Страница 12 из 38
Niczego, niczego, niczego za Gomułki nie było, ale trawa była i trawa istniała. Inaczej i bardziej swojsko to powiem: jak za tego Gomułki było, tak było, ale mówcie, co chcecie, tra- wa na krakowskich Błoniach była jak się patrzy. Gdyby ją w kwadraty uczesać i przystrzyc, na Błoniach byłoby jak na Wembley albo na San Siro, albo nawet jak na Maracanie. W nędz- nych gomułkowskich trampkach wstępowaliśmy na intensywną i sprężystą murawę i nasze niepodległe strzały i dryblingi, i piłkę uniwersalną ocalały przed czeluścią nicości. A jeśli grał z nami pewien starszy pan w moim wieku, popularnie zwany Dziadkiem, to jego prawdziwie brazylijskie kunszta ocalały przed nicością wszystko: i wyszarzały peerelowski podkoszulek, i podwinięte do kolan spodnie w pepitkę z elanobawełny, i tekturowe półbuty, które ostrożnie, by ich na uszczerbek nie narazić, ustawiał za bramką (Dziadek grał boso jak Leonidas albo jak Garincha).
Jeśli wszakże tamta trawa, na której myśmy grali, na której Dziadek swą grą przysparzał piękna byle jakim sprzętom, otóż jeśli tamta trawa też była niepodległa, to należy postawić – być może fałszywe i okrutne – pytanie, dlaczego dziś jej nie ma? Patrzę na Błonia zarosłe siecią zdrewniałych kłączy, bezbarwnych ziół ostrych jak blacha, patrzę na Błonia, co są dziś jak powierzchnia psiej gwiazdy (udręczone dusze dawnych futbolistów polatują nad nią), i sam się sobie nie dziwię, że śmierć piłki nożnej przychodzi mi do głowy. Na wszelki wypa- dek podkreślam też z mocą, że ja nie umieram i śmierci własnej i stygnących zmysłów piłce nożnej nie wmawiam ani nie narzucam. Nie. We mnie jest dalej wola dopingu, wola podziwu, a nawet wola gry. Ale piłka nożna umarła i Błonia zarosły białą azjatycką trawą. Na ekranie telewizora sony Niemcy nieustępliwie walczą z Brazylijczykami o każdą piłkę. Zawsze je- stem za Niemcami, ale jak grają z Brazylią, jestem za Brazylią. W dwudziestej szóstej minu- cie po miękkim dośrodkowaniu z rzutu rożnego Cesar Sampaio zdobywa bramkę niepoczy- talnym uderzeniem głowy. Jest piłka nożna. Ale jest ona już nie z tego, nie z mojego świata.
Ewa Chudoba, Bronisław Maj i ja
Idą święta, jadę do Wisły, pora pedał szczerości docisnąć do dechy. To, co się od pewnego czasu dzieje w mym znękanym mózgu, najprościej nazwać wiekuistą walką felietonu z prozą. Proza wedle moich nadziei i założeń wi
Zamierzyłem Bezpowrotnie utraconą leworęczność jako rodzaj dzie
Oto południową albo wczesnopopołudniową porą ruszam do redakcji „Tygodnika Po- wszechnego” i mile jestem podniecony nieuniknioną perspektywą przypadkowego spotkania, a może nawet perspektywą całej serii przypadkowych spotkań. Bo jak się w południe albo we wczesne popołudnie idzie przez Kraków, tak jak ja idę, to znaczy, jak się wysiada z tramwaju pod Pocztą Główną i potem idzie się Sie
Ach, Bronio, Bronio Maj! Tysiąc więzi mnie z tym drobnym blondynkiem o figlarnym spojrzeniu łączy. Łączą nas wspólne zainteresowania, wspólne światy przedstawione, wspól- ne historie uniwersyteckie, wspólna dola felietonistyczna, wspólny paniczny strach przed przyjazdami Ola Jurewicza, wspólne daremne i na wskroś utopijne nadzieje, nadzieje na za- robienie na pisaniu gigantycznego szmalu, wspólna słodka pewność, że do końca życia żyć będziemy – jak to Bronio mówi – na zapleczu sracza… I drugi tysiąc jeszcze i