Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 44

Erna właściwie po raz pierwszy wykazała żywsze zainteresowanie. Frommer zauważył to z satysfakcją.

– Pewnie chciałabyś teraz zapytać, po co to wszystko. Po co umierać, żeby się znowu odradzać? Z pewnością zadawałaś już sobie takie pytania. Po co? Dlaczego? Jaki to ma sens? Otóż nasza droga prowadzi z dołu do góry, od czegoś mniej doskonałego ku bardziej doskonałemu, od czegoś ciężkiego ku lekkiemu, od materii i ciemności ku jasności i duchowi. Doskonalimy się poprzez zbieranie nowych doświadczeń. Życie jest naszym nauczycielem. Uczymy się, co dobre, a co złe, uczymy się właściwych wyborów. Stajemy się doskonalsi, a więc bliżsi Absolutu, Boga. Kiedy to się zrealizuje, staniemy się wolni od materii i nie będzie już potrzeby wcielać się po raz kolejny… Słuchasz mnie, Erno? Rozumiesz?

Erna kiwnęła głową, ale Frommer nie widział w jej oczach zrozumienia. Opanowało go nagłe zniechęcenie. Chłodnym, zesztywniałym spojrzeniem ogarnął postać siedzącej przed nim dziewczynki. Potem bez słowa puścił się w milczący spacer od stołu do dębowego kredensu. Wreszcie jego oczy powędrowały na stojący między oknami zegar. Minęła prawie godzina i Frommer uświadomiwszy to sobie poczuł się zmęczony.

– To już koniec na dzisiaj, Erno – oświadczył.

Dziewczynka wstała, dygnęła i ruszyła do drzwi. Przez chwilę jeszcze szarpała się z ciężką klamką. Frommer stanął przy oknie, za którym przejeżdżające dorożki brukały białą niewi

GRETA

Kolejny seans miał się odbyć jeszcze w grudniu. Ale zaczęły się przygotowania do świąt, a poza tym pan Eltzner zachorował, dużo teraz przebywał w domu i krzywił się z niechęcią, gdy jego żona próbowała namówić go na zaproszenie gości.

Pani Eltzner wpadła w szał zakupów. Brała ze sobą do miasta Bertę i znosiła do domu mnóstwo pakunków, paczuszek i toreb. Zarządziła też gruntowne porządki: pranie zasłon, trzepanie na śniegu dywanów i czyszczenie foteli. Sama zajęła się porcelaną i srebrami. W mieszkaniu czuć było zapach pasty do podłóg. Pan Eltzner skarżył się na przeciągi i na wieczne hałasy i pokrzykiwania, które nie pozwalały mu się w dzień zdrzemnąć.

Potem zaczęły się wypieki. Najpierw pieczono pierniki według polskich przepisów pani domu. Greta wyciągała blaszane foremki i pozwalała małej Linie wycinać serduszka, pieski i ptaszki. Pani Eltzner sama ozdabiała kolorowym lukrem piernikowe anioły, które miały potem zawisnąć na choince. Po piernikach szły ciastka posypane cukrem i zamykane do czasu świąt w blaszanych pudełkach, a także kruche makaroniki, migdałowe i orzechowe, i maleńkie babeczki do wypełniania kremem. Wreszcie nadchodził czas na ciasta i wtedy kulinarne mistrzostwo pani Eltzner osiągało niebywałe wyżyny. Były więc biszkopty ubijane nad parą z ogromnej liczby jajek, strudle i beżowe podkłady do tortów. Na końcu pani domu piekła ptysie, które w czasie świąt napełniało się bitą śmietaną. Resztę zostawiano na potem: wszystkie te kremy, polewy, galaretki. Na potem zostawiano też ulubione ciasto pana Eltznera, które nazywało się “użądlenie pszczoły”.

Trwało to kilka dobrych dni, po których pani Eltzner opadała z sił i entuzjazmu. Teraz berło królowej kuchni przejmowała Ada, kucharka. Zaczynało sie przygotowywanie mięs, a jako że pani Eltzner powstrzymywała się od jedzenia mięsa, od kiedy zaprzyjaźniła się z Frommerem, odmawiała także jego przyrządzania. Prawdę mówiąc, były to dla niej ciężkie chwile, gdyż w rodzi

Gdy wiecznie roztargniona, niezbyt przytomna Greta otwierała mu drzwi, często go nie poznawała.

