Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 38

Głęboko pojmując integralność osobowości pisarskiej i zdając sobie sprawę, że Bronio tą samą co wiersze ręką i swoje felietony pisze, zaznaczyć muszę nie bez pewnej goryczy, iż ja mimo wszystko nie czekam na dawny wiersz przerobiony na aktualny i przy okazji na wskroś uniwersalny felieton. Ja czekam na nowy wiersz Bronisława Maja, a ściśle mówiąc, czekam na nowy tom wierszy tego poety o niepojęcie rzadkiej czystości tonu. Nie bardzo potrafię powiedzieć (jak zawsze przy lekturze wielkiej poezji), jaki jest zasadniczy jej sekret, co decy- duje o jej ciągle zaskakującym istnieniu, o jej spokojnym, niemalże epickim oddechu, nie umiem nawet powiedzieć, co mnie osobiście jest tu najbliższe, co sprawia, że wciąż wracam do Zmęczenia czy do Albumu rodzi

Bronio Maj w zielonej kurtczynie stoi przede mną i obaj rzewnie na los się uskarżamy. Ja, mówi Bronio, chciałem sobie kupić marynarkę dżinsową, ale mi brakło. A ja, mówię, ja chciałem kupić czarne lewisy, ale mi brakło. I tak dwaj dojrzali mężczyźni, co, jakby nie by- ło, piąty krzyżyk dźwigają, pogrążamy się w tęsknocie za światem dżinsów, które dalej są niedostępne, jak były w dzieciństwie.

A potem ze znawstwem przechodzimy do wspólnych zainteresowań, do pism ilustrowa- nych („ważnym dodatkiem” – jak powiada Zbigniew Herbert – „w życiu pana Cogito były dodatki ilustrowane”), do pism ilustrowanych, na które całe pensje wydajemy oraz do kon- kursów piękności. Komu i co dziś mówią imiona dawnych laureatek wyborów Miss Polski albo Miss Polonia? Kto pamięta Renatę Fatlę, Joa

tonista nie zmarnował Maja – poety.

To chcę powiedzieć, to z uporem godnym lepszej sprawy mówię, tak jakbym nie wiedział, że Bronek Maj zostając poetą, też się zmarnował. Bronek Maj, zostając poetą, zmarnował się mianowicie jako aktor. Kto go widział na scenie, w rzadkich niestety rolach filmowych albo chociaż w trakcie jakiejś towarzyskiej improwizacji recytatorskiej, ten wie, że mając tak nie- przeciętny talent aktorski, Bronek Maj gdyby aktorem został był, miałby dzisiaj szmalu po pachy oryginalnej marynarki Lee. Czy pedał szczerości docisnąłem w tym kawałku do dechy, nie wiem, i szczerze powiem – wątpię. Ale święta idą niezbicie i ja niezbicie jadę do Wisły.

Marsz wiose

Na publiczne spotkanie z posłem SLD Antonim Kobieluszem udałem się do restauracji

„Ogrodowa”, ponieważ lubię ten lokal. Była wigilia święta pracy, żółtawą duchotę raz po raz rozcinały ciemne ulewy; nie bez nostalgii konstatowałem, że przedświąteczna aura jest zgoła niewyczuwalna. Dawniej, w epoce ludu pracującego miast i wsi, aura ta – owszem – była wyczuwalna. Rok w rok, od ciemnego kwietniowego wieczoru do świetlistego majowego poranka przez centrum Wisły kroczyła dęta kapela pod dyrekcją starego Nogowczyka. Muzy- kanci szli od domu do domu (ściślej mówiąc, od wybranego domu do wybranego domu), szli i, jak to się tu mówi, „wygrywali”. Wygrywali księdzu Wantule, wygrywali Poloczkowi z Placówki (Tak. W tym domu pan Bolesław Prus mieszkał i tworzył), wygrywali Jankowi z Wymowy, wygrywali Czyżom z Bazaru, wygrywali staremu Kubicy, wygrywali Krallowi – Kralliczkowi, wygrywali nawet Magnuskowi, który, choć katolik, ale przecież strażak.

Na wyłożone polnymi kamieniami podwórze przed domem pana Naczelnika wchodzili przeważnie u schyłku nocy. Jeszcze w zupełnych ciemnościach albo w całkiem niejasnych początkach dnia, grali Muzyki, muzyki albo Fruhlingmarsch. Potem siedzieli za ogromnym, przykrytym błękitną ceratą stołem w naszej kuchni i pokrzepiali się przed dalszą wędrówką. Niechybnie patetyczny obraz pełnych powagi mężczyzn, pijących o piątej nad ranem gorzałkę i równocześnie oddających się najwyższej ze sztuk – muzyce – już wtedy na dobre utkwił w mojej świadomości. Ponieważ z natury rzeczy stronię od tego rodzaju efektów, nie mówię, iż nigdy później nie widziałem piękniejszego obrazu, ani też nie twierdzę, że nigdy później nie słyszałem doskonalszej muzyki. Ale orkiestra starego Nogowczyka to była wielka orkiestra. Kiedy akurat grali w niej (i byli w formie) wszyscy czterej bracia Krzocy, ze swobodą wie- deńskich filharmoników wykonywali Alle Kameraden albo Marsz Radetzky'ego.