Страница 28 из 114
– Oc, senher – potwierdziła Marieta. – Główne wejście jest od północy. Pan kazał tam zrobić trakt od drogi do Sougraigne. Ale to na piechotę godzina albo i lepiej, dookoła Re
– A czy pani kazała ci przyprowadzić nas górską ścieżką? Dziewczyna spiekła raka.
– Nie zabroniła.
Czekali cierpliwie, aż Marieta wyłowi z kieszeni fartucha wielki mosiężny klucz. Nie bez trudu przekręciła go w zamku, pchnęła prawe skrzydło i wpuściła gości. Zaraz po ich przejściu zamknęła zgrzytliwą bramę.
Leonie czuła się nieswojo. I zdenerwowana, i podekscytowana. Idąc za Anatolem wąską zieloną ścieżką, najwyraźniej rzadko używaną, miała wrażenie, że jest bohaterką jakiegoś opowiadania. Wkrótce dotarli do wysokiego żywopłotu z łukowatym przejściem, ale zamiast podążyć w tamtym kierunku, zostali poprowadzeni na szeroki podjazd, wysypany żwirem i dobrze utrzymany, bez śladu mchu czy trawy, obwiedziony szpalerem chataignier, którym z gałęzi zwisały kasztany w kolczastych łupinach.
W końcu ujrzeli dom.
– Och! – wyrwało się Leonie w zachwycie.
Był wspaniały. Imponujący, o doskonale wyważonych proporcjach, perfekcyjnie zaprojektowany w taki sposób, że jednocześnie korzystał ze słońca i otwierał widok na dolinę. Parter oraz dwa piętra zwieńczał lekko skośny dach. Od białych ścian odcinały się rzędy okie
Gdy podeszli bliżej, Leonie dostrzegła na występie wzdłuż najwyższego piętra gładki murek, a za nim osiem okrągłych okienek.
Może z któregoś z nich wyglądała kiedyś mama?
Szerokie stopnie, rozłożone w półokrąg, prowadziły do podwójnych drzwi wejściowych z czarnego drewna, z mosiężną framugą i kołatką. Chronił je łukowaty kamie
Weszli do obszernego holu. Podłogę wyłożono szachownicą czerwonych i czarnych płytek, ściany oklejono kremową tapetą w żółte i zielone kwiaty, dzięki której wnętrze zdawało się bardziej przestro
Na ścianach wisiały portrety wąsatych mężczyzn w różnych mundurach oraz kobiet w sukniach o sutych spódnicach, a także wybór zamglonych krajobrazów i klasyczne sceny sielankowe.
Na lewo od wielkich schodów, prowadzących na piętro, stał fortepian muśnięty cieniuteńką warstewką kurzu.
– Madama przyjmie państwa na tarasie popołudniowym – oznajmiła
Marieta.
Poprowadziła ich przez oszklone drzwi balkonowe, wychodzące na południe, na taras ocieniony winoroślą i kapryfolium. Biegł przez całą szerokość domu, otwierając widok na doskonale utrzymane klomby i trawniki. Odległy rząd kasztanowców i jodeł znaczył granicę, w słońcu błyszczała altana ze szkła i pomalowanego na biało drewna. Na pierwszym planie wzrok przyciągała gładka powierzchnia stawu.
– Tędy, madomaisela, senher.
Poszli za służącą w dalszy koniec tarasu, do plamy cienia rzucanego przez dużą żółtą markizę. Stał tam stół nakryty dla trzech osób. Biały obrus, biała porcelana, srebrne sztućce i bukiet polnych kwiatów na środku: fiołki, bodziszki, lilie.
– Powiem pani, że państwo już są. – Marieta zniknęła w półmroku
spowijającym wnętrze domu.
Leonie oparła się o kamie
– Poprowadziła nas dookoła – zauważyła.
Słucham?
Dziewczyna wskazała wysoki żywopłot na krańcu trawnika.
– Gdybyśmy przeszli pod łukiem, przecięlibyśmy ogród. A ona zapro
wadziła nas naokoło, żebyśmy podeszli od frontu.
Anatol także zdjął kapelusz i wraz z rękawiczkami położył go na murku.
– Budynek jest piękny. Mogliśmy podziwiać widoki.
– Nie przysłali powozu, gospodyni nas nie wita – ciągnęła Leonie wszystko to bardzo dziwne.
– Zobacz, jakie piękne ogrody.
– Tak, to prawda, tutaj są piękne, ale od tyłu posiadłość wygląda na zaniedbaną. Opuszczoną. Zniszczona oranżeria, zarośnięte klomby…
Anatol zaśmiał się głośno.
– „Zaniedbana"! „Opuszczona"! Przesadzasz, siostrzyczko. Przyznaję, majątek jest w stanie raczej zbliżonym do natury, ale poza tym…
– Jest kompletnie zaniedbany! – Upierała się Leonie z wypiekami na twarzy. Oczy jej błyszczały. – Nic dziwnego, że ma taką złą opinię w okolicy!
– Nie rozumiem.
– Ten impertynent na stacji, pan Denarnaud… Pamiętasz jego minę, kiedy powiedziałeś, dokąd jedziemy? A co mówił doktor Gabignaud? Pan Fro-rnilhague od razu go uciszył. Pamiętasz? Wszystko to bardzo tajemnicze.
– Nic podobnego – zaprzeczył Anatol zirytowany. – Ty się we wszystkim dopatrujesz mrocznych historii, niczym z opowiadań twojego ulubionego pana Poego. – Zrobił przerażającą minę. – „Złożyliśmy ją do grobu żywcem" – zacytował trzęsącym się głosem. – „A teraz stoi w drzwiach!". Będę Roderickiem Usherem, ty się zmienisz w Madeleine.
