Страница 69 из 90
Jackson dociskał tampon do opuszki dłoni. Rzeczywiście rozciął ją sobie paskudnie, wypadając przez okno. Przeklęte babsko. Riggs już by nie żył, gdyby na moment przed wypuszczeniem noża nie zablokowała mu ręki.
Dotknął ostrożnie czoła. Rósł tam mały guz, pamiątka po jednym z jej uderzeń. Przekonał się wreszcie na własnej skórze, jaka drzemie w niej siła, i musiał przyznać, że jest silniejsza od niego. Kto by pomyślał? Takiej danej od Boga siły nie mają nawet umięśnieni osobnicy. Nie można jej sobie wypracować na siłowni. Jest kombinacją cech psychicznych i fizycznych, objawia się spontanicznie w potrzebie. Nie da się jej zmierzyć ani oszacować, bo manifestuje się z rozmaitym natężeniem zależnie od sytuacji. Taką siłę albo się ma, albo nie. LuA
O ironio, uwierzył jej. Był już gotów ją puścić. LuA
Zadzwonił telefon. Jackson odebrał. Słuchał chwilę, zadał kilka pytań, wydał kilka poleceń i z wyrazem głębokiej satysfakcji na prawdziwej twarzy odłożył słuchawkę. Pułapka, którą zastawił, zadziałała.
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY
Na lądujący na trawiastym lotnisku śmigłowiec Bell Ranger czekały trzy czarne sedany z rządową rejestracją. Z maszyny wyskoczyli George Masters i dragi agent, Lou Berman. Wsiedli do jednego z samochodów i ten natychmiast ruszył. Riggs nie docenił szybkości, z jaką zareagował Waszyngton.
Dwadzieścia minut później kawalkada skręciła w żwirowy podjazd i zatrzymała się przed domem Riggsa. Otworzyły się drzwiczki i posępni ludzie, którzy z gotową do strzału bronią wysypali się z samochodów, otoczyli dom i stodołę.
Masters podszedł do drzwi frontowych. Kiedy na jego pukanie nikt nie odpowiedział, skinął na jednego ze swoich ludzi. Zwalisty agent kopnął w zamek i drzwi otworzyły się, uderzając z hukiem o ścianę sieni. Po dokładnym przeszukaniu domu zebrali się w gabinecie Riggsa.
Masters usiadł za biurkiem i szybko przejrzał leżące na nim papiery. Na widok jednej z kartek oczy mu zabłysły. Opadł na oparcie fotela i uważnie przestudiował notatki Riggsa na temat LuA
– Tyler znika, a pojawia się Catherine Savage. To przykrywka.
– Można sprawdzić na lotniskach, czy dziesięć lat temu mieli wśród odlatujących pasażerkę o nazwisku Catherine Savage – zasugerował Berman.
Masters pokręcił głową.
– Nie trzeba. To na pewno jedna i ta sama osoba. Tyler tu jest. Znajdź mi migiem adres tej Savage. Obdzwoń miejscowych agentów od nieruchomości, ale tych luksusowych. Wątpię, by jej wysokość mieszkała teraz w przyczepie.
Berman kiwnął głową, chwycił za telefon komórkowy i wyszedłby skonsultować się z towarzyszącymi im tutaj miejscowymi agentami FBI.
Masters przesunął wzrokiem po gabinecie Riggsa. Aż dziw, jak Riggs się tu szybko zaaklimatyzował. Dobrze tu miał, nowe życie, nowy zawód, stabilizację, mnóstwo spokojnych lat przed sobą. Ale teraz? Masters był w Białym Domu na spotkaniu z prezydentem, prokuratorem generalnym i dyrektorem FBI. Referując swoją hipotezę, widział, jak na twarz każdego z nich wypływa chorobliwa bladość. Skandal na przerażającą skalę. Rządowa loteria ustawiona. Naród uzna, że przez rząd. To pewne. Prezydent publicznie wyraził swoje poparcie dla loterii, pojawił się nawet w popularyzującej ją reklamie telewizyjnej.
Loterię krytykowano za to, że rozbija rodziny, uzależnia, jeszcze bardziej zubaża ubogich, zabija w ludziach przedsiębiorczość i chęć do wytężonej pracy, mamiąc nierealistyczną wizją wygranej. Ale jak dotąd loteria była na te ataki odporna.
Gdyby jednak wyszło na jaw, że choćby raz gra była ustawiona, rozpętałoby się piekło. Oberwałoby się wszystkim, od prezydenta poczynając. Masters widział to na twarzach mężczyzn słuchających go w Gabinecie Owalnym: dyrektora FBI, pierwszego w kraju stróża prawa; prokuratora generalnego, pierwszego w kraju prawnika; prezydenta stojącego nad wszystkimi. To na nich spadnie odpowiedzialność. Tak więc Masters dostał wyraźne instrukcje: nie przebierając w środkach, nie zwracając uwagi na koszty, zatrzymać Lu A
– No i jak?
Riggs wsiadł powoli do samochodu. Prawą rękę miał na temblaku.
– Tak mnie nafaszerowali środkami przeciwbólowymi, że sam już nie wiem.
LuA
– Dokąd jedziemy? – spytał Riggs.
