Страница 14 из 38
Siedzieli za stołem i w tej wielkiej, jakby przypadkiem wyposażonej w piec kuche
Z biegiem lat kolejne generacje wiślańskich muzykantów słabły. (Rosnąca słabość jest – jak powszechnie wiadomo – kanoniczną cechą kolejnych generacji). Słabły im ręce, ledwo podtrzymujące złociste konchy instrumentów, słabły im oddechy, ledwo dmące w biblijne puzony, słabły im głowy. Słabły im też nogi i idąca w ordynku i wedle ściśle przyjętego planu kapela starego Nogowczyka z wolna przeistaczała się w latach siedemdziesiątych (stary No- gowczyk dawno już nie żył) w gromadę zabłąkanych w ciemnościach grajków. Aktualne, choć zawsze mało prawdopodobne miejsce ich pobytu dawało się teraz rozpoznać nie po dźwiękach muzyki, ale po absolutnie niepoczytalnej akustyce, którą produkowały ich – rzekł- byś – całkowicie już od nich niezależne instrumenty. Niekiedy ciała artystów mdłe były do tego stopnia, iż w ogóle nie ruszali się z miejsca i zarówno całą wigilię święta pracy, jak i samo święto pracy przesiadywali tu, gdzie ja teraz siedzę, słuchając rozumnych wywodów posła Kobielusza z SLD: w restauracji „Ogrodowa”, dawniej „Piast”.
Poseł Kobielusz z SLD mówi rozumnie i sensownie, z prawdziwie proletariacką troską po- chyla się nad palącymi problemami, mówi rozumnie i sensownie, ale przecież zaraz powie
(musi powiedzieć) coś nierozumnego i coś nonsensownego, a wtedy ja wstanę – podtrzymuję w sobie gasnącego ducha walki – wtedy wstanę i zwyzywam go od komuchów. Ty komuchu
– mu powiem. – Ty komuchu zatracony. Nie jest to wszakże pewne, bo poza wszystkim owładnięty jestem duchem łagodności tego miejsca. Patrzę na zakazane mordy miejscowych orłów, na braci ewangelików, jak zwykle zgubnie zatopionych w żywiole lewicowości, patrzę na nich i – nic na to nie poradzę – ogarnia mnie łagodność wyzwolona przez klasycznie współczującą postawę narracyjną. Jest mi błogo w tej, oddalonej o sto kroków od mojego domu rodzi
Ta knajpa spełniała we wszelkich swych atrybutach wymogi klasycznego knajpianego corpus hermeticum, wchodzący tu przybysz czuł się, jakby wkroczył do czyjegoś domu, on jeden był jedynym obcym na sali, stał w drzwiach i przez dobrych kilka chwil poddawany był inicjacyjnemu rytuałowi nagłej ciszy i badawczych spojrzeń. Każdy jego gest mógł być użyty przeciwko niemu, rzecz jasna wyłącznie w intelektualno-polemicznym sensie, nic krwawego nigdy się tu nie działo. W najgorszym wypadku presja idących zza stolików spojrzeń była figurą wojny religijnej. To do tej knajpy dzień w dzień, w morderczym pośpiechu, w drodze z urzędu pocztowego wpadał pan Naczelnik i gnany panicznym strachem przed panią Naczel- nikową wychylał na stojąco dwie setki. (Zarówno rodzaj strachu, jak i sposób jego zażegny- wania okażą się w następnych pokoleniach cechami nadzwyczaj dziedzicznymi). To w tej knajpie tragicznie zakończyły się niewesołe koleje życia jego najmłodszego syna. To w tej knajpie wydarzyło się tysiąc przygód i opowiedzianych zostało tysiące opowieści.
– Idźcie zatem, bracia, i bądźcie pełni pokory – słyszę głos posła Kobielusza z SLD. – Idź- cie i nakłaniajcie – mówi poseł głosem dobrego i rozumnego pastora – idźcie w pokorze, per- swadujcie, nakłaniajcie i nie ustępujcie.
Ocknąwszy się całkowicie, przyglądam mu się jeszcze raz w rozpaczliwej nadziei, że przynajmniej uda mi się jego wygląd zewnętrzny zakwestionować. Ale gdzie tam. Ten ko- much wygląda tak, jak teraz wyglądają wszystkie komuchy. Ten komuch wygląda jak Euro- pejczyk. Ma dobry garnitur, dobrą koszulę, dobrze dobrany krawat i nawet ostrzyżony jest dobrze. Jak tu udowodnić, że jest przebrany – myślę gorączkowo – przecież nie rzucę się na niego, nie rozerwę mu tej niebieskiej koszuli od Freemansa, żeby pokazać, że ma na piersiach sierp i młot siną farbą wykłute. I macham na to wszystko ręką – w końcu są rzeczy na świecie ważniejsze, perswaduję sobie, na przykład miłość, przecież miłość jest w życiu najważniejsza, miłość jest ważniejsza nawet od reformy administracyjnej – mówię sobie i znienacka ucie- szony tą myślą, restaurację „Ogrodową” (dawniej „Piast”) opuszczam.
Ale w progu chyba jeszcze jeden głos przeszłości mnie dochodzi. Staję i ucho wytężam ciekawie. Tak jest. Dęta kapela starego Nogowczyka gra Fruhlingmarsch. Właścicielka lo- dziarni, pani Furtokowa (tak jest – żona bramkostrzelnego Jana Furtoka), szczodrze sypie banknotami i kapela rusza dalej. Heroicznie podtrzymujący tradycję muzykanci naradzają się chwilę, czy wpierw iść pod hurtownię, czy pod supermarket. Znikają za rogiem. Po chwili słyszę mocne i nawet nieźle zagrane takty Marsza zwycięstwa (Victoria Marsch). Grają pod hurtownią.
Stary Kubica i ciemność
Stary Kubica, gdyby jeszcze żył, miałby sto pięć lat, czyli i tak już by nie żył. Był ojcem mojego ojca, był moim drugim, a w zasadzie pierwszym dziadkiem, po nim wziąłem nazwi- sko [4], zapalczywy charakter, skło
Opętany demonem świętej racji zdejmował ze ściany dubeltówkę i chybotliwie ruszał tro- pem kryjących się po obejściu ciotek, córek i starek. Jego rytualne polowania na baby prze- kraczały wszakże granice myślistwa, ergo przestawały być szlachetną męską rozrywką; był to raczej posępny krok w kierunku ostatecznego rozwiązania kwestii kobiecej. Jeśli był w tym graniczącym ze zbrodnią szaleństwie jakiś rys dość i tak kłopotliwej szlachetności, to polegał on na tym, iż totalną eliminację pierwiastka kobiecego Stary Kubica zamierzał rozpocząć skromnie od własnej rodziny i najbliższych sąsiadek. Wielcy eksterminatorzy naszego stule- cia tej skromności nie mieli. Mroczna, po części darwinowska i na wskroś antyfeministyczna idea Starego Kubicy podzieliła wszakże los i
[4] Pod tym mianem, mianem Starego Kubicy, był powszechnie znany. Wtajemniczeni wiedzieli, że jego prawdziwe imię jest Pilch Paweł.