Страница 11 из 38
Położona na stromym stoku nad rzeką, blisko mostu na Pile, willa „Zacisze” znajdowała się już poza terytoriami mojego dzieciństwa. Począwszy bowiem mniej więcej od wysokości mostu przy basenie, tamtymi dzikimi rewirami władali groźni bracia Kubieniowie, i my, lu- dzie z Centrum, nie zapuszczaliśmy się tam raczej. Jak się okazuje, unikanie pewnych stron może być naznaczone pokoleniowością. Moja dalekosiężnie toksyczna matka opowiada mi, że jej dalekosiężnie toksyczna matka (czyli moja dalekosiężnie toksyczna babka) nie zezwa- lała nawet zbliżać się do okolic willi „Zacisze”. Powodem nie byli wszakże nie urodzeni jesz- cze bracia Kubieniowie. Powodem było to, iż wtedy, przed wojną, biskup Bursche zwykł każdego letniego ranka kąpać się w rzece całkiem bez ubrania. Ilekroć myślę o popłochu po- znawczym, w jaki naturystyczne kąpiele biskupa Burschego musiały wprawiać i mitycznie do dziś wprawiają miejscowych ewangelików, błogo i osobliwie lekko na sercu mi się robi.
W gruncie rzeczy pierwszy raz z tak ściśle przestrze
Z dziejów willi „Zacisze” dowiaduję się, że dom ten wedle starej numeracji opatrzony był numerem 568. To jest nadzwyczaj ciekawe i bardzo zastanawiające, bo u nas stary numer domu był 569. Potem następny u Chmiela 472, potem Cieślar – Oglądacz 637, wcześniej
„Wojnar” (dom towarowy) 78, gospoda „Piast” 77, fara 76, stara szkoła 75, ale już następny Dom Zborowy brawurowo kontrapunktował lekko tu zarysowany zarys liczbowego ładu i nosił numer 1006. Numeracja domów była chronologiczna po prostu, co zresztą w połączeniu z brakiem nazw ulic oraz w połączeniu z powtarzalnością kilku miejscowych nazwisk jeszcze w latach siedemdziesiątych stanowiło źródło niewyczerpanej zabawy, gdy widziało się zzia- janych jak psy i objuczonych jak dromadery letników usiłujących gdzieś trafić, znaleźć które- goś z niezliczonych tutejszych Cieślarów, Pilchów albo Czyżów. Myśmy z zapałem zaryki- wali się z tych niedojdów, choć sami, gdzie jest jaki numer i w której kto dolinie mieszka, nie mieliśmy pojęcia. To była przysługująca starszyźnie wiedza tajemna.
Babcia, Dziadek, Ojciec, Biskup i Biskupina, kiedy siedzieli w wielkiej izbie na tych co zawsze krzesłach i na tych co zawsze fotelach, kiedy rozmawiali o miejscowych ewangeli- kach, zawsze nazwisko uzupełniali odpowiednim numerem domu. Cieślar – numer taki a taki. Czyż – numer taki a taki. Pilch – numer taki a taki – mówili. Ja byłem w sieni pod drugimi wiecznie zamkniętymi drzwiami i miałem wtedy to samo co dzisiaj: zeszyt i ołówek. Dalej tam jestem, dalej słyszę niewyraźne głosy i dalej marne jest pismo moje. Nie znam liczb ani imion, mam czekać cierpliwie. Dopiero za wiele lat usłyszę wyraźniej, zacznę domyślać się kolejności rzeczy, ustalę nikomu niepotrzebną datę postawienia domu, dowiem się, gdzie kto mieszkał i co kiedy zostało powiedziane, i zapiszę to prawą ręką w fatalnym zeszycie. Po- znam przelotne satysfakcje rękodzielnika mozolnie oddzielającego śnieg od wody…
Futbol funebre
Czasem mi się zdaje, że piłka nożna umarła, sczezła, przestała istnieć. Wydaje mi się, że zlikwidowano i zamknięto wszystkie stadiony świata, zaorano boiska (oracz przez pole karne za pługiem idzie, skowronek nad nim dzwoni), rozwiązano wszystkie ligi, buty zawieszono na kołkach. Ludzkość nagle, z dnia na dzień, jakby rażona jakimś antyfutbolowym gromem albo jakby zarażona jakimś uodporniającym na futbol bakcylem, przestała grać i przestała intere- sować się piłką nożną. Biała azjatycka trawa zarosła bramki i trybuny honorowe.
Sny też miewam koszmarne, często krzyczę w nocy, śni mi się, że siedzę na ławce rezer- wowych, jestem już gotowy, jestem już rozgrzany, jestem już ubrany, mam na sobie koszulkę w biało-czerwone pasy i czarne szarawary, i ochraniacze na goleniach i kolanach, i zaraz mam wejść na boisko i zgodnie ze swymi umiejętnościami rozstrzygnąć losy meczu, trener o twarzy Krzysztofa Kozłowskiego pochyla się nade mną i mówi: – Jerzy, teraz ty. – I ja pod- noszę się z ławki rezerwowych i gotów jestem jak wściekłe zwierzę wtargnąć na murawę, ale nie mogę, nogi mam jak z waty, nogi mam spętane. I boisko nagle, ni stąd, ni zowąd, faluje niczym wzburzone morze, prowadzę piłkę pomiędzy ruinami skrytymi w trawie, składam się do strzału i – całkiem jak na jawie – nic mi nie wychodzi.
Gazety podają wyniki meczów, drukują tabele, na ekranie telewizora widać pły