Страница 10 из 38
pirat - zapewne nie bez znaczenia była zgodność imion).
Nie o obraz wszakże szło, lecz o duszę. Nie tylko biegli w piśmie ewangelicy wiedzą, że w Księdze Rodzaju (przy tym przykładzie zostaję, bo, jak mówię, Katechetka Marteczka była szczególnie mocna w opowieściach o stworzeniu świata i w ogóle w Starym Testamencie, sceny z Ewangelii, owszem, też szły nieźle, ale – jak się zdaje – wielka żarliwość wiary para- liżowała wówczas jej umiejętności narracyjne. Prawdziwie epicki dystans osiągała w opowia- daniu o Księgach Mojżeszowych). Otóż nie tylko biegli w Piśmie ewangelicy wiedzą, że w Księdze Rodzaju o miłości pomiędzy Adamem i Ewą nie ma ani słowa. Oni oczywiście nie mieli specjalnego wyboru, a miłość, co nie ma wyboru, przeważnie jest trudna, ale nawet o tej ewentualnie trudnej miłości nie ma w Biblii mowy. Najpierw był On, Adam, potem była Ona
(w raju bezimie
Nawet jeśli stary Pilch puszczał jakąś ruską ramotę woje
Drugie, wiecznie zamknięte drzwi
Ojciec zawsze twierdził, że wszystko, co Biskup Wantuła mówi przy stole, należałoby in extenso spisywać i potem ogłaszać na podobieństwo Luthers Tischreden – Mów Stołowych Marcina Lutra.
Brałem więc ołówek i zeszyt i w sieni, pod drugimi wiecznie zamkniętymi drzwiami wio- dącymi do wielkiej izby, czyhałem na każde słowo. „I nieraz tak ukazywał się na ambonie” – mówił Biskup, ja zaś bestialsko zmuszaną do pisania prawą ręką notowałem w pośpiechu: „i nieraz tak ukazywał się”, i rzecz jasna, niczego więcej niezdarnymi, ale za to chwalebnie praworęcznymi kulfonami nie byłem w stanie zaprotokołować.
Jakże dalekosiężna była toksyczność mojej babki. Gdyby nie unicestwiała mojej leworęcz- ności, gdyby pozwalała mi pisać tak, jak chciałem, kto wie, może nie tylko moje życie nie byłoby wypełnione udręką, może istniałby też choć jeden, choć szesnastokartkowy zeszyt Mów stołowych Andrzeja Wantuły. A jest tylko ledwo czytelny na drzewnym papierze kośla- wy ścieg kopiowego ołówka marki Victoria Cop. Fragment dziecięcego manuskryptu. Zga- szony wers płomie
O kim on wtedy opowiadał? O kim on wtedy, kiedy siedział na tym co zawsze fotelu i palił te co zawsze papierosy – mówił? O którym z wielebnych księży pastorów dawał niewesołe, a może przeciwnie – bardzo wesołe podobieństwo? Bo że była to opowieść o jakimś pastorze, to jasne, to łatwo wydedukować i z treści praworęcznego autografu, i w ogóle Wantuła lubił opowieści o księżach. Był poniekąd koneserem i wytrawnym praktykiem heroikomicznej epi- ki duszpasterskiej. Miał też cechę, którą w prawdziwie wielkich ludziach lubię specjalnie – głupotę ludzką zwykł mianowicie nazywać po imieniu, nie spowijał się przy takich sposobno- ściach w woale rzekomej wyrozumiałości i pozornie dobrych manier. Daleko nie szukając: Jerzy Turowicz ma to samo. Nie wiem, czy ktoś zauważył, a jak zauważył, czy odnotował, że jednym z ulubionych i nadzwyczaj fakultatywnie używanych słów – kluczy w słowniku Na- czelnego jest słowo: bałwan. Wantuła takiego słowa – klucza nie miał, natomiast jego szla- chetne, naznaczone wyrazistymi krzaczastymi brwiami oblicze nabierało w pewnych sytu- acjach (w trakcie pewnych opowieści) wyrazu niesłychanego obrzydzenia. Rzec by można: fetor głupstwa wykrzywiał mu rysy w ohydnym grymasie.
Ale chyba tamta opowieść nie była jadowitą opowieścią. To mogła być raczej jedna z kla- sycznych i do dziś chętnie przez lud ewangelicki słuchanych i opowiadanych humoresek ka- płańskich. Fraza: „tak ukazał się na ambonie” jak ulał pasuje np. do sławnego wiślańskiego występu śp. księdza Szurmana, który, cytując w trakcie kazania słowa Ewangelii Jana, gdzie w rozdziale 16. Pan Jezus powiada do uczniów swoich: „maluczko a nie ujrzycie mnie i zasię maluczko a ujrzycie mnie”, otóż ksiądz pastor Szurman w homiletycznym zapale wsparł wówczas słowo Boże wyrazistym ludzkim gestem i wykrzyknąwszy gromko: „maluczko a nie ujrzycie mnie!”, kucnął znienacka w głębi kazalnicy i prawdziwie stracił się z oczu oniemia- łych zborowników i trwał w swym zniknięciu dobrych kilka sekund. „Maluczko a ujrzycie mnie!” – ryknął po chwili w kierunku budzących się z pierwszego i natychmiast popadających w kolejne, głębsze osłupienie wiernych i wyskoczył w górę, i zasię ujrzeli go, prawie frunął i jego atletyczna postura zdawała się eksplodować pod rozdętą niby czasza czarnego spadochronu togą o nieznanym wtedy rozmiarze XXL.
Albo ksiądz pastor Lasota z Jaworza. Ksiądz Lasota mógł być z pewnością bohaterem i tamtej, i tysiąca i
Tak. Mógł to być ksiądz Szurman, mógł to być ksiądz Lasota. Mógł to też być, na przy- kład, równie jak Lasota sławny i równie facecjoge
Przeczytałem akurat wydaną nakładem Towarzystwa Miłośników Wisły książkę o dziejach willi „Zacisze” [3], którą zbudował i w której przemieszkiwał biskup Juliusz Bursche, i tak mi się właśnie, wedle praw koniecznej dowolności, złożył mechanizm tej historii. (Skądinąd bar- dzo widoczne i bardzo oczywiste istnieją pomiędzy Burschem i Wantułą związki, obaj byli biskupami Kościoła ewangelickiego, drugi dzieło pierwszego w pewnym sensie kontynuował, obaj byli w niemieckich obozach, Bursche tam zginął, Wantuła stamtąd wyszedł).
[3] Stanisława Valis Schyleny, Zachowane w pamięci. Ludzie wiślańskiego „żacisza”, przedmowa Jan Kropp, Wisła 1998.