Страница 27 из 114
Anatol wyjął papierośnicę, poczęstował lekarza, osłaniając zapałkę dłonią, przypalił oba papierosy.
– A jak ma na nazwisko ten ksiądz doskonały?- spytał, wydmuchując dym.
– Sauniere. Berenger Sauniere.
Znaleźli się na prostym odcinku drogi, konie przyśpieszyły, hałas wzmógł się do tego stopnia, że dalsza rozmowa była niemożliwa. Leonie nie miała nic przeciwko takiej przerwie. W głowie tłukły jej się niespokojne myśli, bo gdzieś w gąszczu słów Gabignauda skryło się coś ważnego.
– Tylko co?
Po chwili woźnica zwolnił. Przy akompaniamencie brzęku uprzęży i uderzeń lamp o boki wozu zjechali z głównej drogi w dolinę rzeki Salz.
Leonie poddała się urokowi krajobrazu, przepięknej alei, utworzonej przez skały, las i niebo. Dwie wieże strażnicze, które z bliska okazały się kamie
Trakt wił się zakolami na podobieństwo węża. Okolica zapierała dech w piersiach. Istna arkadia. Dookoła wszystkie odcienie zieleni – soczystej, oliwkowej, szmaragdowej, w kolorze absyntu – przesyconej słońcem. Srebrne spody liści odwracanych przez wiatr połyskiwały między ciemniejszymi tonami jodeł i dębów. Nad linią drzew rysowała się dramatycznie poszarpana krawędź wierzchołków, pradawne sylwetki menhirów, dolmenów i rzeźb wykutych w skale przez naturę. Jak okiem sięgnąć – antyczna historia. Czytelna jak na kartach książki.
Podróżnym towarzyszył szum rzeki, która czasem ukazywała się. połyskując w słońcu, jakby się bawiła w chowanego, zdradzała swoją obecność, tocząc wody po kamieniach, ginąc pod splątanymi gałęziami wierzb, które zwieszały głowy nisko nad jej korytem. Prowadziła ich ku przeznaczeniu.
ROZDZIAŁ 23
Re
Podkowy zadudniły na moście, konie przeszły w kłus.
Na zakręcie drogi ukazało się Re
Przed wjazdem na główną ulicę courrier zwolnił, ledwo się toczył. Po prawej mieli pionową szarą ścianę górskiego zbocza, po lewej ciągnęły się domy, pensjonaty i hotele. Na każdym budynku zamocowano przynajmniej jedną lampę gazową w solidnej metalowej oprawie.
Nie takiego pierwszego wrażenie spodziewała się Leonie. Znalazła się w eleganckim modnym miasteczku, gdzie czuło się dobrobyt. Sama droga, choć z ubitej ziemi, była czysta i doskonale utrzymana, a do domów prowadziły szerokie kamie
Skręcili z głównej drogi i woźnica zatrzymał konie.
– La Place du Perou. S'il vous plait. Terminus.
Koniec podróży.
Niewielki skwer z trzech stron otaczały budynki. Ocieniały go drzewka cytrynowe. Złote słońce, przesiane przez liście, tworzyło na ziemi ruchomą szachownicę. Znajdował się tam także wodopój dla koni. Z parapetów barwnymi kaskadami spływały ostatnie letnie kwiaty, a w ocienionej pasiastymi markizami kawiarence na rogu siedziały doskonale ubrane damy oraz ich męska eskorta, pokrzepiając się jadłem i napojem. Na drugim rogu Wznosił się kościółek.
– Szalenie malownicze – mruknął Anatol.
Woźnica zeskoczył z kozła i zajął się wyładowywaniem bagażu.
– S'il vous plait, mesdamcs et messieurs. La Place du Perou. Terminus – Powtórzył.
Pasażerowie jeden po drugim zsiadali z wozu. Padały śpieszne słowa pożegnania, jak to zwykle bywa między osobami, które razem podróżowały, ale poza tym niewiele mają ze sobą wspólnego. Pan Fromilhague uchylił kapelusza i zniknął. Gabignaud potrząsnął dłonią Anatola, a następnie wręczył mu wizytówkę, zapewniając, że ma nadzieję spotkać go jeszcze, może przy stoliku do kart albo na którymś z wieczorków muzycznych, organizowanych w Limoux lub Quillan. Następnie, uniósłszy kapelusz przed Leonie, podążył swoją drogą.
Anatol objął siostrę za ramiona.
– Nie jest tak źle, jak się obawiałem.
– Jest cudownie. Naprawdę, uroczo.
Na skwerku pojawiła się zdyszana dziewczyna w szarym stroju pokojówki. Była pulchna i śliczna, miała oczy czarne jak węgiel i prowokujące usta. Spod białego czepka uciekło pasmo grubych czarnych włosów.
– Aha! Oto nasz komitet powitalny – domyślił się Anatol.
Za służącą ujrzeli młodego człowieka o przystojnej twarzy, także z trudem łapiącego oddech. Miał na sobie koszulę rozpiętą od szyją, w dekolcie zawiązał czerwoną chustkę.