– A zamek był zardzewiały – dorzuciła nieustępliwie. – Najwyraźniej dawno nikt go nie otwierał. Mówię ci, to wszystko jest bardzo dziwne.
Za ich plecami odezwał się miękki, czysty głos.
– Przykro mi, że tak to odczuliście, chciałabym jednak zapewnić was,
że jesteście tutaj mile widziani.
Anatol aż się zatchnął.
Leonie poczuła, że twarz jej płonie. Obróciła się gwałtownie.
W progu stała kobieta doskonale pasująca do głosu. Elegancka i pewna siebie, wysoka, smukła. Rysy miała doskonale harmonijne, cerę olśniewającą. Gęste blond włosy zostały zebrane wysoko, ani jedno pasmo nie śmiało się wymknąć spod kontroli. A najbardziej przyciągały uwagę oczy, jasnoszare jak ortoklaz, kamień księżycowy.
Dłoń Leonie sama poderwała się ku niesfornym lokom nie do okiełznania.
– Ciociu, my…
Objęła wzrokiem zakurzone stroje podróżne. Ubiór ciotki był nieskazitelny. Modna kremowa bluzka ze stójką i bufiastymi rękawami, identycznego koloru spódnica o prostym kroju z przodu, dopasowana w talii i marszczona z tyłu.
Izolda postąpiła do przodu.
– Witaj, Leonie – rzekła, podając dziewczynie smukłą dłoń o długich
palcach. – I ty, Anatolu.
Młody mężczyzna skłonił się i pochylił nad dłonią gospodyni.
– Ciociu rzekł z uśmiechem, podnosząc na kobietę spojrzenie ocienione czarnymi rzęsami. – Miło nam cię poznać.
– Cała przyjemność po mojej stronie. I proszę, mów mi po imieniu, Anatolu. „Ciocia" brzmi zbyt oficjalnie. Poza tym w tej roli czuję się stara.
– Służąca przyprowadziła nas tylnym wejściem – powiedział Anatol. Gorąco też zrobiło swoje, dlatego Leonie była poirytowana, ale – objął szerokim gestem dom oraz całą posiadłość – skoro taka jest nagroda za trudy podróży, warto było je podjąć.
Izolda podziękowała za komplement lekkim skinieniem głowy, po czym zwróciła się do Leonie.
– Prosiłam Marietę, by wam wyjaśniła niefortu
ale ta dziewczyna jeszcze ma pstro w głowie. Przykro mi, że pierwsze wrażenie wypadło nie najlepiej. Cieszę się jednak, że już dotarliście.
Leonie w końcu odzyskała głos.
– Ciociu, wybacz mi nieuprzejme zachowanie.
– Nie ma o czym mówić – rzekła z uśmiechem gospodyni. – Siadajcie. zapraszam. Najpierw herbata, a l'anglaise, potem Marieta zaprowadzi was do pokojów.
Zajęli miejsca i natychmiast przyniesiono im srebrny czajniczek z naparem, dzbanek świeżej lemoniady, a zaraz potem talerze z pikantnymi przekąskami oraz słodyczami.
Izolda nalała gościom herbaty. Napar był delikatny, jasny, pachniaJ drewnem sandałowym i Orientem.
– Cóż za aromat! – zachwycił się Anatol. – Co to takiego?
– Mieszanka mojego pomysłu. Lapsang souchong i verveine. Werbena z tą szczególną czarną herbatą wydaje mi się znacznie bardziej orzeźwiająca niż ciężkie angielskie i niemieckie napary, tak modne ostatnimi czasy. -Podsunęła Leonie talerz z cieniutkiej porcelany, na którym ułożono duże plastry jasnożółtej cytryny. – Wasza mama przysłała bardzo miły telegram, potwierdzający wasz przyjazd. Mam nadzieję, że ją także dane mi będzie poznać. Może zdołałaby się tu wybrać wiosną?
Leonie miała w pamięci niechęć matki do rodzi
– Mama będzie zachwycona. Zimą miała kłopoty ze zdrowiem,
w przeciwnym razie przyjechałaby pożegnać wujka.
Izolda uśmiechnęła się i odwróciła do Anatola.
– Czytałam w gazetach, że w Paryżu temperatura spadła znacznie po
niżej zera. Aż trudno w to uwierzyć!
Anatolowi rozbłysły oczy.
– Rzeczywiście, świat zlodowaciał. Nawet Sekwana zamarzła! Ludzie
umierali z zimna na ulicach, aż władze były zmuszone otworzyć schroni
ska w szkołach, strzelnicach, w łaźniach, nawet w Palais des Arts Liberaux
na Polach Marsowych, w cieniu wyniosłej wieży pana Eiffela.
– I w salach do szermierki? Anatol zamrugał zdziwiony.
– Jak to?
– Masz skaleczenie nad okiem. Myślałam, że wprawiasz się we władaniu ostrzem.
– Anatol został napadnięty – wtrąciła się Leonie – w noc rozruchów w Palais Garnier.
– Bardzo cię proszę…! zaprotestował.
– Raniono cię? zaniepokoiła się Izolda.
Wyszedłem z kilkoma siniakami, nie ma o czym mówić – uciął, rzucając siostrze wściekłe spojrzenie.
– Tutaj nie dotarły wieści o rozruchach? – spytała Leonie. – W Paryżu nie pisano o niczym i
Izolda nie spuszczała wzroku z Anatola.
– Okradziono cię?
– Straciłem zegarek, pamiątkę po ojcu. Na szczęście nie zdążyli mi zabrać nic więcej.
– Napadli cię uliczni rabusie? – Wydawać by się mogło, że Izoldzie zależało na odpowiedzi twierdzącej.