Страница 45 из 90
– No i? Nie odpowiada jej wysokość wpływu? – spytał z sarkazmem Jackson. Uchwycił mocno tylny brzeg śnieżnobiałej peruki, odciągnął ją i zsunął w przód. Następnie zdjął lateksowy czepek, uwalniając spod niego własne włosy.
– Nie, ale telefonowali do mnie z działu przelewów Banque z potwierdzeniem.
– Czego? – Jackson patrzył w lustro i słuchając, zmywał sobie warstwa po warstwie charakteryzację z twarzy.
– Że przelali wszystkie pieniądze z konta Savage na konto w nowojorskim oddziale Citibanku.
Nowy Jork! Przyswajając sobie tę niebywałą wiadomość, Jackson otworzył usta i przystąpił do zdejmowania koronek. Krzywe, pożółkłe zęby jeden po drugim prostowały się i bielały. W pewnym momencie ze złowieszczym błyskiem w oku przerwał usuwanie charakteryzacji.
– Po pierwsze, dlaczego dzwonili do ciebie, skoro to jej konto?
– Sam się dziwię. To znaczy, nigdy dotąd tego nie robili. Ten człowiek z ich działu przelewów był chyba nowy. Zobaczył pewnie moje nazwisko i numer telefonu w jakichś dokumentach i wziął mnie za pełnomocnika przypisanego do konta docelowego, a nie źródłowego.
– Co mu powiedziałeś? Mam nadzieję, że nic, co mogłoby wzbudzić jakieś podejrzenia.
– Nie, nic z tych rzeczy. – W głosie pojawiła się nutka nerwowości. – Podziękowałem mu tylko i zapewniłem, że wszystko jest w porządku. Chyba dobrze zrobiłem. Zgłaszam to panu od razu, bo sprawa nie jest typowa.
– Dziękuję ci.
– Mam przedsięwziąć jakieś kroki?
– Sam się tym zajmę. – Jackson odłożył słuchawkę.
Siedział przez chwilę zamyślony, bawiąc się peruką. Żadna z transzy pieniędzy przekazywanych LuA
Sięgnął znowu po słuchawkę i wybrał numer.
– Tak, słucham pana? – odezwał się ktoś.
– Chodzi o podatniczkę nazwiskiem Catherine Savage – powiedział Jackson. Podał numer ubezpieczenia społecznego i i
Rozłączył się i z przenośnym telefonem w ręku oraz w słuchawkach na głowie zaczął spacerować po swoim wielkim apartamencie.
Telefon zadzwonił po trzech kwadransach.
– Catherine Savage złożyła zeznanie podatkowe za ubiegły rok – oznajmił ten ktoś suchym głosem. – Miałem za mało czasu, żeby zbadać sprawę dogłębnie, ale moje źródło twierdzi, że deklarowany dochód był znaczny. Powiadomiła też ostatnio urząd podatkowy o zmianie miejsca zamieszkania.
– Podaj mi aktualne. – Jackson zanotował na karteczce adres w Charlottesville w stanie Wirginia i schował ją do kieszeni.
– Jeszcze jedno – powiedział jego rozmówca. – Moje źródło natrafiło na złożony niedawno wniosek o udostępnienie kopii zeznania podatkowego Savage za ubiegły rok.
– Ona go złożyła?
– Nie. To był druk numer dwa tysiące osiemset czterdzieści osiem, który upoważnia osobę trzecią do reprezentowania podatnika we wszystkim, co ma związek z płaconymi przez niego podatkami.
– Kim była ta osoba trzecia?
– Gość nazwiskiem Thomas Jones. Z dokumentacji wynika, że otrzymał już żądane informacje w jej sprawie, łącznie z nowym adresem i wysokością podatku odprowadzonego za ubiegły rok. Zdobyłem kopię druku, który złożył. Mogę ją panu przefaksować.
– Czekam.
Jackson rozłączył się i po chwili trzymał już w ręce faks. Przyjrzał się złożonemu u dołu formularza podpisowi Catherine Savage. Wyciągnął oryginały umowy w sprawie wygranej na loterii, podpisane przed dziesięcioma laty przez LuA
Ale nie to najbardziej zirytowało Jacksona. Usiadł w fotelu i zapatrzywszy się w ścianę, zaczął analizować sytuację. LuA
Dwa pędzące kursem na zderzenie pociągi zbliżały się do siebie. Kolizja z LuA
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
Odprowadziwszy Lisę pod same drzwi klasy, jak to zawsze czyniła LuA
Dotychczasowe sesje integrowania się z elitą Charlottesville zaowocowały jednym bardzo przydatnym kontaktem, z którego Charlie zamierzał teraz wydobyć informacje niezbędne do namierzenia prześladowcy LuA
I co się stało z Tęczą? Charlie oblizał nerwowo usta. Właściwie wcale nie znał Jacksona, nigdy go nie widział. Ale rozmawiał z nim często, kiedy dla niego pracował. Jackson miał głos całkiem zwyczajny: spokojny, opanowany, bezpośredni, pewny siebie. Charlie znał takich ludzi. To nie był głos blagiera, kogoś, kto więcej mówi, niż robi. To był głos człowieka, który patrzy rozmówcy prosto w oczy, mówi wprost, bez fanfar i rozwodzenia się, co chce zrobić, a potem zwyczajnie to robi. Ludzie tego pokroju potrafią człowieka wypatroszyć i nie spędzi im to snu z powiek. Charlie dawno już doszedł do wniosku, że do takich właśnie ludzi zalicza się Jackson. Chociaż twardy i silny, Charlie wzdrygnął się lekko. Gdziekolwiek znajduje się teraz Tęcza, to z pewnością nie wśród żyjących. Prowadził rangę rovera zatopiony w myślach.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
Lu A
Obeszła szeroką werandę, sunąc ręką po misternie rzeźbionej drewnianej balustradzie. Otworzyła siatkowe drzwi i zapukała do drzwi frontowych, ale nie doczekała się odpowiedzi. Po chwili wahania spróbowała przekręcić gałkę. Nie napotkała oporu. Tam, gdzie dorastała, ludzie też nie zamykali drzwi na klucz. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze miejsca na świecie, gdzie się tego nie robi. Zawahała się znowu. Nie wypada wchodzić do czyjegoś domu bez wiedzy właściciela. Ale gdzie jest powiedziane, że on się o tym dowie? Może uda jej się zdobyć jakieś bliższe informacje na jego temat, coś, co mogłoby jej potem pomóc w wyplątaniu się z potencjalnych kłopotów.
Pchnęła drzwi, weszła i cicho zamknęła je za sobą. Living room miał podłogę z rozmaitej szerokości starych dębowych desek. Wnętrze zachwycało prostotą umeblowania i przemyślanym rozmieszczeniem sprzętów, z których każdy znajdował się w doskonałym stanie. Ciekawe, czy Matt Riggs sam je odrestaurował? Przechodziła z pokoju do pokoju, zatrzymując się tu i tam, by podziwiać kunszt tego człowieka. Od niektórych mebli bił lekki zapach politury. Wszędzie panował ład i porządek. Nie zauważyła jak dotąd żadnych rodzi