Страница 29 из 44
– To pogląd mało oryginalny – powiedział Artur.
– I właśnie dlatego prawdziwy. Treści tego typu są coraz częściej obecne w seansach. Tak mówią przywoływane spirity…
– Sądzę, że w seansach bardziej rozmawiamy sami ze sobą niż z duchami.
Frommer po chwili milczenia powiedział:
– W pewnym sensie muszę się z panem zgodzić. Duchy to my, a my to duchy.
Artur Schatzma
– Tak się cieszę, że w końcu panowie się zgodzili – powiedziała szybko, a doktor Löwe wstał i zaczął się żegnać.
– Mogę cię podwieźć do domu, Arturze.
Pani Eltzner poszła wyprowadzić obu gości. Rozmawiali jeszcze chwilę w przedpokoju. Frommer usiadł teraz na kanapie i bębnił palcami po nodze.
– W niczym się nie zgodziliśmy – mruknął do siebie z satysfakcją.
Pani Eltzner wróciwszy do salonu wyciągnęła od drzwi ręce do Frommera. Miała zaróżowione policzki.
– A więc niedługo robimy seans – oznajmiła.
PANI ELTZNER
Pani Eltzner połączyła wiose
Wiosna tego roku podziałała na panią Eltzner szczególnie inspirująco. Miała wrażenie, że oto zaczyna się dla niej jakiś nowy okres w życiu. Wydała ogromną sumę na modny kapelusz z wielkim, ozdobionym kwiatami i piórami rondem i giemzowe rękawiczki. Zamówiła u krawcowej szafirową suknię, dość wąską w biodrach, ale szeroką dołem, i dwie jasne spódnice. Zauważyła, że zeszczuplała, i z zadowoleniem oglądała się w lustrze. Była prawie tak samo smukła jak kiedyś.
Zmienił się też jej stosunek do męża. Pan Eltzner przybił wreszcie do domowej przystani i spędził cały tydzień w domu, narzekając na nękające go, jak każdej wiosny, bóle żołądka. Jego żona była teraz bardziej zalotna, dziewczęca i odważna. W nocy stawała przed nim naga i dorodna jak nimfa. Powitał tę zmianę z zaskoczeniem, którego nie umiał ukryć. W Niedzielę Wielkanocną dał jej prezent: naszyjnik i bransoletkę z malutkich, doskonale okrągłych perełek.
Jednak w wieczór poprzedzający seans pani Eltzner płakała. Wydawało jej się, że nic nie jest tak, jak by chciała. Wyobraziła sobie jutrzejszy dzień i swoją w nim rolę. Wo – lałaby widzieć to, co się zdarzy, jako wyreżyserowany przez siebie spektakl, przewidywalny od początku do koń – ca, z efektownym finałem. Przypomniały jej się przedstawienia, w których brała udział jako młoda dziewczyna. Najpierw rosnące za kulisami napięcie, a potem nagłe oczyszczenie przez światła lamp i spojrzenia dziesiątek par oczu, które nakładały na jej twarz maskę; upajające uczucie, że można bezkarnie i niezobowiązująco stać się kim i
Pani Eltzner uśmiechnęła się do swoich myśli. Teraz przyszło wspomnienie porodu Erny, a może Marie, gdy krzyczała, że już nigdy nie będzie rodzić. Wtedy miała wrażenie, że skupia się na niej reflektor całego wszechświata i że gra rolę ważniejszą niż kiedykolwiek, nawet jeżeli jest to rola niezbyt szczęśliwie dobrana. Kwiaty, którymi zastawiono wtedy pokój, mogły być przyniesione równie dobrze wielkiej aktorce, nie matce. Pamiętała ich świeży i delikatny zapach. To były kwiaty wiosny, a więc musiała rodzić Marie, nie Ernę.
Pani Eltzner intensywnie poczuła, że nadal jest tym samym ciałem, otoczonym wzruszającym zapachem więdnących kwiatów. Może nawet tylko i wyłącznie ciałem, które nieusta
BLIŹNIACZKI
Kiedy miały pewność, że Erna już śpi, cicho wysunęły się z pościeli i stanęły nad jej łóżkiem.
– Salamandra niech płonie,
Undyna niech łudzi,
Sylf niechaj wionie,
Kobold niech się trudzi – recytowały kilka razy wierszyk, zanim przeszły do właściwych czy
– Jesteś domem snów – mówiły teraz, rozkładając wokół miseczki z wodą i wykradzionymi z kredensu suszonymi owocami i ciastkami. – Jesteś domem snów. Zamieszkały w tobie jak w hotelu, rozgościły się i za ciebie żyją. My je nakarmimy, damy im słodyczy, żeby były przyjazne, i wody, żeby coś znaczyły. Damy im imiona, żeby można je było oswoić i żeby stały się silne jak małe tygrysy.
Christine zapaliła świeczkę i z namaszczeniem otworzyła kremowy notesik Erny. Głos dziewczynki stał się teraz zawodzący.
– Jedz, Śnie o Dwóch Księżycach i Śnie o Ogromnej Górze. Teraz niech przyjdzie Sen o Lataniu i posili się, żeby miał zawsze siłę unosić nas ponad dachy domów. – Christine przewracała kartki notesu. – Potem niech je Sen o Podwodnym Mieście i wszystkie Sny o Dalekich Podróżach, i Sen o Nieskończonym Domu, i o Dziadku Przeprowadzającym Dzieci przez Zamarzniętą Rzekę.
Krążyły wokół niej na palcach lekko i bezszelestnie. Wy – dmuchiwały na nią jakieś pół słowa, pół oddechy, a potem kładły na jej uśpione ciało misternie zaplątane sznureczki. Podnosiły nad jej głową złączone ręce i odskakiwały spłoszone, kiedy Erna przewracała się we śnie z pełnym skargi sieknięciem.
– Masz, siostro, potężną czarodziejską moc i nie chcesz czarować. Czary ci uciekają i nie słuchają cię. Weźmiemy ich trochę od ciebie i pokażemy ludziom. Wypuścimy na wolność kilka twoich snów – mówiła Christine.
– Ale nie po to, żeby się bawić – dodała szybko Katharine – ale żeby ci pomagać i bronić przed demonami, z których największym jest Walter Frommer. Christine spojrzała z wyrzutem na siostrę.
– Nie powi
Katharine wzruszyła ramionami.
Na koniec zebrały z Erny wszystkie sznureczki i zawinęły je w podartą jedwabną pończochę, którą schowały w blaszanym pudełku pod komodą. Odetchnęły z ulgą, wierzyły bowiem, że supły stały się odtąd więzieniem tego, co nieprzyjazne, jakkolwiek się to nazywało.
Christine podeszła do drzwi, uchyliła je i wyjrzała. Skinęła głową na Katharine, która szybko wzięła przygotowany dzieci