Страница 44 из 90
Beth, swojej dawnej koleżance z pracy, LuA
Ponadto połowa jej rocznych dochodów przekazywana była anonimowo na liczne fundacje dobroczy
Przez wszystkie te lata co kwartał, obojętne, w jaki zakątek świata rzucił ją akurat los, dostawała szczegółowe sprawozdania finansowe. Ale przychodziły tylko papiery, Jackson nigdy osobiście się z nią nie skontaktował. Do każdej przesyłki z dokumentacją finansową dołączony był list od szwedzkiej firmy inwestycyjnej. Nie miała pojęcia, co łączy Jacksona z tą firmą, ani nie zamierzała tego dociekać. Wiedziała o nim wystarczająco dużo, by mieć zaufanie do jego rozeznania i zdawać sobie sprawę, do jakich skrajnych posunięć jest zdolny w pewnych sytuacjach. Pamiętała dobrze, że był przygotowany na to, by ją zabić, gdyby odrzuciła jego propozycję. Kojarzył się jej z czymś niezupełnie naturalnym. Moc, jaką miał, nie mogła pochodzić z tego świata.
Zatrzymała się pod rozłożystym dębem. Z jednego z konarów zwisała długa lina. LuA
W dzieciństwie wlazła na niejedno drzewo, przeskoczyła niejedną rozpadlinę, niejedną milę przebiegła. Teraz także nie ograniczała się do ćwiczeń na przyrządach, lecz wytyczyła sobie na tych rozległych gruntach bardziej naturalną ścieżkę zdrowia. Napinając mięśnie ramion i karku, podciągnęła się na linie jeszcze raz.
Zdyszana, opuściła się lekko na siodło i zawróciła do stajni. Lżej już jej było na sercu, przejażdżka po okolicy i wysiłek fizyczny podniosły ją na duchu.
W wielkim magazynie obok stajni jeden z robotników, zwalisty mężczyzna po trzydziestce, zabierał się właśnie do rąbania drewna. LuA
Mężczyzna podbił tempo. Pot zalewał mu oczy, nie uśmiechał się już, sapał. Po dwudziestu minutach ramiona zaczęły mu mdleć, dyszał ciężko, nogi miał jak z waty i do rozłupania polana potrzebował dwóch albo i trzech uderzeń. Z rosnącym zdumieniem zerkał na pracującą obok w równym rytmie kobietę. Siła jej uderzeń ani trochę nie zmalała. Wprost przeciwnie, zdawała się rosnąć. W końcu mężczyzna wypuścił siekierę z ręki i oparł się o ścianę. Jego brzuch wznosił się ciężko i opadał, ramiona zwisały bezwładnie, koszulę, pomimo chłodu, miał przepoconą. LuA
– Silny jesteś – powiedziała, wkładając z powrotem kurtkę i zerkając na jego urobek.
Popatrzył na nią zaskoczony, a potem wybuchnął śmiechem.
– Też tak myślałem, zanim pani tu weszła. Teraz jestem już prawie zdecydowany przenieść się do pracy w kuchni.
Poklepała go z uśmiechem po ramieniu. Rąbała drewno codzie
– Uszy do góry, mam w tym wprawę.
Wracając do domu, podziwiała tylną fasadę rezydencji. Kupno i renowacja tego domu były jej największą, jak dotąd, ekstrawagancją. A zdecydowała się na nią z dwóch powodów. Po pierwsze, zmęczyły ją już podróże i chciała gdzieś osiąść, chociaż bardziej odpowiadałoby jej coś o wiele mniej okazałego od tego, na co teraz patrzyła. Drugi, i ważniejszy, powód był ten sam od lat: Lisa. Pragnęła stworzyć jej prawdziwy dom, dać poczucie stabilizacji, miejsce, gdzie będzie dorastała, gdzie wyjdzie za mąż i urodzi własne dzieci. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkały w hotelach, wynajętych willach i domach. Owszem, były to zawsze rezydencje luksusowe, ale żadnej nie dało się nazwać domem. Większy sentyment czuła do tamtej maleńkiej przyczepy kempingowej pośród lasu. Teraz zamieszkali tutaj. LuA
Bezpieczny? Zadygotała, bo w tym momencie podmuch zimnego wiatru wdarł się jej pod kurtkę. Wczoraj kładli się do łóżek bezpieczni, a przynajmniej w takim stopniu, w jakim bezpieczny może się czuć ktoś prowadzący taki jak oni tryb życia. Przed oczami stanęła jej twarz mężczyzny z hondy. Zacisnęła mocno powieki i nie otworzyła ich, dopóki ta wizja się nie rozwiała. Jednak jej miejsce zajął i
Gabinet Charliego przypominał londyński klub dla dżentelmenów. W rogu stał wspaniały, lśniący barek z drewna orzechowego. Na robionym na zamówienie mahoniowym biurku piętrzyły się stara
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
Jackson wrócił właśnie z podróży na drugi koniec kraju i siedział w swojej charakteryzatorni, pozbywając się najnowszego wcielenia, kiedy zadzwonił telefon. Był to aparat podłączony do jego służbowej, bezpiecznej linii i prawie nigdy nie dzwonił. Jackson używał go często do przekazywania precyzyjnych instrukcji swoim współpracownikom z całego świata. Ale do niego nikt prawie nigdy nie dzwonił; i tak miało być. Znał mnóstwo i
– Tak?
– Wydaje mi się, że mamy mały problem, ale mogę się mylić – poinformował go bez wstępów głos.
– Słucham. – Jackson długą nitką podważył i ściągnął modelinę z nosa. Potem, pociągając lekko za krawędzie, odkleił sobie od twarzy lateksowe policzki.
– Jak panu wiadomo, dwa dni temu przekazaliśmy telegraficznie zysk z ostatniego kwartału na kajmańskie konto Catherine Savage. Do Banque Internacional. Jak zawsze.