– Do McDonalda. Umieram z głodu, a nie pamiętam już, kiedy ostatni raz jadłam Big Maca z frytkami. Pasuje?
– Pasuje.
Skręciła do McDonalda i nie wysiadając z samochodu, zamówiła hamburgery, frytki i dwie kawy.
Jedli w drodze. Riggs odstawił kubek z kawą, otarł usta i zaczął bębnić nerwowo palcami zdrowej ręki w deskę rozdzielczą.
– Powiedz mi teraz, jak bardzo namieszałem – odezwał się.
– Nie mam do ciebie żadnych pretensji, Matthew.
– Wiem. – Klepnął dłonią w siedzenie. – Myślałem, że to pułapka.
– Dlaczego?
Riggs patrzył dłuższą chwilę w okno.
– Zaraz po twoim wyjściu miałem telefon – odparł w końcu.
– Naprawdę? Kto dzwonił i co to ma wspólnego ze mną?
Westchnął ciężko.
– No dobrze, zacznę od tego, że nie nazywam się Matthew Riggs. To znaczy nazywam się tak od pięciu lat, ale nie jest to moje prawdziwe nazwisko.
– No to pod tym względem mamy remis.
– Daniel Buckman jestem – powiedział z wymuszonym uśmiechem, wyciągając rękę. – Przyjaciele mówią mi Dan.
LuA
– Dla mnie jesteś Matthew. Czy twoi przyjaciele wiedzą, że praktycznie rzecz biorąc, nie żyjesz i że jesteś objęty Programem Ochrony Świadków?
Riggs cofnął powoli rękę.
Rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie.
– Mówiłam ci, że Jackson może wszystko. Najwyższa pora, żebyś zaczął mi wierzyć.
– Byłem pewien, że to on zapuścił żurawia do mojego pliku. Dlatego za tobą pojechałem. Nie wiedziałem, jak zareaguje, skoro już o mnie wie. Bałem się, że będzie chciał cię zabić.
– To do niego podobne.
– Dobrze mu się przyjrzałem.
– To nie była jego prawdziwa twarz – fuknęła LuA
Nerwowo przesunęła rękami po kierownicy.
– Jackson twierdzi, że byłeś przestępcą. Co zrobiłeś?
– Chcesz powiedzieć, że wierzysz we wszystko, co ten facet ci mówi? Może tego nie zauważyłaś, ale to psychopata. Od egzekucji Teda Bundy’ego nie widziałem takich oczu.
– To nie jesteś objęty Programem Ochrony Świadków?
– Tego nie powiedziałem. Ale ten program stworzono nie tylko dla kryminalistów.
Spojrzała na niego pytająco.
– Jak to?
– Myślisz, że przestępca mógłby chwycić za telefon i zdobyć informacje na twój temat, tak jak ja to zrobiłem?
– Nie wiem. A nie mógłby?
– Zatrzymaj się.
– Co?
– Zatrzymaj ten cholerny samochód!
LuA
– Powiedziałem, że założyłem ci pluskwę w samochodzie. – Pokazał jej skomplikowany aparacik. – Widzisz? Takiego sprzętu prawie nigdy nie wydają przestępcom.
LuA
– Przedsiębiorcą budowlanym jestem dopiero od pięciu lat. Wcześniej byłem agentem specjalnym FBI. Powiedziałbym nawet, że bardzo specjalnym. Infiltrowałem gangi działające po obu stronach granicy Teksasu z Meksykiem. Faceci parali się wszystkim, od wymuszeń, poprzez narkotyki, na morderstwach na zlecenie kończąc. Przez rok żyłem w tym bagnie. Kiedy w końcu zamknęliśmy sprawę, zostałem głównym świadkiem oskarżenia. Ukróciliśmy proceder, mnóstwo tych bandziorów powędrowało na całe życie za kratki. Ale wielcy szefowie z Kolumbii nie pogodzili się z faktem, że pozbawiłem ich dochodu z narkotyków sięgającego czterystu milionów dolarów rocznie. Wiedziałem, że zagięli na mnie parol. Wystąpiłem więc z prośbą o zorganizowanie mojego zniknięcia.
– No i?
– No i Biuro odrzuciło moją prośbę. Powiedzieli, że jestem im potrzebny do pracy w terenie. Że zbyt ce
– A więc nie było żadnej żony. To tylko przykrywka.
Riggs potarł zranione ramię.
– Nie, naprawdę byłem żonaty. Ożeniłem się po przeniesieniu. Miała na imię Julia.
– Miała? – spytała cicho LuA
Riggs pokręcił powoli głową i upił łyk kawy. Para z kubka osiadła na szybie. Wykaligrafował na niej palcem inicjały swojego prawdziwego imienia i nazwiska: D.B.
– Zasadzka na Pacific Coast Highway. Samochód spadł z urwiska podziurawiony jak sito pociskami z broni maszynowej. Julia zginęła na miejscu. Ja dostałem dwie kulki. Wyrzuciło mnie z wozu, wylądowałem na skalnej półce. To stąd te blizny, które zauważyłaś.
– O, Boże, tak mi przykro, Matthew.
– Tacy jak ja faceci nie powi