– Słucham pana? Pan do kogo? – zaczynała.

Tłumaczyła się potem w kuchni:

– Nie wiem, jak to możliwe, ale zawsze widzę w nim nieznajomego.

Ada, krojąc ogromnym nożem kapustę, uspokajała dziewczynę, że może to wina mrocznego korytarza albo mało charakterystycznej twarzy pana Frommera, a Greta, zapatrzona w paski kapusty, zamyślała się nad tą dziwną obecnością w ich domu człowieka podobnego do parasola. Służące zaczęły nawet między sobą mówić na Waltera Frommera “Parasol”.

Greta z prawdziwą niechęcią brała od Frommera ciemny płaszcz i wieszała go na ostatnim wieszaku, tak, żeby znajdował się z dala od i

– Czy panienka jest już w salonie? – pytał Frommer i nie czekając na odpowiedź swoim sztywnym krokiem ruszał w głąb korytarza.

Greta musiała go teraz wyprzedzić i otworzyć mu drzwi. Kątem oka widziała, jak panienka Erna zrywała się wystraszona z kanapy. Kiedy drzwi zamykały się za Frommerem, Greta miała wrażenie, że wpuściła do pokoju bezbro

– Czego on od niej chce? – pytała kucharkę.

– On ją wybaduje. Chce wszystko wiedzieć: co jej się śniło, o czym myśli, na co ma ochotę…

– Chciałby ją zamknąć w jednej ręce. O tak! – mówiła zapalczywie Greta i pokazywała kucharce silną dłoń zaciśniętą w pięść.

Po jakiejś godzinie Erna wychodziła z salonu, za to zaraz zjawiała się tam jej matka. Greta przynosiła wtedy tacę z ciastkami i kawą i zaciągała zasłony w oknach. Pani, jeżeli nie była chora, siedziała w fotelu i wyszywała atłaskiem różę na serwetce – robótka z różą miała już ze trzy lata. Pani nie była dobra w wyszywaniu. Jeżeli zaś czuła się źle, siedziała na kanapie w pozycji półleżącej, z nogami uniesionymi lekko na podnóżku. Frommer siadał w fotelu przy stoliku z kawą. Tak było na początku. Jednak po kilku kwadransach, gdy pani na nią dzwoniła, żeby odprowadziła gościa, Greta zastawała ten porządek zburzony. Pani stała przy oknie, a Frommer przechadzał się po pokoju. Może zresztą nie miało to większego znaczenia. Greta widziała potem, że wychodził z ociąganiem. “Do jutra”, zdawał się mówić całą swoją osobą. Ubierał się w milczeniu i zamyśleniu, a potem bąkał coś niewyraźnie i znikał w czeluściach klatki schodowej. Greta czekała jeszcze, aż usłyszy zamykające się za nim drzwi na dole, a potem oddychała z ulgą.

Pani Eltzner po wyjściu Frommera kazała podawać do kolacji. Sama szła po męża do jego gabinetu. Pan Eltzner chodził po domu w czarnej błyszczącej bonżurce, w której wyglądał jeszcze bardziej elegancko niż w surducie. Ciągnął się za nim zapach olejku kamforowego, którym smarowano mu bolące stawy. Greta natychmiast poruszała się szybciej i sprawniej, dzieci były bardziej posłuszne; wszystko nabierało powagi, pokrywało się cienką skorupką dobrych manier. A przecież pan Eltzner nie budził strachu. Był pełen godności, i przy tym dobrego humoru. Wcale się nie wysilał, żeby wszystko wokół niego chodziło jak w zegarku. O ile jego wzrok przesuwany z dziecka na dziecko miał coś z surowości, to kiedy napotykał żonę, natychmiast miękł i łagodniał. Coś podobnego działo się, gdy patrzył na małego Klausa. Dlatego pani Eltzner i małemu Klausowi wolno było tak wiele. Greta kiedyś zauważyła, że pan nie wiedział, do której klasy chodzi jedna z jego córek. Pani musiała mu często podpowiadać imiona, gdy zwracał się do dzieci. Właściwie chodziło tylko o córki, obu chłopców bowiem pan Eltzner jawnie faworyzował. Max miał być przecież jego następcą w tkalniach, a Klaus był taki rozkoszny.