami. – Jak się to pobrudzi, musisz porządnie wyprać w zimnej wodzie i wysuszyć. Kiedy ci się skończy, wygotujesz je wszystkie, żeby nie zostały plamy.

Erna nie rozumiała, jak ma to założyć.

– Musisz zdjąć majtki – śmiała się Marie. – Nie wstydź się.

Erna odwróciła się tyłem. Czuła, że płonęły jej policzki. Majtki, które spadły na podłogę, poznaczone były smugami czerwieni. Włożyła poduszeczkę między nogi, tam skąd płynęła z niej krew. Zaczepiła pętelkę z przodu o guziki, z tyłu pomogła jej to zrobić Marie. Czuła się jak w uprzęży, całe to skomplikowane płócie

– No, i jesteś prawdziwą kobietą.

– Nasza mała Erna jest kobietą.

Starsze siostry objęły się wpół i uśmiechały z jakąś nową czułością. – Erna była zmieszana, chciała już stąd wyjść. Podeszła szybko do drzwi i chwyciła za klamkę.