– Et voila – skwitował Anatol. – Jeśli się nie mylę, znamy już także
przyczynę spóźnienia naszej przewodniczki.
Dziewczyna upchnęła włosy pod czepkiem i podbiegła do przyjezdnych. Dygnęła.
– Senher Vernier? Madomaisela. Madama przysłała mnie, żebym pań
stwa zaprowadziła do Domaine de la Cade. Kazała przeprosić, ale dwu-
kółka się popsuła. Już naprawiają, ale madama powiedziała, że prędzej bę
dzie na piechotę. – W tym miejscu służąca obrzuciła spojrzeniem pełnym
zwątpienia delikatne pantofelki z koźlej skórki na nogach Leonie. – Jeśli
państwo nie mają nic przeciwko…
Anatol zlustrował dziewczynę uważnym spojrzeniem. Jak się nazywasz?
– Marieta, senher.
– Doskonale. Powiedz nam wobec tego. ile potrwa naprawa dwukółki?
– Ja tam nie wiem. Koło się złamało.
– A jak daleko jest do Domaine de la Cade?
– Pas luenh. Niedaleko.
Obejrzał się przez ramię na zdyszanego chłopaka.
– Bagaże zostaną dostarczone później?
– Oc, senher. Pascal przyniesie.
– W tej sytuacji – Anatol zwrócił się do siostry – skoro brak jakiejkolwiek obiecującej alternatywy, głosuję za tym, byśmy postąpili zgodnie z radą ciotki i poszli pieszo.
– Co?! – wyrwało się Leonie. Przecież ty nie znosisz chodzić! – Położyła dłonie na swoich żebrach, przypominając mu w ten sposób, że jest ra
– Nic mi nie będzie – odparł. Przyznaję, nie jestem z tego powodu uszczęśliwiony, ale jakie mamy i
Służąca uznała jego słowa za polecenie, więc dygnęła ponownie, odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
Leonie patrzyła za nią z otwartymi ustami.
– Co to za…! – wykrztusiła, gdy wreszcie odzyskała głos.
Anatol zaśmiał się głośno, odrzucając do tyłu głowę.
– Witamy w Re
Bo zostaniemy tu sami!
Marieta poprowadziła ich cienistym przesmykiem między domami. Chwilę później wynurzyli się w słońcu na starym kamie
– Leonie, depeche-toil – zawołał Anatol.
– Dobrze, dobrze, już idę.
Przeszli przez rzekę, skręcili w prawo i znaleźli się na jakiejś ścieżynce, wiodącej ostro w górę, pomiędzy drzewa na zboczu wzgórza. Rodzeństwo w ciszy szło jedno za drugim. Każdy oddech był ce
Coraz wyżej wspinali się górskim szlakiem, cętkowanym kamieniami i opadłymi z drzew liśćmi, coraz bardziej zagłębiali się w gęsty las. Wkrótce ścieżka wyprowadziła ich na wiejską drogę, poznaczoną zaschniętymi koleinami i śladami kopyt. Tutaj drzewa odsunęły się nieco od traktu, więc między poszczególnymi kępami kładły się długie cienie.
Leonie przystanęła, spojrzała w tył. W dole, ciągle jeszcze dość blisko, widziała spadziste, czerwone i szare dachy Re
Trzeba iść.
W pewnej chwili szlak powiódł ich lekko w dół i zaraz wyszli na płaskowyż. Na wprost mieli kamie
Miejsce o takiej reputacji…
– Co to znaczy cade! zapytał Anatol.
– My tutaj tak nazywamy jałowiec, senher wyjaśniła służąca.
Leonie podeszła do płotu i oparła dłonie na prętach, jak więzień na kratach. Przycisnęła rozpaloną twarz do chłodnego metalu. Za ogrodzeniem rozciągał się ogród.
Całość spowijał wilgotny półmrok gęstej zieleni, tu i ówdzie połyskiwała słoneczna szczelina. Krzewy ozdobne, krzaki bzu, żywopłot i klomby, kiedyś zapewne kipiące barwami, sprawiały wrażenie zaniedbanych. Lekceważąco potraktowane ozdoby świadczyły o tym, że nie spodziewano się tutaj żadnych gości.
Na środku szerokiej żwirowej ścieżki, wiodącej od bramy do domu, stał pusty i suchy basen dla ptaków. Po lewej – wyschnięte oczko wodne. zwieńczone jakąś zardzewiałą konstrukcją. Po prawej – rząd jałowców rosnących dziko, nieokiełznanych. A nieco dalej ruina oranżerii z powybijanymi szybkami.
Gdyby Leonie trafiła tutaj przypadkiem, uznałaby to miejsce za opuszczone. Spojrzała w prawo i ujrzała nad ogrodzeniem tablicę z szarego łupku. Słowa na niej wypisane znaczyły ciemne smugi. Jak ślady szponów.
Domaine de la Cade.
Ten dom nie życzył sobie odwiedzin.
ROZDZIAŁ 24
– Zakładam, że istnieje i