Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 9 из 38

Jedną z najważniejszych, jeśli po prostu nie najważniejszą przygodę mojego życia, przy- godę grania w drużynie Jerzego Turowicza przeżywam już od dobrych paru lat i muszę po- wiedzieć, że na pewien sposób Szef jest dalej i przez cały czas taki sam, jak wtedy w ekspre- sie Warszawa – Kraków. Jest niezmiernie bliski i zarazem daleki. Być może jest to jeden z sekretów jego niesłychanej charyzmy. Bo my w „Tygodniku” doskonale wiemy, że do Szefa można pójść zawsze w każdej, najbardziej nawet osobistej i zarazem duperelnej sprawie, i wiemy zarazem, że chodzi się do Niego tylko w sprawach najważniejszych. To swoiste połą- czenie intymności z pewnego rodzaju posągowością jest, moim zdaniem, jedną z tajemnic Naczelnego.

Dociskam pedał patosu do dechy i wzruszony wyznaję, iż ja, Pilch, w kierowanym przez Jerzego Turowicza piśmie doświadczyłem samych dobrych rzeczy, niekiedy mam poczucie, że dopiero tu się w sensie intelektualnym narodziłem, że tu spełniły się niektóre dość podsta- wowe moje zamiary, niemałe, jeśli nie największe, znaczenie ma fakt, że ze strony Szefa i kolegów doznałem nieraz wyrozumienia i to wręcz w sensie ma

Nie będę też grzeszył uskarżaniem się na mój ciężki los felietonisty. Pisanie felietonów bywa oczywiście zajęciem nikczemnym, ale w końcu z własnego wyboru człowiek skazuje się niekiedy na obcowanie z nikczemnymi płodami myśli ludzkiej, nie mam zatem co narze- kać, że finały bywają przykre. Satysfakcji zresztą doznałem niechybnie więcej niż przykrości, bo w końcu, jak bolało tych, których miało boleć tak, że dzieci

Cud czasu ujemnego

Niedziela, a zwłaszcza niedzielne przedpołudnie to był czas cudów, w niedzielne przed- południe Morze Czerwone rozstępowało się przed ludem Izraela, Królewna Śnieżka budziła się ze śmiertelnego snu, z grobu podnosił się Łazarz, rozstępowało się zbocze góry i widać było złotą łunę sezamu. Cuda następowały z zawrotną prędkością, jeden po drugim.

Szkółka niedzielna kończyła się o pół do jedenastej i o tej samej godzinie zaczynał się po- ranek filmowy. Gnaliśmy na złamanie karku, rozwijaliśmy kosmiczne prędkości niczym dzie- siątki lat później Jerzy Jarzębski w swoim sławnym trabancie. Dom Zborowy od kina „Ma- rzenie” dzieliło może dwieście, może trzysta kroków i z Jerzykiem Cieślarem osiągaliśmy na tej trasie czasy ujemne, całkiem jak Jarzębski na trasie Gołębnik – Jagiellonka. Wiem, co mówię, jechałem raz z tym znawcą prozy współczesnej z Gołębnika do Jagiellonki. Marian Stala może potwierdzić, bo on też jechał. On też na początku lat osiemdziesiątych nierozważ- nie wsiadł do złowieszczego trabanta. Nie powi

Cud ponadświetlnej prędkości, cud czasu ujemnego, to był zaledwie wstęp do cudów, po- wietrzna bieżnia, nadprzyrodzone przęsło łączące Biblię z kinem. Nieraz zresztą obywało się bez panicznego lotu na złamanie karku. Zależało, który ksiądz miał kazanie. Zasady bowiem były takie, że szkółka niedzielna powi

Zborownicy zawsze z osobliwym entuzjazmem śpiewali końcowy psalm, do dziś sam ży- wię do tej starej pieśni wielki sentyment, ze stanem wielkiej ulgi kojarzy mi się jej prawie skoczna melodia. Wiem, co mówię, nie tylko na szkółce niedzielnej bywałem w głębokim dzieciństwie, bywałem i na nabożeństwach w ich pełnym – by tak rzec – wymiarze. Światłych ewangelików, co miewali jasność, że zmuszanie dziecka do udziału w nabożeństwie prote- stanckim to jest zbrodnia przeciwko ludzkości, zawsze było mało, a pośród moich czcigod- nych krewnych i przodków nie było ich w ogóle. Dziś już zresztą wszystko jedno, rozlegała się końcowa pieśń, Marteczka Katechetka, co jak nikt umiała opowiadać o stworzeniu świata, otwierała drzwi Domu Zborowego i gnaliśmy z Jerzykiem na złamanie karku do kina. „Udziel nam pokoju / W te dni pełne znoju – darliśmy się jak opętani – Duchu Święty oświeć nas, / Drogę do Jezusa wskaż!” – śpiewaliśmy na całe gardła i biegnąc jak szybkobiegacze, ostroż- nie nieśliśmy zarazem w sercach kruchą jak płomień nadzieję, iż stary Pilch, bileter i operator w jednej osobie, znów będzie w sztok pijany i zamiast bajek puści coś dla dorosłych.

Bajki, owszem, były w porządku, ale w porównaniu z cudami biblijnymi opowiadanymi przez Marteczkę wypadały blado. Z jednej strony pomiędzy – powiedzmy – wskrzeszeniem córki Jaira albo wskrzeszeniem Łazarza a zmartwychwstaniem Królewny Śnieżki zachodziła prosta korespondencja fabularna. Z drugiej wszak obraz wychodzącego po czterech dniach z grobu, cuchnącego i spowitego w chusty brata Marii i Marty z Betanii, zmarłego w dodatku jakby na paradoksalne życzenie Pana Jezusa, który zwleka z uzdrowieniem chorego (ta cho- roba nie jest na śmierć – powiada do ponaglających go uczniów – i dopiero po dwu dniach spieszy, by dać pełen splendor swych boskich umiejętności, by już nie chorego do zdrowia, lecz zmarłego do życia przywrócić), otóż taki obraz, taka sekwencja obrazów, choć niewi- doczna na ekranie – a może przez to – była nieskończenie bardziej dramatyczna. Co i